BURDEL W OBŁOKACH

           Na początku tej party było raczej nudnawo. Aż do momentu kiedy pan Marian powiedział, że mają problem w rodzinie; jego 12 -toletni bratanek kradnie. Na narkotyki. Zrobiło się gorąco. Myślałam, że go zabiją! Zamiast mu współczuć, rzucili się na niego. Co to za ptak, który własne gniazdo kala? Jak można tak mówić o własnej rodzinie? (A o obcej można?) Z uczuciem niesmaku i smutku zarazem, stwierdziłam po raz nie wiem już który, że gdyby na olimpiadzie istniała dyscyplina "chowania głowy w piasek" - Polacy zdobyliby wszystkie złote medale. Odniosłam wrażenie, że większość tych święcie oburzonych, ludzi, zarówno w średnim wieku jak i leciwych seniorów, wygłaszających ex-cathedra swe szlachetne i super etyczne poglądy (godne króla Ćwieczka), chyba ciągle jeszcze nie weszła w XXI-szy wiek. Z uporem maniaka nie zauważa degrengolady, która nas otacza. Czyżby naprawdę obce im były: alkoholizm, narkomania, prostytucja, kanty, hazard, przemoc, znęcanie, pedofilia, malwersacja, czy pospolita kradzież? Ba, morderstwo nawet. (Właśnie w mojej Mississauga, Polak zabił żonę na oczach 3-ki dzieci). Czy motto tych dobrogłupców nie brzmi przypadkiem: ABY TYLKO NIE WŚRÓD NAS!?

 Czysta utopia! Udawanie, że nic się nie zmieniło przez ostatnie dekady - do niczego nie prowadzi. Nie może prowadzić, kiedy TV radośnie pierze móżdżki naszych dzieci i wnuków, zapewniając je, że wszystko im wolno. Kiedy poucza, że klaps od rodzica jest kryminalnym przestępstwem. Co miglanc popielaty natychmiast wykorzystuje. (To ma się rzekomo wnet zmienić, tylko czy ja tego dożyję? Wszak nasze rządowe zmiany i żółwie to jest rodzeństwo). I co się może zmienić, kiedy bezinteresowne podkładanie świni, stało się narodowym hobby.

Biedny pan Marian. Strasznie go zrugali. Jakaś wyfiokowana paniusia  wreszcie bąknęła, że i owszem, w kanadyjskich (sic!) realiach coś takiego może mieć ewentualnie miejsce, ale nie możemy do czegoś takiego dopuścić w Polonii. (Za późno, kwiatku, za późno). My z naszymi dziećmi musimy walczyć (dlaczego walczyć?) roztropnie, ze zrozumieniem, uczyć chrześcijańskich wartości. Musimy  je bronić przed niepożądanymi kolegami (to ona jeszcze nie wie, że właśnie to frapuje? Przyciąga?) wprowadzać surowsze kary dla niepokornych, ograniczać a nawet odbierać kieszonkowe. Wtedy nie będą mnieli na alkohol czy narkotyki. Myślałam, że źle słyszę. Wszak dlatego tamto dziecko kradło! – czy ona nic nie rozumie? Widocznie. Wszyscy ”obtańcowywali” pana Mariana ale nikt nie potrafił mu doradzić czy zasugerować coś realnego, coś osiągalnego, coś co by miało ręce i nogi.

Ktoś mnie zapytał o zdanie. Błąd!! Bo natychmiast otworzyłam tą moją niewyparzoną gębę, mówiąc, że to nic nie da. Że ja tam nie wierzę w żadne prohibicje. Przeciwnie. Wyznaję starą, angielską zasadę: "if you can't fight them - join them". (Luźne tłumaczenie: "jeśli nie możesz ich zwalczyć - wstąp w ich szeregi"). Że dużo rozsądniej byłoby wszystko zalegalizować i KONTROLOWAĆ! Czy nie lepiej by było obok sklepu z alkoholem otworzyć sklep z narkotykami? Tak jak alkoholik może sobie kupić swoją truciznę, narkoman powinien mieć identyczne możliwości. Wejdzie sobie facet do sklepu, poprosi o dwa gramy "maryśki" (marihuany), gram haszyszu, zapłaci i pójdzie (a choćby i do grobu.) Rząd będzie zbierał miliardowe akcyzy z towaru i podatki z obrotu. Rządu to nic kosztować nie będzie, wszak składy ma pełne. Skonfiskowane dotąd narkotyki z łatwością zaopatrzą setki sklepów na kilka lat. Wtedy byłaby też szansa, że dzieci stracą zainteresowanie narkotykami. Bowiem tylko zakazany owoc smakuje. To co można kupić legalnie w sklepie, nie frapuje, nie bawi. I skończyłyby się rozrachunki gangsterów. Ale mnie zakrzyczano.

