”DOMEK TRZECH DZIEWCZĄT” 

 

         

                  Czasami  to aż mi głowa pęka od nadmiaru  zasłyszanych aforyzmów, cytatów   i ”złotych myśli” ludzi sławnych. Ale staram się je zapamiętać, no bo jeśli wypowiedzieli je ”wielcy” to niechybnie są to słowa mądre i prędzej czy później, mogą mi się przydać. Tak jak dzisiaj.  

                  Miałam najszczersze chęci napisać coś o naszym grajdołku. O naszych swarach. Do tego potrzebne mi było coś o forsie. Pieniądzach. Mamonie. Szmalu. Kasie. Temu świństwu, które wieki temu wymyślili Fenicjanie (a bodajby przez to w piekle nigdy spokoju nie zaznali!)  Zaczęłam przeczesywać pamięć. Bingo! Przypomniałam sobie powiedzenie Ralpha W. Emersona. Leży  jak ulał. Ten amerykański filozof  i moralista napisał: ”Without a rich heart, wealth is an ugly beggar” (moje luźne tłumaczenie: ”bez ofiarnego serca – bogactwo jest nędzarzem”). Albowiem pieniądz nie wszystko kupuje. A co kupuje?  Po namyśle, sądzę, że pieniądz kupuje:

                             Łóżko,  lecz nie sen

                             Książki, lecz nie mądrość

                             Pokarm, lecz nie apetyt

                             Ozdoby, lecz nie piękność

                             Dom, lecz nie ognisko domowe

                             Seks, ale nie miłość                           

                             Lekarstwo, lecz nie zdrowie

                             Luksus, lecz nie piękno

                             Rozrywkę, lecz nie szczęście

                             Wdzęczność kosciołów, lecz nie zbawienie

                             Paszport i wizy – lecz nie do nieba.

                             Wystawność,  ale nie dobry gust

                             Komfort zyciowy, ale nie duchowy

                             Studia, ale nie wykształcenie

                  Szczęście? Szczęście dobra Bozia daje nam za darmo. Do tego zaliczam: zdrowie, miłość i respekt. Tego za żadne pieniądze kupić nie można. Ale jeszcze czegoś kupić nie można. Określa to sławny cytat Szekspira: "dużo większym bólem od ukąszenia węża, jest mieć niewdzięczne dziecko". Nie bez kozery połączyłam te dwie wypowiedzi.  Albowiem tworzą one idealną kanwę do dzisiejszego opowiadania.  O naszym bagienku napiszę innym razem; wyliczanka nie pójdzie na marne. Jeszcze się przyda.

                  Parę dni temu, spotkała mnie miła niespodzianka. Dzwoni telefon. Z tym cudownym, kresowym akcentem (odziedziczonym po matce, dziewczynce repatriowanej z Syberii), melodyjny, kobiecy głos w słuchawce zadaje pytanie: ”zgadnij kto mówi?”  Mój Ty Boze! Na przestrzeni lat, tyle głosów w słuchawce słyszałam, ale przecież tego nie da się zapomnieć! ”Wanda! - krzyczę radośnie - co ty tutaj znowu robisz?”

                  I od razu, jak w kalejdoskopie, przelecialy mi przed oczami obrazki z przed   kilku lat. I ”domu trzech dziewcząt". Nie tego muzycznego - Schuberta, tylko takiego zwyczajnego - dla ludzi. Także domu, z którego wyleciałam za wypaczone poczucie humoru. Ja wiem, że w okresie Wielkanocy (Święta, pokój ludziom dobrej woli) jest niezbyt ładnie wyrażać się niekorzystnie o bliźnich. Ale co robić kiedy fakty mówią same za siebie. No cóż, mogłabym wprawdze zamknąć buziuchnę na cztery spusty i przemilczeć, ale wtedy nie byłoby tego opowiadania z morałem. Jakim morałem? Przyznam, że nie bardzo wiem jakim, ale wiem, że na pewno tu gdzieś jest!

