SUCHY DESZCZYK

 

Panna Barbara D. ze Scarborough ma głos: Pani Nino! Czerwiec jest tutaj chyba najbardziej romantycznym miesiącem,  bo tak bardzo w śluby obfituje. Mam szczęście pracować w dużej firmie, gdzie porobiłam wiele znajomości i mam wiele nowych przyjaciół. Ale rok dopiero się zaczął a ja w tej chwili mam już  aż 3 zaproszenia na ślub i 2 na zaręczyny. Do tego jedna z koleżanek poprosiła mnie na drużkę. Mimo, że ślub jest dopiero za 5 miesięcy, przygotowania są w pełni. Sala bankietowa jest zamówiona i opłacona, fotograf, limuzyna, kwiaty – wszystko zaklepane. Suknia panny młodej nie będzie kupiona, tylko szyta na miarę. Czekamy w kolejce do firmy krawieckiej; przymiarki zaczną się przypuszczalnie w marcu.  Kiedy jej suknia zostanie ukończona, wtedy zaczną szyć suknie dla nas. Jest nas 4 drużki. No i właśnie my  z tym mamy problem ale nie wiemy jak go rozwiązać. Jak Pani pewnie wie, tutaj drużki kupują suknie i akcesoria za własne pieniądze. OK -  z tym nie ma sprawy. Ale mama panny młodej ma, niestety, wściekły gust. Wybrała dla nas z żurnalu długie (i drogie), obcisłe suknie z seledynowej satyny i zwariowane kapelusiki z tego samego materiału, z woalką. Ta suknia później nawet na nocną koszulę nie będie się nadawała. Do tego trzeba będzie dokupić jeszcze buciki z satyny i rękawiczki, po czym  dać to wszystko pofarbować pod kolor. Zgroza! Na domiar złego, ja nie mam najlepszej figury i z góry wiem, że będę się w tym stroju czuła wręcz fatalnie. Chyba przyzna Pani, że mam pełne prawo do buntu. Pozostałe dziewczyny podzielają moje zdanie.  Ale żadna z nas nie wie co mamy zrobić, co powiedzieć, ażeby koleżanki nie urazić.

I jeszcze jedno. Sprawa "shower party". Moja rodzina i ja jesteśmy w Kanadzie dopiero od kilku lat i nie znamy wszystkich zwyczajów. Koleżanki-Kanadyjki  mówią, że jest to takie babskie zebranie przed każdym wielkim ewenementem i, że należy przynieść ze sobą prezent. Jestem zupełnie skołowana. No to kiedy daje się prezent? Na zaręczyny, na ten jakiś "shower" czy na ślub? I czy wypada zapytać na jaki prezent ona reflektuje? Szczęśliwie, pozostało mi jeszcze wiele czasu, i razem z moją mamą bardzo liczymy na to, że Pani coś mi podszepnie, coś doradzi....


Polki nie gęsi i swój język mają (ot! parafraza drobna taka). Ta mama panny młodej (oj, biedny ten przyszły zięcio!) to albo jakaś straszna sekutnica, albo ignorantka, albo jedno i drugie naraz. Bo za Wasze własne pieniądze to WY powinnyście mieć ostatnie słowo w wyborze stroju. Ona powinna była skonsultować się z Wami a priori, omówić styl i kolor tak aby Wam to odpowiadało. Nie tylko ażeby dobrze i wygodnie czuć się w tej sukni na ślubie, ale ażeby był z niej jeszcze później jakiś pożytek. Suknia balowa? Koktajlowa? Jeśli nie jest jeszcze za późno, jeśli materiał nie został zakupiony, wydaje mi się, że grzeczna, acz stanowcza rozmowa naprzód z koleżanką a później z jej apodyktyczną mamuńcią ma wszelkie szanse powodzenia. Jest przecież zrozumiałe, że pracujące dziewczęta na pierwszej posadzie, nie stać na kosztowny ciuch jednorazowego użytku. Zasugerujcie sukienki w innym kolorze, może koktajlowej długości (później zawsze obciąć można), o klasycznym fasonie, który nie tylko będzie zawsze modny i wygodny, ale pozwoli nosić je na inne późniejsze, wystrzałowe okazje. W Waszym wieku, pastelowe odcienie nigdy nie wyjdą z mody.

Słowo "shower" dosłownie znaczy ‑ przelotny deszczyk. Natomiast w przenośni znaczy "być obsypywanym". Prezentami, zaszczytami, pieszczotami. W Europie zwyczaj ten nie jest znany, głównie dlatego, że tam jest trudniej znaleźć frajera. W moim odczuciu, jest to całkiem nie w ciemię bity a merykański wymysł, który od rodziny i przyjaciół za jedną przyczyną, na siłę, na chama, wyłudza nie jeden ale aż trzy prezenty naraz.  Jest to szantaż moralny, z którym mnie jest niezmiernie trudno się pogodzić.  Widocznie za długo byłam Europejką.

