CHŁOPCZYK Z ZAPAŁKAMI
Bajki bywają różne. Każdy z nas wychował się na
nich. Bajki, są zawsze bardzo piękne i kończą się
happy-endem. Jest dobra wróżka, jest magiczna różdżka i puff...zaraz
jest cud, który rozwiązuje
wszystkie problemy. Dlatego właśnie są bajkami, że w niczym
nie przypominają prawdziwego życia.
Chciałam
napisać nową bajkę. Śmieszną. Ale mi nie wyszło.
Przeciwnie. Okazuje się, że w tym kraju to nie jest takie proste.
Bajki są podejrzane. Najczęściej z powodu urojonej dyskryminacji.
Pewne grupy ludzi wykorzystują ją dla własnych celów; nie
pozwalają umrzeć śmiercią naturalną. Ba, nawet za
absolutną niewinność można
dostać po uchu.
Posłałam bajkę do jednego z
anglojęzycznych pism, z którym od lat współpracuję. Wiedziałam
od naczelnego, że w redakcji zaszły zmiany. Że jedni odeszli, inni
przyszli. Normalka. Ale ażeby aż tak skrajnie zmieniły się
nastroje – tego się istotnie nie spodziewałam.
Mój felieton nazwałam ”Off-white and
her six dwarves” (po polsku, w luźnym tłumaczeniu: ”Brudnośnieżka
i jej sześć krasnoludków”). Może w tym miejscu powinnam wytłumaczyć,
że słowo ”off-white”, trudno jest
przetłumaczyć na język
polski; w żadnym z moich słowników nie mogę znależć
jednoznacznego określenia. ”Off-white” jest kolorem. Normalną,
regularną nazwą jednego z wielu odcieni białego. Acz nie zupełnie
białego. Jest trochę ciemniejszy, jakby przybrudzony. I chyba każde
dzisiejsze, rozgarnięte dziecko pojęło
by w mig, że jest to parafraza tytułu bajki ”Królewna Śnieżka
i siedem krasnoludków”. I założyłoby, że na pewno będzie
to coś śmiesznego. W każdym razie ja tak rozumowałam. Dzieci
pewnie też. Każdy by tak pomyślał. Ale
nie nowy skład redakcyjny. A
cio to - to nie!
Zadzwonili natychmiast, że i owszem,
bajka bardzo im się podoba ale... nie wydrukują. Chyba, że zmienię
tytuł. Na bardziej ”politically correct” (politycznie poprawny). I
dawaj mnie pouczać, że krasnoludków nie ma. Są tylko karły,
czyli ludzie upośledzeni na
ciele (physically challenged) i nabijać się z nich nie wolno. Oniemiałam.
A Bóg mi świadkiem (i znajomi też), że nie przychodzi mi to z
łatwością. Kiedy wreszcie odzyskałam mowę, zapytałam
moją rozmówczynię (mówiącą z wydatnym orientalnym akcentem)
czy czytała kiedykolwiek bajkę o ”Królewnie Śnieżce i
siedmiu krasnoludkach”? A jeśli tak, czy oryginał teżby odrzuciła.
Bez chwili zastanowienia odparła, że oczywiście. Że ona
nigdy nie aprobowałaby niczego co dotyczy, komentuje czy podkreśla
kolor skóry (?!), gdyż jest to oczywista dyskryminacja. (”Snowhite”
przypadkowo znaczy po angielsku: śnieżno-biały). Czy
to moja wina?
Nie miałam wyboru. Tytuł byłam
zmuszona zmienić na poczekaniu. Nie dlatego, że się wystraszyłam.
Nie ja! Po prostu żal mi się zrobiło mojego pomysłu, tylu
godzin pracy, przebierania palcami po klawiaturze kompa. Także moich nerwów.
Po co walić głową o ścianę? Przecież łatwiej
by było nakłonić syrenę ażeby zrobiła szpagat, aniżeli
przekonać zdoktrynizowaną babę, że się czepia tramwaja.