Ta sama ”święta”- je...dwabnie” ubrana, wyfiokowana pani, orzekła podniesionym tonem, że wszystkiemu winna jest prostytucja i ją, w pierwszej kolejności, należy zlikwidować. Na co ja spytałam chyba rzeczowo: jak? Kto temu podoła?  W tym kraju?! Niemożliwe. I poparłam przykładem:

Z końcem sierpnia ubiegłego roku, prasa anglojęzyczna nie potrafiła znaleźć wystarczającej ilości superlatywów, ekstatycznych słów uznania i zachwytu nad genialnym pomysłem i obrotnością maleńkiej "linii lotniczej" pod wcale zgrabną nazwą Love Air. Ile ta linia ma samolotów? Ano, chwilowo tylko jeden. Ale jele, jele, a będzie ich miała więcej. Firma zbudowała sobie lukratywny byznesik oparty (no? Na czym oparty jest świat?) na…seksie.

Prasa polonijna albo tego nie zauważyła albo z zażenowaniem wolała nie komentować. Ja nie jestem taka mimoza i nie boję się kontrowersji. Przeciwnie. Uważam, że właśnie takie anomalie trzeba eksponować.

          W małej miejscowości Pemberton, około 40 km na północ od Whistler w Brytyjskiej Kolumbii (podaję namiary, bo a nuż ktoś nie uwierzy i zechce sprawdzić), Love Air proponuje potencjalnym pasażerom wznieść swoją "miłość" (czytaj: pie…) na niespotykane wyżyny. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Bilet za jedyne $250 kupuje członkostwo w "Mile High Club", którego przewodnią melodią nieprzypadkowo jest: "Love is in the air" (piosenka ze starego serialu TV). Za tą małą opłatą można się później chwalić kolegom  "miłością nie z tego świata". Literalnie. Albowiem przez prawie 30 minut, na wysokości 5.280 stóp, czyli jednej mili,  można sobie pobaraszkować ile tylko du..sza zapragnie. Ba, co tęższe Herkulesy mogą sobie nawet wynegocjować za $350, lot 60 -ciominutowy, sugestywnie nazwany "The Big One". No proszę. Skończyły się wspólne "wycieczki" do niewygodnej toalety w rejsowych samolotach. Hej, teraz już oficjalnie hula du..sza, bez kontusza i rytmicznie się porusza!  

          Latającą “mennicą” pomysłowych przedsiębiorców jest jedna mała Cessna 206. Przez to, że ma wiele okien, jeszcze do niedawna służyła lotom turystycznym, nad malowniczym pasmem gór Coastal Mountains. Ale zwykła, przyziemna turystyka nudzi dzisiejszych nuworyszy. W naszym rozpasanym świecie, za swoje dolary szukają dużo większych emocji. W ubiegłym roku, potworne pożary lasów ogarnęły BC i skutecznie zabiły na kilka lat przemysł turystyczny. Kiedy ich firma zaczęła chylić się ku upadkowi, pan Colin Morse wraz z dwoma kolegami, wpadli na genialny pomysł aby po prostu zmienić cel latania! Bingo! I to bez żadnego nakładu finansowego! Po prostu usunęli fotele (trzeba było zostawić tylko dwa, obowiązkowe przy starcie i lądowaniu), a na ich miejsce rozłożyli wygodne, bajecznie kolorowe, materace. I to wcale nie w celach chroniących przed turbulencją.

