|
COLIN UMARŁ Wydaje mi się, że z natury jestem miłą, spokojną i sympatyczną panią. Mam wesołe usposobienie i całkiem na pewno niebotyczne poczucie humoru. W dzisiejszych czasach, aby móc samotnie borykać się z losem to ostatnie jest wręcz conditio sine qua non. Aliści muszę przyznać się bez bicia, że ową tak bezprzecznie pozytywną cechę, ten mój wrodzony humor, to moje spojrzenie na życie z przymrużeniem oka, z miejsca diabli biorą, kiedy ktoś usiłuje (i to nieudolnie, na dodatek) zrobić ze mnie balona. Jeszcze większą idiotkę, aniżeli Pan Bóg to zamierzył, kiedy pewnego grudniowego poranka umieścił mnie na tym ziemskim padole. Zgódźmy się, że robienie z tata – wariata, a z mamy – panoramy, w ogóle robienie ludzi "w konia", ma zawsze jakiś niecny cel na uwadze. Najczęściej ma to podłoże finansowe. A, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się upierał, że nigdy, przenigdy, nie zapłacił gdzieś jakiegoś frycowego - ja też nie jestem wyjątkiem. Lecz kiedy usiłowanie zażycia mnie z mańki szyte jest tak grubymi nićmi, że hamak nad szambo można na nich zawiesić - wówczas nagle robi się ze mną coś bardzo złego. Ogarnia mnie furia vulgaris! I choć pospolita, jest na ogół bardzo skuteczna w samoobronie. Czy to w mojej własnej czy przyjaciół - to nie jest już istotne. Przykładem niech będzie ta historia z Gośki samochodem. Moja przyjaciółka Gośka nie ma lekkiego życia. Kiedy, po długim wycieraniu kątów w obozach różnych krajów, udało jej się wreszcie dostać legalnie do Kanady, mimo absurdalnie niskich zarobków, natychmiast złożyła dokumenty na sprowadzenie rodziny. Biedna Gośka, acz bardzo wykształcona jest, niestety, anty-talentem językowym. Słoń jej na ucho nadepnął. Na szczęście Gośka jest tego faktu w pełni świadoma i dlatego nigdy nie porwała się na uczęszczanie na żadne kursy. Szkoda jej było własnego czasu i pieniędzy podatnika. Gośka założyła, że po iluś tam latach pobytu w Kanadzie, oglądaniu telewizji i obracaniu się w anglojęzycznym świecie - znajomość języka jakoś sama przyjdzie. Że się po prostu osłucha. I pewnie ma rację. Szekspirowi konkurencji wprawdzie nigdy nie zrobi, ale zakupy zrobi zawsze. Tak więc głównie z powodu braku języka, Gośka pracuje jako ekspedientka w polskim sklepie spożywczym. Zarabia niewiele, na pewno jej się nie przelewa. Ponieważ wiedziała, że pierwszym jej poważnym zakupem będzie samochód, pozwoliła sobie na wynajęcie mieszkania na "Wygwizdowie". Jest ono ładne, jasne i względnie tanie. Tanie dlatego, że leży bardzo daleko od centrum i bez auta - ani rusz! Mąż i dwaj synowie (nastolaty) przylecieli po dwóch latach czekania. Jej nieprzytomna radość rychło obróciła się w tragedię. Mąż po krótkim pobycie, zaliczeniu ciekawostek i łaskawie zezwoliwszy Gośce na obsprawienie go od stóp do głów, stwierdził, że Kanada, i owszem, jest ładna ale nie jest krajem dla niego. Że szanse na pracę w jego zawodzie architekta są tutaj znikome (w tym jednym przypadku miał absolutną rację) a do rozwożenia pizzy, czy pracy w fabryce nie ma ochoty. Zdecydował się wrócić do Polski. Nie