Z RODZINĄ NAJLEPIEJ WYCHODZI SIĘ NA
FOTOGRAFII
Dostałam list od strapionego p. Piotra R. z Toronto.
Pan Piotr ma nie tylko poważne
zmartwienie natury prawnej, ale głównie moralnej: Zaprosiłem
bratanka na trzy miesiące. Chłopak był uszczęśliwiony,
brat wdzięczny, syn się cieszył, że wreszcie będzie miał
z kim na narty pojechać, a my zadowoleni, że możemy się
rodzinie przysłużyć. Zapowiadały się rutynowo‑sielankowe
rodzinne odwiedziny. Bratanek mówi nieźle po angielsku; w okamgnieniu
zadomowił się w Toronto. Niczego nie trzeba było tłumaczyć,
sam się poruszał po mieście, sam się obsprawiał za
kieszonkowe, które od nas dostawał. Poza obowiązkowym wyjazdem nad
Niagarę, pomimo mrozu, prawie nie odczuwaliśmy, że mamy gościa
w domu.
Bratanek jest starszy wiekiem od naszego syna tylko o 2
lata, ale mentalnie i zachowaniem chyba o 20. A może to wina innego świata
z którego przybył? Może właśnie z tego powodu spodziewana
przyjaźń z kuzynem jakoś się nie ziściła; mój syn
nie potrafił znaleźć z nim wspólnego języka. Zresztą
bratanek wcale nie narzekał. Szybko znalazł sobie jakieś
towarzystwo i coraz rzadziej zaczął przebywać w domu. Nasze
pytania gdzie bywa i z kim się spotyka, zbywał zdawkowymi
odpowiedziami. Nie mniej, jako, że bratankowi Kanada ogromnie się
spodobała, a urlop dziekański przezornie załatwił sobie
przed wyjazdem z Polski, postarałem
się o przedłużenie wizy, motywując to tym, że zapisałem
(i opłaciłem) mu kurs języka angielskiego. Przedłożyłem
wymagane dokumenty. Wizę, bez problemu, przedłużono o 6 miesięcy
ale uprzedzono, że jest to jedyne i ostatateczne przedłużenie i,
że Kanadę ma opuścić na dzień przed wygaśnięciem
wizy.
Bratanek nie był zadowolony z obrotu sprawy. Uważał,
że mogłem lepiej i na dłużej załatwić sprawę
jego pobytu. Nie polemizowałem z nim. Kiedy nadszedł czas, zarezerwowałem
datę jego powrotu i hojnie obsprawiłem na pożegnanie. Dwa dni
przed odlotem, przy coraz bardziej napiętej atmosferze w domu, bratanek
wyszedł pożegnać się z kolegami i...już nie wrócił.
Wtedy się okazało, że jego rzeczy też zniknęły.
Przypuszczalnie wynoszone potajemnie, na raty, od dłuższego czasu.
Szukaliśmy go wszędzie. Po kolegach, których znał mój syn. Po
kolegach kolegów. W znajomych domach, po szpitalach ‑ tylko na policję
nie daliśmy znać. Nie chcieliśmy prać rodzinnych brudów na
forum publicum. Naiwnie liczyliśmy na to, że za kilka dni wróci z jakąś
głupią wymówką. I to był zapewne nasz wielki błąd.
Skutki tego błędu nie dały długo na
siebie czekać. Po miesiącu przyjechała mundurowa policja z
nakazem aresztowania bratanka. Powiedzieli, że został zatrzymany w
jakimś korku ulicznym. Prowadził samochód, nie mając obowiązujących
dokumentów przy sobie. Miał je dostarczyć na komisariat w ciągu
48 godzin, ale nigdy się tam nie pojawił. Zdziwiliśmy się,
że podał prawdziwy (nasz) adres. Powiedzieliśmy, zgodnie z prawdą,
że on od nas uciekł i, że nie wiemy gdzie przebywa.
W tym momencie wszedł do domu nasz syn.
Wylegitymowali go. Miał przy sobie tylko ID ze szkoły. (Na nasze
nieszczęście, nasz syn, po dziadku, nosi to samo imię co mój
bratanek.) Nie pomogły żadne tłumaczenia. Nie dali czasu na
pokazanie dokumentów. Zaaresztowali go. W kajdankach prowadzono do policyjnego
samochodu a firanki u sąsiadów musiały pewnie łopotać jak
flagi na wietrze. Taki wstyd! Na spokojnej ulicy, gdzie nas znają i szanują,
gdzie w dobrej komitywie z sąsiadami, mieszkamy
od 12-tu lat.