Trzy lata temu byłam proszona na zaręczyny dzieci moich znajomych. Pojechałam z kwiatami i butelką koniaku. Błąd w sztuce, proszę wycieczki! Kiedy w hallu zobaczyłam stoły uginające się pod czajnikami, tosterami, obrusami i bielizną pościelową, zrozumiałam, że wyskoczyłam jak Filip z konopi. Wycofałam się dyskretnie. Wskoczyłam w samochód, podjechałam do najbliższego sklepu, zakupiłam stosowną kartę okolicznościową, i włożyłam do niej, wypisany na kolanie, czek. Po powrocie, wręczyłam kopertę narzeczonemu, sumitując się bardzo, że nie wiedziałam co im kupić.  Facet był w siódmym niebie. Nareszcie coś konkretnego!

 Wnet na "deszczyk" i ślub, promieniejący szczęściem narzeczeni dostali jeszcze dwa kosztowne prezenty. Obecnie są w trakcie rozwodu i handryczą się o wszystko. O każdy kubek, o każdą płytę kompaktową. Na każde z nich czeka już za kulisami następny partner i jele‑jele a dostanę DWA kolejne zaproszenia. Po czym stanę przed dylematem, które zaproszenie przyjąć a które olać. Albowiem całkiem na pewno nie dam się wrobić w następnych SZEŚĆ imprez. Gdzieś trzeba przeciągnąć grubą krechę! Czy ja od każdej z tych par dostanę po trzy wieńce na trumnę? Nie sądzę.


I niech Pani dziękuje Bogu, że Pani koleżanka nie jest Włoszką z pochodzenia. Albowiem w ich zwyczaju uczestnicy weselnej biesiady, poza wspomnianymi prezentami, mają jeszcze obowiązek sami sobie o płacić w niej udział. I co najmniej następne sto dolćow na główkę, leci. Zwyczaj ten pochodzi z czasów, kiedy włoscy imigranci byli jeszcze bardzo ubodzy. (Dzisiaj ‑ rzecz niesłychana!) Pieniądze, które rodzice panny młodej zaoszczędzili nie płacąc za wesele, wpłacano nowożeńcom jako zadatek na dom. Albo płacąc czynsz za ich mieszkanie, co najmniej przez pierwszy rok. (Po zastanowieniu się ‑ może to wcale nie jest znowu taki głupi zwyczaj?)

O prezent proszę lepiej nie pytać. Kupić to, na co Panią stać. Chyba, że oni mają otwarte konto w którymś z magazynów, gdzie można kupić np. serwis w "odcinkach". (Wówczas w zaproszeniu podadzą nazwę i adres sklepu). Jest to bardzo wygodne, gdyż odpowiada każdej kieszeni. Jedni kupią 6 talerzy do zupy, inni 6 do mięsa, ktoś kupi 6 deserowych, ktoś inny 6 spodków, ktoś 6 filiżanek a jeszcze ktoś iinny, wazę lub sosierkę. Sprzedawca notuje kto co sprezentował, tak ażeby nowożeńcy wiedzieli komu i za co wysłać podziękowanie. Po ślubie się okaże co zabrakło do kompletu. Wtedy państwo młodzi lub ich rodzice już własnym sumptem uzupełnią braki.


Natomiast jeśli chodzi o "romantyczny" czerwiec, obawiam się, że przyjdzie mi Panią nieco rozczarować. Czerwcowe śluby choć są bardzo starą tradycją, nie mają nic wspólnego z romantyzmem. Natomiast wszystko z wyrachowaniem. Zapomnijmy o kwiatkach, ptaszkach i motylkach. Nic z tych rzeczy, panno Basiu! Tradycja ta wywodzi się jeszcze ze starożytnego Rzymu. Rzymianie wierzyli, że Junona (Juno = June = czerwiec), żona Jowisza, bogini patronująca życiu kobiety, a więc żony i matki, będzie zawsze jej opiekuńczym, dobrym duchem. To na jej cześć pobierano się w czerwcu. Aliści dużo bardziej prozaiczna jest przyczyna czerwcowych ślubów w Kanadzie. Jeszcze całkiem niedawno, w tutejszym, północnym klimacie, (jeśli tylko ślub nie MUSIAŁ odbywać się w innym miesiącu), na ślub celowo wybierano czerwiec. Bo zakończono już siewy, a rodzina i przyjaciele, którzy czasami musieli pokonywać straszliwe odległości, mogli ze spokojną głową zjechać na weselisko. Także gospodarze mieli teraz czas na wielkie przygotowania. Na utuczenie zwierząt i drobiu, na wszelkiego rodzaju wypieki. Nowalijki też już wzeszły i jagody już były. (Wtedy import warzyw i owoców przez okrągły rok nikomu nawet się nie przyśnił.) Według annałów (a sprawdzałam!) w dawnych czasach pogoda w czerwcu, na ogół, dopisywała.  Nie było tych potwornych wahań, które nam dzisiaj tak bardzo życie komplikują. A pogoda była wtedy niezmiernie ważnym czynnikiem, gdyż nie tylko wielodniowy poczęstunek odbywał się na świeżym powietrzu, ale goście często‑gęsto musieli nocować w swoich pojazdach. Kryte fury i bryczki były ówczesnym ”motelem na kółkach”. Na wagę złota.

Świeżo upieczona żona była od razu przydatną siłą roboczą przy żniwach. A kiedy powiła pierwsze dziecko (przy założeniu, że kalendarzowo‑przepisowo, czyli dopiero na wiosnę), była już w stanie pomóc przy następnym siewie. Tak więc good‑bye romantyzm, hallo ‑ samo życie!