 Kabinę od pilota oddziela firanka. Pilot rzekomo nic nie słyszy, ma bowiem na uszach słuchawki (hm.…). Kiedy samolocik osiąga wysokość  mili, pilot wystawia zieloną flagę. Od tego momentu "zakochana para" (warto nadmienić, że linia nie dyskryminuje orientacji seksualnej) może spokojnie oddać się miłosnym igraszkom. Później, widok żółtej flagi informuje,  że wnet będą lądować, że w ciągu 5 minut "zakochani" muszą znależć się ponownie w fotelach. Po wylądowaniu para otrzymuje laurkę poświadczającą, że romantyczni kochankowie uprawiali miłość na wysokim poziomie i nadziemskich wyżynach. Także, na pamiątkę tego wyczynu, dostają jeszcze czerwone, plastikowe prześcieradło, którym przykryty był ich materac. Co za wzruszające memento “a”-mori!

 Na początku Love Air spodziewała się może 10 -ciu lotów w roku. Aktualnie negocjuje zakup następnego samolotu. Nieco większego. Po co większego? Czyżby przewidziane były różowe balety? Love Air twierdzi, że opędzić się nie może od chętnych do figli pod chmurkami. A, że pogoda w Brytyjskiej Kolumbii jest łaskawa i na ogół dopisuje, samolociki mogą latać przez okrągły rok. Właściciele linii, zacierając rączki, zgodnym chórkiem zapewniają obłudnie, że są zadziwieni popularnością ich skromnego przedsiębiorstwa. Nie sądzili, że jakiś facet zechce wydać tyle pieniędzy na podniebne igraszki z żoną. Naprawdę? Czyją żoną? Toż to tańsze od pobytu w godzinkowym motelu! Jestem przekonana, że już za chwilę wokół lotniska parkować będą samochody pełne potencjalnych partnerek i rozwinie się następny, równie intratny, przemysł oparty na "nowej", acz najstarszej, profesji. A dlaczego dyrekcja tak się dziwi? Co z tym adresem na internecie? Tymi ogłoszeniami w prasie w Kanadzie i w USA? Koń by się uśmiał! Reprezentujący ich agenci, których firma, też bardzo a propos, nazywa się "The Love Nest" (z podtytułem: "The Adult Novelty Entertainment"), nie mogą nadążyć z zamówieniami. Aha, to znaczy, że zwykły burdel (tyle, że pod chmurką), podpada teraz pod "rozrywkę". Tyż piknie.

 No, dosyć tego! Chcę wytłumaczyć dlaczego rozwijam tak szeroko ten temat. Tym, którzy czytują moje felietony przez ponad dekadę, nie muszę przypominać, że jestem więcej niż liberalna w moich poglądach. Nie jestem dewotką, nie jestem bigotką i chyba nie jestem idiotką. A jednak teraz jestem skołowana. Dlatego chętnie bym skierowała jedno pytanie do naszych zwariowanych władz. Do naszych prawodawców (pożal się Boże). Do rządu, któremu pewnie od częstych przekrętów, klepki się w główce poprzestawiały: czym różni się (poza wysokością) burdel na ziemi od burdelu w obłokach?

           Zresztą nie sądzę ażeby ktoś tam wiedział. To raczej ja im podpowiem. Różni się WSZYSTKIM. W Kanadzie, na ziemi, ta bardzo potrzebna instytucja jest nielegalna. Tropiona i karana. W powietrzu jest legalna więc robi furorę. I kokosy. Na ziemi płaci mandaty. W powietrzu jest bezkarna. Na ziemi ją zamykają. W powietrzu, otwierają  jej nowe możliwości. Gdzie prawo? Gdzie logika? Gdzie etyka? Gdzie obyczajówka? No i gdzie równouprawnienie?

          Czy ja doprawdy jestem odosobniona w przeświadczeniu, że żadna prohibicja nie działa? To przecież właśnie na prohibicji wyrosły fortuna i dynastia Kennedy'ch (która z tatusia gangstera, wydała prezydenta i paru senatorów). Niby było "sucho" a jednak ludzie zachlewali się na śmierć.