Ale kto obcyndoli los, kto zajmie
”poprawne” stanowisko, kto będzie bronił chłopaka w
prawdziwej sytuacji życiowej? Chłopaka, który w moim pojęciu
jest bohaterem okrutnej ”nie-bajki”?
Pytam, bo parę miesięcy po tej
rozmowie, nadarzyła mi się okazja do sparafrazowania innej bajki. Tym
razem: ”Dziewczynki z zapałkami”. I pomyślałam, że tę
też możnaby przenieść w nasze, kanadyjskie realia. To,
że ”Śnieżkę”
napisali bracia Grimm a ”Dziewczynkę” Hans C. Andersen nie było
istotne. Istotne było, że
ja miałam możliwość przeprowadzić pararelę, która
powinna poruszyć serca dorosłych. Bo tamci, ci wielcy z przed półtora
wieku, pukali tylko do serduszek dzieci, a i to niezepsutych jeszcze dzisiejszym
dobrobytem. Byłam w stanie poruszyć
sumienia, wstrząsnąć nimi, nawet jeśli historia mojego ”Chłopczyka
z zapałkami” nie kończy się samotną śmiercią w
Noc Sylwestrową (jak w oryginale).
Ale
wiedziałam od razu, że nie napiszę tego po angielsku i nie poślę
do wspomnianego pisma. Z góry założyłam, że babsztyl znowu
nie zrozumie intencji, znowu wyjmie coś z kontekstu, znowu przyczepi się
do jakiegoś słowa. Lub, co gorsze, znowu będzie mnie posądzać
o jakąś dyskryminację. Tym razem – nie kolorowych, a biedaków.
A, że historia wcale nie jest śmieszna i dotyczy jednego z ”naszych”,
postanowiłam napisać do ”Expresu”. Moi czytelnicy na pewno
podążą za moim tokiem myślenia.
Nie
szukałam tego tematu. Sam do mnie przyszedł. Mniej-więcej dwa
miesiące temu. Niby już w lecie, ale tylko kalendarzowym. W domu zimno
jak cholera i gdyby nie centralne ogrzewanie, przemarzłabym do szpiku kości.
Dzwonek do drzwi oderwał mnie od kolacji. Przed drzwiami stała
zabiedzona chudzina. Młody chłopak w dżinsach i kurteczce wiatrem
podszytej. Przed nim na ziemi stała kolosalna torba. Podetknął mi
pod nos jakąś legitymację z fotografią i powiedział,
że pracuje dla instytucji charytatywnej o zawiłym tytule (nigdy o niej
nie słyszałam, choć wspomagam wiele). Że dla niej sprzedaje
artykuły domowego użytku po dużo niższych cenach aniżeli
sklepowe. Był siny z zimna. Przytupywal nogami oddzanymi w znoszone trampki.
Dmuchając w skostniałe dłonie, wygłaszał swoją,
wyuczoną na pamięć, standardową ”gadkę”. Pokazywał
i zachwalał zawartość torby. Zapałki, żarówki, mydło,
zmiotki, gąbki, gumowe rękawiczki, świece, baterie (pewnie
przedatowane), ścierki, kopystki, serwetki –
szwarc, mydło i powidło.
Już
po paru słowach rozpoznałam akcent. Zapytałam czy jest Polakiem.
Smutne oczy nagle zabłysły. Ależ oczywiście – potwierdził
dumnie. Mnie stygła kolacja, więc zapytałam czy jest głodny.
Odparł, że strasznie. ”No to wejdź, dam ci coś do jedzenia”
– mówię. ”Nie mogę” odpowiada, smętnie opuszczając głowę.
”Pracuję na czas”. ”Nie gadaj głupstw” – przerywam. ”Nie będę
tutaj na zimnie stała. Jak chcesz coś sprzedać, musisz wejść”.
Rozglądnął się dookoła, jakby kogoś wzrokiem szukał,
po czym złapał za torbę i wślizgnął się do
środka.