Żona szybko pozbierała dokumenty syna i
pojechaliśmy na komisariat. Tam udowodniliśmy,
że nasz (tutaj urodzony) syn, nie jest poszukiwanym bratankiem. Jakiś
wyższy rangą policjant przyznał, że faktycznie zaistniała
przykra pomyłka, przeprosił nas i syna zwolniono. Nie mniej, ze mną
spisano protokół i kazano podpisać, że ja wiem, że rozumiem,
że w dalszym ciągu jestem odpowiedzialny finansowo (i pod każdym
innym względem) za bratanka. I, że mam ich natychmiast zawiadomić,
jeśli tylko będę wiedział gdzie on aktualnie przebywa.
Nie wiemy co począć. W domu panuje cmentarna
atmosfera. Brat, przez telefon, suszy mi głowę i obwinia o zniknięcie
syna. AImmigration@
dzwoni i pyta, czy on się już odnalazł. Jestem pewien, że
nasz dom jest pod obserwacją. Żona powoli dostaje rozstroju nerwowego.
Ja też nie jestem w najlepszej formie, bo nie widzę wyjścia z
tego impasu. Z niepokojem myślę o tym co będzie, jeśli on się
nigdy nie znajdzie, ale z jeszcze większym strachem, co będzie jeśli
się odnajdzie. Zdajemy sobie z tego sprawę, że
jeśli on się ujawni, to wiadomo, że tylko w jakiejś
podbramkowej sytuacji. Jak mamy wtedy postąpić? Czy mu pomóc? Czy dać
znać policji? Zamknąc mu drzwi przed nosem? Co? Ciekaw jestem, czy ktoś
z Pani czytelników był już w podobnej sytuacji?
Jak to się skończyło? Jakie mogą dla nas wyniknąć
z tego reperkusje?...
Bardzo poważne. ”Immigration” nie da za wygraną.
Jeszcze długo będą
Pana ciągać po urzędach i życie zatruwać. Pana
„konto” u nich jest spalone. Przez wiele lat (o ile w ogóle) nie będą
Państwo mogli nikogo z Polski zaprosić.
Chyba, że po wejściu do EU zniosą do nas wizy dla Polaków.
Ale ja w to nie wierzę.
Mam za to
kilka pytań do Pana. Przecież
to nie był Państwa pierwszy gość z Polski, skoro użył
Pan określenia: "rutynowe" odwiedziny. Czyżby
Pan, podpisując zaproszenie dla bratanka, zapomniał, że będzie
na niego odpowiedzialny pod każdym względem, przez cały okres
jego pobytu w Kanadzie? Moralnie, materialnie, zdrowotnie (health insurance).
Bez względu na to, czy chłopak przebywa
pod Pana dachem czy gdzieś indziej. Nawet w innej prowincji.
Zastanawiam się jak by to było, gdyby on nie uciekł, ale po
prostu odmówił powrotu? Czy takiego dryblasa można bez pomocy władz,
zaciągnąć przemocą na lotnisko? Jak? Siłą? Na
smyczy?
Aliści czytając Pana list, odnoszę wrażenie,
że Pan ma dużo większy problem natury moralnej niż fizycznej
i chyba to Pana najbardziej gnębi. Mnie się wydaje, że Pana za
bardzo nurtuje wątpliwość jak należałoby postąpić
na ewentualność gdyby chłopak faktycznie nagle się
zmaterializował. Wątpliwość, która nie byłaby całkiem
obca Szekspirowi. "Nadać, czy nie nadać? ‑ oto jest pytanie!”
Czy mam rację? Wydaje mi się też, że Pan odpowiedź już
znalazł i tylko Pana sumienie pilnie poszukuje poparcia, czy też, na
wyrost, oczyszczenia z grzesznych myśli.
Proszę się nie martwić. Każdy zdrowo
myślący i uczciwy człowiek, który w tej chwili te słowa
czyta, jest po Pana stronie. Nie wyłączając piszącej te słowa.
W myśl angielskiej dewizy: "charity begins at home", co można
luźno przetłumaczyć na: "miłość bliźniego
‑ zacznij od siebie samego", Pan musi myśleć o sobie i
swojej najbliższej rodzinie. Pan musi oczyścić to zapaprane
"konto" u władz. Bratanek
doskonale wiedział na co Pana naraża. Tylko, że jego to nic a nic
nie obchodziło. Nie wiem co nim kierowało. Ignorancja? ‑ na
pewno nie, bo pewna jestem, że jego kolesie dokładnie go uświadomili.