pomogły prośby ani zaklęcia. Gośka przypuszcza, że przez lata jej nieobecności w kraju, on po prostu związał się z inną kobietą i, że to ona pewnie była tym magnesem, który go do Polski na powrót przyciągnął. Ale wrócił sam, bo chłopcy, przytomnie, odmówili powrotu. Gośka, jako samotna matka, mogłaby latami siedzieć na "welfare". Ale nie ona! Po otrząśnięciu się z szoku, ruszyła "do boju". Szybko znalazła sobie drugi etat i jakoś wiąże koniec z końcem. Pani magister dzielnie żongluje pracą w "delikatesach" i sprzątaniem domków; czasem nawet napisze mądry artykuł do jakiegoś fachowego, krajowego pisma. Jeden chłopak dorabia do rodzinnego budżetu roznosząc gazety, drugi pracuje po szkole w supermarkecie. Cała trójka pracuje, nie narzeka i jest, dzięki Bogu, zdrowa. Jakoś im leci. Bez większych wzlotów ale też i bez bolesnych upadków. Kiedy Gośka zapytała mnie o wybór samochodu, powiedziałam jej tylko jedno: że jest za biedna aby kupować używane "barachło", do którego będzie tylko stale dokładała. Doradziłam, ażeby kupiła samochód tani (szpanować nie ma potrzeby) ale nowy, co da jej gwarancję bezproblemowego jeżdżenia przez co najmniej kilka lat. Nawet zostałam gwarantorem, bez którego nie dostałaby pożyczki. Gośka upatrzony wóz kupiła, jest zadowolona i bardzo go sobie chwali. Lecz każdy samochód wymaga przeglądów. Na taksówki ją nie stać a nie każdy z przyjaciół ma czas i ochotę zawozić ją i przywozić z warsztatu, na ten jej Wigwizdów. Po raz nie wiem który, znowu ruszyłam w sukurs. Jadę za nią do warsztatu, podbieram, po czym wracamy do jej domu, Gośka piecze "bałabucha" a ja się zażeram tym zakalcem. Bo piec to ona też nie umie. Na ogół, zanim brzuch zaczyna mnie boleć, dzwonią, że wóz jest do odebrania. Szybko odwożę Gośkę pod warsztat i w te pędy zasuwam do domu. Na wszelki wypadek, zanim się kiedyś wstydu nie najem. Tego dnia siedziałyśmy w kuchni a ja kończyłam dopiero drugi kawałek zakalca (który u kogoś innego przypuszczalnie robiłby za szarlotkę), kiedy telefon zadzwonił o wiele za wcześnie, jak na moje rozeznanie. Gośka podnosi słuchawkę i robi wielkie oczy. Po czym słuchawkę przykrywa dłonią i przejmującym głosem szepcze: "Colin umarł!" Ja, przejęta nagłym zgonem tego Colina, pełna respektu dla majestatu śmierci, pytam równie cichutko: "a kto to jest ten Colin?" Na co ona wzrusza ramionami i mówi, że nie wie (sic!) Po czym, ponownie przykłada słuchawkę do ucha, trochę słucha, trochę coś tam bąka, powtarza niektóre słowa, aż w końcu ja zaczynam kapować co jest grane. Dla mnie rozmowa przestaje być enigmatyczna; ba, jest dziwnie łatwa do pojęcia. Gośka, tą swoją łamaną angielszczyzną, mówi coś, co brzmi jak: "Och maj god! Sacz macz!" I zaraz się upewnia: "ile? Ile?" (tu blednie). Aż tyle? $550?!” Po czym powtarza jeszcze ze dwa razy: "O mój Boże!" i pyta: "ju du dis kwik, jes? Ju du tudej? Plis, aj mast hew kar tudej!" Nie wytrzymuję nerwowo. Wyrywam jej słuchawkę z ręki i pytam faceta po drugiej stronie drutu: o co chodzi? Bo koleżanka nie bardzo rozumie - dodaję. W słuchawce, młody, arogancki głosik