Uzupełniłam
nadjedzoną porcję na talerzu i wsadziłam do mikrusa. Po chwili
postawiłam przed nim pachnące, parujące danie a sama zabrałam
się do penetrowania jego torby. Kątem oka obserwowałam chłopaka.
Jadł tak zachłannie, tak łapczywie i tak szybko, że aż
się zachłystywał. Jego kramik to był jeden wielki bubel. I
na dodatek droższy od każdego ”Dolar Store”. Nic
z zawartości jego torby nie było mi
potrzebne, ale chciałam ażeby się najadł, więc
powiedziałam, ażeby jadł spokojnie bo na pewno coś sobie
kupię. Aż pokraśniał z radości.
Spytałam
go kim jest. Z pełnymi ustami (bo dla niego ”wyczyściłam”
jeszcze pół lodówki), opowiedział w stylu telegraficznym
swoja historię. Na imię ma Mikołaj. Tutejsi wołają na
niego Nick. Ma 18 lat. Pochodzi z małego
miasteczka koło Gorlic, woj.małopolskie. Ojca nie ma (nie pytałam
dlaczego). Przyleciał tutaj z matką cztery lata temu, odwiedzić ciotkę.
Ale ciotka wygrała loterię wizową i wyjechała do USA. Mama
wyszła za mąż za faceta-alkoholika, na którego haruje jak głupia
od rana do nocy. Ale świata bożego za nim nie widzi. Ojczym go nie
znosi. Był dla niego okrutny. I wulgarny. Ciągle go strofował,
popychał, mamie nie pozwalał dawać pięniędzy na obiad w
szkole. W ogóle szkołę uważał za marnotrawienie czasu a
karmienie Nicka za wyrzucony pieniądz. Mieszkają w Belville. Nick
uciekł z domu. Autostopem dotarł do Toronto. Długo pętał
się bez celu po mieście, aż poprzez chłopaków w schronisku
dla bezdomnych, skaptował go
jego obecny boss.
Pracują
w zespołach. Dziesięciu chłopców
i jeden sekcyjny. Systematycznie ”obrabiają” dzielnicę po
dzielnicy. Zaczęli od Wielkiego Toronto (GTA) ale byli już w wielu
innych miastach. Dzisiaj na tapecie jest Wschodnia Mississauga. Pracują po
12 godzin dziennie. Każdy z nich musi wykazać się $100 codziennym
utargiem. Niewyrobienie normy uważane jest za fiasko. Do dwóch razy - szef
toleruje. Za trzecim – wywala. Z
każdą zmianą
”strefy działania”, szef wynajmuje na trzy miesiące lokalny
townhouse (nigdy apartament w budynku, bo tam są kamery), który staje się
ich bazą. Tam trzymają towar. Tam mieszkają. Śpią w
śpiworach na podłodze, po kilku w pokoju. Za to szef ściąga
od każdego po $10 dziennie. O jedzenie troszczą się sami. Nick mówi,
że żyje głównie z puszkowych zup i chleba. Chińskiego
makaronu za 50 centów, kawy i mleka w proszku. Na hamburgery szkoda mu pieniędzy.
Chłopcy wydają forsę na piwo, ”maryśkę” i inne
narkotyki. Ale on nie. Nie pije, nie pali. On ma ambicje. Albo wyforuje się
na stanowisko sekcyjnego (ten nie chodzi po domach. Jest kierowcą
mikrobusu, którym zawozi i przywozi ich z terenu; także zaopatruje w towar)
albo zdoła odłożyć na bilet samolotowy ażeby wrócić
do Polski. Tam ma jeszcze rodzinę. Znając teraz świetnie język
angielski, może znajdzie jakąś dobrą pracę – mówi
marzycielskim tonem. W każdym razie tutaj, tak jak jest teraz, przyszłości
dla siebie nie widzi.
Proponuję
ażeby zadzwonił do matki z mojego telefonu. On mówi: po co? Szkoda
jego czasu i moich pieniędzy. Mówi, że już dwa razy próbował.