          Każda prohibicja powoduje wzmożony, pokątny handel (czy usługi) oraz krwawe rozrachunki bandziorów. Kiedyś był to tylko alkohol. Dzisiaj są narkotyki, hazard i prostytucja. Najstarszej profesji świata nie da się wytępić.  Skończy się dopiero wtedy, kiedy świat się skończy. W końcu zaczęła się już w raju. Ewa zapomniała się za jedno, głupie jabłko. My, te nobliwe, za nazwisko i obrączkę. One zaś, tak jak politycy, za pieniądze. (Tak en passant, późniejsza multi-milionerka, najsławniejsza projektantka mody, Coco Chanel, zaczynała swoją błyskotliwą karierę "pracą" w paryskim burdelu).

Osobiście jestem przekonana, że gdyby burdele były zalegalizowane jak w starej, ale cywilizowanej Europie (Hamburg, Amsterdam,  Kopenhaga, nawet Ankara), kto wie, może mniej byłoby gwałtów, może mniej morderstw na tle seksualnym? Moja przyjaciółka uważa, że to co wygaduję jest amoralne. Ale ona jest mężatką. Nigdy samotnym chłopem nie była. Może nie wie, że od "tego" się ślepnie. (Nieprawda zresztą.)

Myślę sobie, że facet, kiedy poczułby wolę bożą (każdy ją czuje, lecz nie każdy ma żonę), udałby się do wiadomej dzielnicy, do domu pod "czerwoną lampą".  Z ekranu komputerowego wybrał by sobie obiekt, załatwił potrzebę, zapłacił i wybył. Tam miałby pewność, że "panienka" poddawana jest regularnej kontroli lekarskiej, że AIDS ani innej brzydkiej choroby nie złapie. Burdel-mama płaciłaby podatki (duuuuże). "Panienki" miałyby SIN, mogły odkładać na RRSP (bo one w tym zawodzie prawdziwej emerytury nigdy nie uświadczą). A później, kiedy przeminą ich wdzięki (na ogół około 40 -ki), to nie my musielibyśmy je utrzymywać w formie "welfare" czy innych zasiłków społecznych.

Mieszkańcy domów na niektórych ulicach Toronto nie musieliby tolerować cowieczornej "warty" przed oknami i skończyłoby się wreszcie codzienne usuwanie zużytych prezerwatyw z frontowego ogródka. Zamknęłyby swe podwoje "bawdy houses" (pokątne domy publiczne) oraz inne lokale "rozrywkowe". Skończyłyby się obławy policyjne. Skończyły prześladowania "Johnów-użytkowników" (ich też nigdy nie zabraknie). Policja odzyskałaby poważną ilość funkcjonariuszy, do zwalczania prawdziwych przestępstw. Zniknęłyby "tancerki na stołach" i "salony masażu", gdzie obecnie policjanci nie tyle w cywilu, ile na golasa, w niezmiernie miły sobie sposób zdobywają dowód, że czyn lubieżny został istotnie popełniony. Za który to dowód,  płacimy my wszyscy, w formie coraz  to wyższych podatków.

Praworządni obywatele Brytyjskiej Kolumbii też doszli do wniosku, że Love Air jest niczym innym tylko latającym burdelem. Niestety, ich obiekcje jak dotąd padają na głuche uszy. Brak reakcji ze strony władz, jest niezmiernie zachęcający dla rzutkich handlarzy najstarszą profesją. Już mamy eksplozję naśladowców. Na przykład, w Oshawa, NextJet Aviation w tym samym celu wykupiła członkostwo w "High Mile Club". Z tym, że u nas, w Ontario, swe usługi będzie oferować wyłącznie w lecie. No cóż? Kochać - nie kochać, ale nikt się nie kwapi do dobrowolnego odmrażania sobie d....

No i kto by to przypuszczał, że dożyjemy tego dnia, kiedy ta najbardziej sprośna, wulgarna (i bzdurna) żurawiejka, którą 80 lat temu śpiewali nasi dziarscy, i zapewne mocno podlani, ułani: "pod obłokiem sobie buja, w kondoniku kawał…", w tej do przesady tolerancyjnej Kanadzie, już z początkiem nowego wieku - faktem się stanie? 

Wyfiokowana pani szeptem zwróciła mi uwagę, że w tym milieu nie jest to temat dla dam. No cóż. Są damy i są ”damy”. Ona pewnie z tych co tylko obiecują.