BURDEL W
OBŁOKACH
Biedny
pan Marian. Strasznie go zrugali. Jakaś wyfiokowana paniusia wreszcie
bąknęła, że i owszem, w kanadyjskich (sic!) realiach
coś takiego może mieć ewentualnie miejsce, ale nie możemy do
czegoś takiego dopuścić w Polonii. (Za późno, kwiatku, za późno).
My z naszymi dziećmi musimy walczyć (dlaczego walczyć?)
roztropnie, ze zrozumieniem, uczyć chrześcijańskich wartości.
Musimy je bronić przed niepożądanymi
kolegami (to ona jeszcze nie wie, że właśnie to frapuje? Przyciąga?)
wprowadzać surowsze kary dla niepokornych, ograniczać a nawet odbierać
kieszonkowe. Wtedy nie będą mnieli na alkohol czy narkotyki. Myślałam,
że źle słyszę. Wszak dlatego tamto dziecko kradło! –
czy ona nic nie rozumie? Widocznie. Wszyscy ”obtańcowywali” pana
Mariana ale nikt nie potrafił mu doradzić czy zasugerować coś
realnego, coś osiągalnego, coś co by miało ręce i nogi.
Ktoś
mnie zapytał o zdanie. Błąd!! Bo natychmiast otworzyłam tą
moją niewyparzoną gębę, mówiąc, że to nic nie da.
Że ja tam nie wierzę w żadne prohibicje. Przeciwnie. Wyznaję
starą, angielską zasadę: "if you can't fight them - join
them". (Luźne tłumaczenie: "jeśli nie możesz ich
zwalczyć - wstąp w ich szeregi"). Że dużo rozsądniej
byłoby wszystko zalegalizować i KONTROLOWAĆ! Czy nie lepiej by było
obok sklepu z alkoholem otworzyć sklep z narkotykami? Tak jak alkoholik może
sobie kupić swoją truciznę, narkoman powinien mieć
identyczne możliwości. Wejdzie sobie facet do sklepu, poprosi o dwa
gramy "maryśki" (marihuany), gram haszyszu, zapłaci i pójdzie
(a choćby i do grobu.) Rząd będzie zbierał miliardowe akcyzy
z towaru i podatki z obrotu. Rządu to nic kosztować nie będzie,
wszak składy ma pełne. Skonfiskowane dotąd narkotyki z łatwością
zaopatrzą setki sklepów na kilka lat. Wtedy byłaby też szansa,
że dzieci stracą zainteresowanie narkotykami. Bowiem tylko zakazany
owoc smakuje. To co można kupić legalnie w sklepie, nie frapuje, nie
bawi. I skończyłyby się rozrachunki gangsterów. Ale mnie
zakrzyczano.
Ta
sama ”święta”- je...dwabnie” ubrana, wyfiokowana pani, orzekła
podniesionym tonem, że wszystkiemu winna jest prostytucja i ją, w
pierwszej kolejności, należy zlikwidować. Na co ja spytałam
chyba rzeczowo: jak? Kto temu podoła? W
tym kraju?! Niemożliwe. I poparłam przykładem:
Z
końcem sierpnia ubiegłego roku, prasa anglojęzyczna nie potrafiła
znaleźć wystarczającej ilości superlatywów, ekstatycznych słów
uznania i zachwytu nad genialnym pomysłem i obrotnością maleńkiej
"linii lotniczej" pod wcale zgrabną nazwą Love Air.
Ile ta linia ma samolotów? Ano, chwilowo tylko jeden. Ale jele, jele, a będzie
ich miała więcej. Firma zbudowała sobie lukratywny byznesik
oparty (no? Na czym oparty jest świat?) na…seksie.
Prasa
polonijna albo tego nie zauważyła albo z zażenowaniem wolała
nie komentować. Ja nie jestem taka mimoza i nie boję się
kontrowersji. Przeciwnie. Uważam, że właśnie takie anomalie
trzeba eksponować.