pyta falsecikiem, czy ja cokolwiek znam się na samochodach. Mówię, że trochę. Na co ten szczyl mówi z sarkazmem: "yah, yah, sure. Well, the coil is dead". Aha, a więc żaden Colin nie umarł, tylko wysiadła cewka indukcyjna. "Naprawdę?" - wykrzykuję z udanym przerażeniem. Facecik zaczyna robić mi wykład jak ważna jest rola tej cewki, a ja czuję jak mnie wprawdzie powoli, ale za to dokumentnie, zaczyna troista krew zalewać. Facecik kończy monolog i wreszcie dopuszcza mnie do głosu. Teraz ja pytam z kolei głosikiem słodkim jak lukrecja: "a czy ty, synu, znasz się choć trochę na samochodach?" "Jak to - zaperza się miglanc popielaty – oczywiście! Inaczej nie mógłbym przecież tutaj pracować". Na co ja w odpowiedzi, siląc się na względnie spokojny ton, cedzę przez zęby: "no to powinni ciebie już dawno byli wylać, bo ty g... wiesz!" I, przyznaję z maleńką dozą wstydu, że przez krótką chwilę pozwoliłam sobie zapomnieć, że jestem damą. Bowiem z niemałą satysfakcją, jeszcze dwukrotnie, prawie z lubością, powtórzyłam to niekoniecznie cenzuralne słówko. Zanim złapał oddech, ja już ciągnęłam dalej: "pozwól, że cię, synu, trochę poduczę. Jeszcze nigdy nie słyszałam, ażeby cewka wysiadła w dwuletnim samochodzie. Ale jeśli już jakimś cudem miałoby to nastąpić, wówczas wysiadłaby cała elektryczność. Wóz by nie zapalił! A gdyby przypadkiem miałoby to stać się na drodze, np. stojąc na światłach, to przy zdechłym silniku (stalled engine), wóz by się rozkraczył na wszystkie cztery koła i...Schluss, kaput, finito, trup, zdechł kanarek. Rozumiesz? To jakim cudem ona do was dojechała? Na pych?" Po czym szybko, z innej beczki zanim on ochłonie: "słuchaj, a masz ty tam taki śrubokręt, w którym jest światełko?" "No pewnie, że mam" - przyznaje już mniej pewnym głosem wyraźnie speszone chłopię. “A to bardzo dobrze, że masz” - mówię. “To weź ten śrubokręt i przyłóż do cewki. Ta cewka to jest taki mały, metalowy cylinderek, pi razy oko, około 20cm x 5cm, umieszczony na odwrotnej stronie tablicy rozdzielczej, czyli na tyle silnika. W wozie mojej przyjaciółki będziesz miał do niego lepszy dostęp z prawej strony. Przyłożysz tylko ten śrubokręt do cewki i popatrzysz. Jeśli światełko się zapali – to znaczy, że "colin żyje". Że ma się bardzo dobrze i jest zdrów jak ryba. A ja wiem całkiem na pewno, że światełko się zapali. Rozumiesz?" W słuchawce słyszę głęboki oddech i... ciszę. Czy ciszę można słyszeć? Można! Szczególnie kiedy komuś odbiera dech. Kiedy młody impertynent z cichym "och" milknie - to jest właśnie ta zwycięska, "słyszalna" cisza! I mówię mu jeszcze: "tylko niczego tam nie ruszajcie. Już wskakuję w mój wóz i za kwadrans będę u was w warsztacie." Facecik przytomnieje w tempie przyśpieszonym. Jąkającym się głosikiem mówi abym się jeszcze chwilę wstrzymała, że on teraz pójdzie na halę, przeprowadzi ten eksperyment ze śrubokrętem i, że zaraz znowu zadzwoni. Gośka w międzyczasie wyciąga książeczkę czekową. Nerwowo grzebie w portmonetce, liczy banknoty, przeprowadza jakieś skomplikowane obliczenia na skrawku gazety, aby w