Nawet nie pytała jak mu leci ani nie wzywała do powrotu do domu.
Jest mi go strasznie żal. Mówię, że jeśli chce,
zawiozę go do Social Services (mam tam chody) i pomogę mu się
normalnie urządzić. Załatwię mu ”welfare” i mieszkanie.
Na co on odpowiada rezolutnie, że sam byłby to już dawno zrobił,
gdyby miał pewność, że jest legalny. Wie, że ojczym
mamie załatwiał pobyt stały ale nie wie, czy jemu także. Nie
chce ryzykować. (A ja myślę: co za wyrodna matka, jeśli na mężu
tego nie wymogła!)
Chłopak
patrzy niespokojnie na zegarek (ma ich w torbie kilka na sprzedaż. W
”Dollar Store” kosztują dolara. U niego cztery.) Wielokrotnie dziękuje
mi za kolację. Na chybił-trafił wybieram niepotrzebne mi zupełnie
zapałki, ścierkę (mam ich pełną szafkę), długopis,
baterię, zwój szpagatu i plastykowy
pojemnik (tych też mam od groma). Płacę $28. Nick przestępuje
z nogi na nogę, jeszcze raz dziękuje. Już w drzwiach nagle się
odwraca i szybko z siebie wyrzuca: ”niech się pani więcej nie daje
nabierać. Nie ma żadnej instytucji charytatywnej. Legitymacje są
lewe. Wymyślone przez szefa i odrobione na laserowej drukarce.”
Powiedzieć
mu, czy nie powiedzieć? A niech tam. Niech wie. Więc mówię:
”idź z Bogiem, dziecko. Dziekuję ci za ostrzeżenie, ale ja od
pierwszej chwili o tym wiem. Instytucje charytatywne nie proszą o wsparcie,
chodząc po domach (poza harcerkami, które raz w roku sprzedają
herbatniki lub czekoladki. Także ”Cancer Research” w kwietniu zbiera
żonkilami). Akredytowane instytucje charytatywne robią to listownie.
Mają swoje portale na internecie. Są łatwe do sprawdzenia. Gdybyś
nie był Polakiem, nigdy nie przekroczyłbyś tego progu, rozumiesz?”
Skinął głową, uśmiechnął się nikło
i poleciał. Biedny chłopak!
Nie
wiem. Może jestem łatwowierna. Może to wcale nie tak było.
Może uciekł z domu z innego powodu. Ale pozostaje fakt, że jest
niedożywiony, zmarznięty, zaszczuty. I pracuje! Nie kradnie, nie wałkoni
się, tylko usiłuje zarobić te parę groszy. Czy nasze
rozpieszczone dzieci i wnuki by tak potrafiły?
Każda
bajka musi kończyć się morałem. Morał tej
bajki-niebajki jest taki: pędzić domokrążców. To banda
cwaniaków. Zresztą sami prysną w siną dal, jeśli powiemy:
poczekaj no chwilę, niech tylko sprawdzę twoje kredencje na internecie.
Wystarczy bowiem wystukać w rządowej witrynie: www.cra-arc.gc.ca
kliknąć na ”English”, na ”Charities”, enter – i ukaże
się strona na której można znaleźć wszystkie legalne
instytucje charytatywne. Nawet ich rozliczenia podatkowe.
Rząd
bije na alarm: sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Tyle
lewych instytucji, żeruje na sercach dobrych ludzi, tyle robi nas w konia,
że ludzie wnet zamkną serca i portfele, bo nikomu już wierzyć
nie będą! Właśnie nakryto ”instytucję”, która
zebrała ponad milion dolarów na rzekome badania nad chorobą
Parkinsona (nasz papież na nią cierpi.) Dochodzenia ustaliły,
że forsę wydano na wystawne życie ”dyrektorów”, acz najwięcej
na ...kasyno w Niagara Falls. Jak nazwać tę bajkę?!