W małej
miejscowości Pemberton, około 40 km na północ od Whistler w
Brytyjskiej Kolumbii (podaję namiary, bo a nuż ktoś nie uwierzy i
zechce sprawdzić), Love Air proponuje potencjalnym pasażerom
wznieść swoją "miłość" (czytaj: pie…)
na niespotykane wyżyny. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Bilet
za jedyne $250 kupuje członkostwo w "Mile High Club", którego
przewodnią melodią nieprzypadkowo jest: "Love is in the air"
(piosenka ze starego serialu TV). Za tą małą opłatą można
się później chwalić kolegom "miłością
nie z tego świata". Literalnie. Albowiem przez prawie 30 minut, na
wysokości 5.280 stóp, czyli jednej mili,
można sobie pobaraszkować ile tylko du..sza zapragnie. Ba, co tęższe
Herkulesy mogą sobie nawet wynegocjować za $350, lot 60 -ciominutowy,
sugestywnie nazwany "The Big One". No proszę. Skończyły
się wspólne "wycieczki" do niewygodnej toalety w rejsowych
samolotach. Hej, teraz już oficjalnie hula du..sza, bez kontusza i
rytmicznie się porusza!
Latającą
“mennicą” pomysłowych przedsiębiorców jest jedna mała
Cessna 206. Przez to, że ma wiele okien, jeszcze do niedawna służyła
lotom turystycznym, nad malowniczym pasmem gór Coastal Mountains. Ale zwykła,
przyziemna turystyka nudzi dzisiejszych nuworyszy. W naszym rozpasanym świecie,
za swoje dolary szukają dużo większych emocji. W ubiegłym
roku, potworne pożary lasów ogarnęły BC i skutecznie zabiły
na kilka lat przemysł turystyczny. Kiedy ich firma zaczęła chylić
się ku upadkowi, pan Colin Morse wraz z dwoma kolegami, wpadli na genialny
pomysł aby po prostu zmienić cel latania! Bingo! I to bez żadnego
nakładu finansowego! Po prostu usunęli fotele (trzeba było
zostawić tylko dwa, obowiązkowe przy starcie i lądowaniu), a na
ich miejsce rozłożyli wygodne, bajecznie kolorowe, materace. I to
wcale nie w celach chroniących przed turbulencją.
Zresztą
nie sądzę ażeby ktoś tam wiedział. To raczej ja im
podpowiem. Różni się WSZYSTKIM. W Kanadzie, na ziemi, ta bardzo
potrzebna instytucja jest nielegalna. Tropiona i karana. W powietrzu jest
legalna więc robi furorę. I kokosy. Na ziemi płaci mandaty. W
powietrzu jest bezkarna. Na ziemi ją zamykają. W powietrzu, otwierają
jej nowe możliwości. Gdzie prawo? Gdzie logika? Gdzie etyka?
Gdzie obyczajówka? No i gdzie równouprawnienie?
Czy ja doprawdy
jestem odosobniona w przeświadczeniu, że żadna prohibicja nie
działa? To przecież właśnie na prohibicji wyrosły
fortuna i dynastia Kennedy'ch (która z tatusia gangstera, wydała
prezydenta i paru senatorów). Niby było "sucho" a jednak ludzie
zachlewali się na śmierć.
Każda
prohibicja powoduje wzmożony, pokątny handel (czy usługi) oraz
krwawe rozrachunki bandziorów. Kiedyś był to tylko alkohol. Dzisiaj są
narkotyki, hazard i prostytucja. Najstarszej profesji świata nie da się
wytępić. Skończy się
dopiero wtedy, kiedy świat się skończy. W końcu zaczęła
się już w raju. Ewa zapomniała się za jedno, głupie jabłko.
My, te nobliwe, za nazwisko i obrączkę. One zaś, tak jak politycy,
za pieniądze. (Tak en passant, późniejsza multi-milionerka,
najsławniejsza projektantka mody, Coco Chanel, zaczynała swoją błyskotliwą
karierę "pracą" w paryskim burdelu).