Egoizm? ‑ chyba 3 razy TAK! Jeśli
mam rację, to nie ma się co nad szczylem litować. Nie zasłużył
na to.
Pan nie podaje jego wieku. Drogą dedukcji doszłam,
że może mieć około
19 ‑ 20‑tu lat. (Dzieli ich różnica 2-ch lat. Pana syn jeszcze
w 13-tej klasie a on już na studiach. Zgadza się?) A za tem, już
nie szczeniak ale jeszcze nie poważny mężczyzna. Dwie dychy -
jest to szalenie wpływowy wiek. Tak łatwo ulec pokusie. Jest całkiem
możliwe, że chłopak wpadł w złe towarzystwo. Młodym
takie denne sfery, ich blichtr, takie życie na luzie, ogromnie imponują.
Lecz gdzieś trzeba przecież mieszkać, coś jeść,
czymś się poruszać ‑ a to wszystko kosztuje. Pracować
nie może a na utrzymanka jest chyba za młody. Zresztą dzisiejsze
wyemancypowane panienki i panie – dawno przestały płacić.
Stanowczo wolą ażeby im płacono (w rozmaitych formach. Od
skromnego CD aż po futro z norek. Zależy gdzie się leży,
względnie z kim się leży.). A więc z czego on żyje?
Konkluzja sama się nasuwa. Cokolwiek to jest, nie może to być ani
uczciwe ani legalne. Nie mniej Pan ciągle pozostaje za niego odpowiedzialny.
Także nie wolno zapominać, że policja jest już taka dziwna,
że na wszystkich patrzy jak na potencjalnych złoczyńców. Więc
należy się liczyć z tym, że nie zupełnie dała wiarę
Pana zapewnieniom, iż nie ma Pan z nim kontaktu. Może nawet podejrzewa
Pana o rodzinną, zgrabnie wyreżyserowaną siuchtę.
Bratem proszę sie nie przejmować. Wszak to on go
tak wychował. Jeśli smarkacz nie uważa za stosowne nawiązać
kontakt z własnym ojcem i uspokoić go, że jest cały i zdrowy,
to o czym to świadczy? Proste! Że młody egoista nie tylko stryja
ale własnego tatusia też olewa. Podczas gdy Pan przeżywa bezsenne
noce ze strachu, on całą rodzinę ma w głębokim poważaniu.
Każdy szanujący się Polak organicznie
brzydzi się donosicielstwem. Lecz bywają wyjątki od reguły i
to jest chyba jeden z nich. Nie wyobrażam sobie, ażeby ktoś mógłby
mieć do Pana pretensje, gdyby przyszło zastosować się do
poleceń policji. Pan może mieć rację, że dom Państwa
jest inwigilowany. Jeśli nie stale, to sporadycznie (za mało policji,
za wiele przestępców). I gdyby on się znalazł, co Pan może
innego zrobić? Pan ma obowiązek przede wszystkim, oczyścić
siebie z wszelkich podejrzeń. A, że kosztem tego, kto Was w to
wszystko wrobił? Trudno. C'est la vie!
Mam nadzieję, że gdzieś miglanc wpadnie,
że go wnet gdzieś przyskrzynią i, bez litości deportują
do Polski. Oby to tylko było takie proste. Oby on tylko nie był w nic
poważnego wmieszany. Jako, że do ostatniej chwili na ziemi
kanadyjskiej, Pan jest za niego odpowiedzialny. Proszę nie być
nadmiernie zdziwionym, jeśli otrzyma Pan od władz rachunek za jego
bilet lotniczy. A z drugiej strony, dlaczego nie? Dlaczego podatnik (w tym także
i ja) mamy płacić za jego bilet? A z trzeciej strony, serdecznie Panu
życzę ażeby Pan ten rachunek jak najnajszybciej otrzymał, bo
to będzie stanowić dowód, że się Pan go pozbył. I
dopiero wtedy będzie Pan mógł odetchnąć z ulgą i uznać
sprawę za pomyślnie zakończoną.
Chwilowo pozostaje tylko czekanie. Życzę Panu
cierpliwości i względnej pogody ducha. Niestety, poza słowami
otuchy, nie mam nic do zaoferowania. Sorki.