końcu, zaaferowana, zapytać czy ja mogłabym jej pożyczyć $250. Mówię, że nie ma sprawy, ale, żeby się nie denerwowała, bo ja jestem więcej niż pewna, że te pieniądze nie będą jej potrzebne. "Jak to - mówi Gośka - przecież powiedzieli, że ten tam ... no, ten colin diabli wzięli". "Nie martw się - uspokajam ją - zaraz będzie telefon, że to była pomyłka". Ledwo zdążyłam te słowa wypowiedzieć, odezwał się telefon. I, jak (nieskromnie) przewidziałam, oni stokrotnie przepraszali i bardzo się sumitowali za nienaumyślne (koń by się uśmiał!) wprowadzenie nas w błąd. Tak się (w przenośni) w piersi bili, że aż dudniło. Facecik, jąkając się niemiłosiernie, nadaje oklepaną gadkę i usiłuje mi wmówić, że na sąsiednim stanowisku stoi na wyciągu identyczny model, w tym samym kolorze, ale nowemu mechanikowi coś się pokiciało. I, że on, mój już nie taki hardy jak dotąd, rozmówca, jest tylko recepcjonistą, że on tylko przekazuje informacje, które dostaje z hali. Akurat! I zaraz dodaje, że Gośki samochód jest gotowy i do odebrania. Jesteśmy całe radosne, całe w skowronkach. Gośka - gdyż właśnie zaoszczędziła sobie sporo pieniędzy, a ja - gdyż zrobiło mi się dobrze na duszy! Leciutko wygrałam batalię o babski móżdżek. Każde takie drobne zwycięstwo cieszy jak cholera. Ma cudowny wpływ na oklapnięte morale. Bowiem w rekordowym czasie pozwala się “wyprostować” i uśmiechnąć, choćby do siebie samej. Czy każdy warsztat kantuje? Czy każda baba jest w ich oczach słodką-idiotką? Jeśli tak, to tym razem nacięli się sk...ubani. Albowiem ani ten chłopak ani jego chlebodawcy nie mogli wiedzieć, że akurat ta, nadgryziona zębem czasu “quasi blondynka”, w swej szalonej młodości jeździła wyczynowo. (Dzisiaj starsza zawodniczka Nina może tylko smętnie spoglądać na pucharki zdobyte na wielu poważnych wyścigach samochodowych i tylko wzdychać, że "byli czasy ali wyszli"). Nie mniej, do dzisiaj zasuwa sportowym wozem, choć krzyż od dawna się buntuje. Ponieważ na następnym przeglądzie będzie się Gośce należała rotacja kół, wnet ją pouczę (gdyby mnie akurat nie było) jak się sprawdza czy naprawdę koła "przekręcili". Mam taką ambicję aby z czasem, w tym warsztacie, już sam widok tych dwóch groźnych bab powodował ażeby każdy mechanik dostawał nerwowych drgawek. Ażeby uważał pracę przy Gośki wozie za dopust boży. Ja wiem, że jakieś "frycowe" tu czy tam jeszcze nie raz zapłacimy. Ażeby było śmieszniej - chłopy też płacą, tylko nie wiedzą o tym. W końcu nie każdy ma zdolności mechaniczne. Humaniści – też ludzie. I to jest pewnie powodem, że tysiące Colinów i innych "umiera" codziennie w tysiącach warsztatów. Stąd aureola nad gową uczciwego mechanika świeci jaśniej aniżeli sam koh-i-noor (jeden z największych brylantów świata). Muszę się pochwalić, że (tfu, tfu, tfu), ja znam taki warsztat, mam takiego mechanika i dlatego kiedy tam jadę, nawet w zimie, nakładam przeciwsłoneczne okulary. Z powodu tej aueroli. Mam ten fart, bo już w Biblii św. stoi: “Szukajcie a znajdziecie.” Tak długo szukałam - aż znalazłam. Czego z serca życzę wszystkim Czytelnikom tego felietonu! |