Osobiście
jestem przekonana, że gdyby burdele były zalegalizowane jak w starej,
ale cywilizowanej Europie (Hamburg, Amsterdam,
Kopenhaga, nawet Ankara), kto wie, może mniej byłoby gwałtów,
może mniej morderstw na tle seksualnym? Moja przyjaciółka uważa,
że to co wygaduję jest amoralne. Ale ona jest mężatką.
Nigdy samotnym chłopem nie była. Może nie wie, że od "tego"
się ślepnie. (Nieprawda zresztą.)
Myślę
sobie, że facet, kiedy poczułby wolę bożą (każdy ją
czuje, lecz nie każdy ma żonę), udałby się do wiadomej
dzielnicy, do domu pod "czerwoną lampą". Z
ekranu komputerowego wybrał by sobie obiekt, załatwił potrzebę,
zapłacił i wybył. Tam miałby pewność, że
"panienka" poddawana jest regularnej kontroli lekarskiej, że AIDS
ani innej brzydkiej choroby nie złapie. Burdel-mama płaciłaby
podatki (duuuuże). "Panienki" miałyby SIN, mogły odkładać
na RRSP (bo one w tym zawodzie prawdziwej emerytury nigdy nie uświadczą).
A później, kiedy przeminą ich wdzięki (na ogół około
40 -ki), to nie my musielibyśmy je utrzymywać w formie
"welfare" czy innych zasiłków społecznych.
Mieszkańcy
domów na niektórych ulicach Toronto nie musieliby tolerować cowieczornej
"warty" przed oknami i skończyłoby się wreszcie
codzienne usuwanie zużytych prezerwatyw z frontowego ogródka. Zamknęłyby
swe podwoje "bawdy houses" (pokątne domy publiczne) oraz inne
lokale "rozrywkowe". Skończyłyby się obławy
policyjne. Skończyły prześladowania "Johnów-użytkowników"
(ich też nigdy nie zabraknie). Policja odzyskałaby poważną
ilość funkcjonariuszy, do zwalczania prawdziwych przestępstw.
Zniknęłyby "tancerki na stołach" i "salony masażu",
gdzie obecnie policjanci nie tyle w cywilu, ile na golasa, w niezmiernie miły
sobie sposób zdobywają dowód, że czyn lubieżny został
istotnie popełniony. Za który to dowód, płacimy
my wszyscy, w formie coraz to wyższych
podatków.
Praworządni
obywatele Brytyjskiej Kolumbii też doszli do wniosku, że Love Air
jest niczym innym tylko latającym burdelem. Niestety, ich obiekcje jak dotąd
padają na głuche uszy. Brak reakcji ze strony władz, jest
niezmiernie zachęcający dla rzutkich handlarzy najstarszą profesją.
Już mamy eksplozję naśladowców. Na przykład, w Oshawa, NextJet
Aviation w tym samym celu wykupiła członkostwo w "High Mile
Club". Z tym, że u nas, w Ontario, swe usługi będzie oferować
wyłącznie w lecie. No cóż? Kochać - nie kochać, ale
nikt się nie kwapi do dobrowolnego odmrażania sobie d....
No
i kto by to przypuszczał, że dożyjemy tego dnia, kiedy ta
najbardziej sprośna, wulgarna (i bzdurna) żurawiejka, którą 80
lat temu śpiewali nasi dziarscy, i zapewne mocno podlani, ułani:
"pod obłokiem sobie buja, w kondoniku kawał…", w tej do
przesady tolerancyjnej Kanadzie, już z początkiem nowego wieku -
faktem się stanie?
Wyfiokowana
pani szeptem zwróciła mi uwagę, że w tym milieu
nie jest to temat dla dam. No cóż. Są damy i są ”damy”.
Ona pewnie z tych co tylko obiecują.