                  Ja, kiedy coś przeskrobię i zdam sobie z tego później sprawę - Bóg mi świadkiem - potrafię pójść do Canossy. Nie twierdzę, że sprawia mi to szczególną radochę; nie udaję, że czynię to z rozkoszą - ale zawsze chodzę,  jeśli zajdzie ku temu potrzeba. Słowo "przepraszam" figuruje poczytnie w moim wokabularzu. Posługuję się nim liberalnie, kiedy ktoś na nie zasłuży. Ale akurat w tej historii byłam znowu niewinna jak ta przysłowiowa "wodna lelija”.  I nie powiedziałabym: przepraszam!         

                  Panią Wandę poznałam w publicznej bibliotece przy Dixie. Poszukiwałam w dziale książek prawnych, informacji dla jednej z moich czytelniczek. W pewnej chwili  usłyszałam i  zobaczyłam  obok gestykulującą panią, która najwyraźniej w świecie nie potrafiła dogadać się z bibliotekarką. Po akcencie, zorientowałam się natychmiast, że ta pani jest Polką.  Nieproszona, bez wahania ruszyłam w sukurs. Już po chwili sprawa sie wyjaśniła i rezerwacja pożądanej książki dokonana.  Przedstawiłam się i cichutko porozmawiałyśmy jeszcze przez chwilkę. W trakcie  krótkiej  rozmowy okazało się, że ta pani nie ma transportu. Wobec tego zaofiarowałam się, że odwiozę ją do domu.

                  I tak to się zaczęło. Miła, kulturalna i nader sympatyczna pani Wanda z miejsca przypadła mi do gustu. Z opisu wynikało, że mieszkamy blisko siebie. W czasie krótkiej jazdy dowiedziałam się, że pani Wanda też jest wdową, że w Polsce piastowała jakieś bardzo wysokie stanowisko w zakładach (przepraszam, ale zapomniałam jakich) i doskonale jej się tam powodziło. Ale co z tego, skoro jej jedyna córka wyemigrowała do Kanady. Boże! Skąd ja to znam?

                  Więc kiedy Dorota (ta córka) zaproponowała mamie przeniesienie się tutaj na stałe, ani chwili się nie zastanawiała. Wbrew radom przyjaciół i rodziny w Polsce, spaliła wszystkie mosty za sobą i przyleciała na skrzydłach nadzieji na cudowne, lepsze  jutro. Powiedziała, że nie żałuje, że bardzo dobrze postąpiła, ale mnie się wydało, że jej głos jakby na chwilę się załamał. Dodała, że teraz ma swoją córkę na codzień, że prowadzi jej dom, opiekuje się wnuczką; uczy ją  języka polskiego. Jest częścią składową rodziny i czuje się niezbędna. Piękna sprawa – pomyślałam z odrobiną zawiści, gdyż faktycznie nic w życiu bardziej nie umila (i wynagradza) człowiekowi  istnienia,  aniżeli uczucie, że jest  komuś potrzebny!

                  Kiedy podjechałyśmy pod dom, co ja mówię - jaki dom, pod okazałą  rezydencję -  szczęka opadła mi ze zdumienia. Rezydencja zajmuje lwią część małej uliczki. Faktycznie nie daleko od mojej. Z tą tylko maleńką różnicą, że tam nie ma ani jednego domu poniżej (wtedy) miliona dolarów, a ten musiał kosztować dużo więcej. Objechałyśmy gazon i zaparkowałam przed portykiem. Portykiem!!! - proszę ja kogo. Pani Wanda powiedziała, ażeby tutaj wóz zostawić, gdyż garaże są daleko na tyłach, a ona zaprasza mnie na herbatę i szarlotkę własnej roboty. Ciekawa jestem czy ja mam wypisane na czole, że jestem strasznym łakomczuchem,  i za domowe wypieki można mnie kupić całą, z kopytami.  A, że w tym dniu nie pracowałam (vide godziny spędzone na mozolnym szperaniu w bibliotece), do nikąd mi się nie śpieszyło, więc zaproszenie przyjęłam z ochotą.

                  Z halu, poprzez kolosalny salon, w którym królował koncertowy Steinway, wydawało mi się, że idziemy już pół godziny, zanim dotarłyśmy do kuchni. I tam, na moją prośbę, już zostałyśmy. Tak ślicznej kuchni chyba jeszcze nigdy dotąd nie widziałam (chyba, że mowa o syntetycznej, filmowej).  Pod sufitem ze szkła (sic!) w kuchni zalanej słońcem, same kwiaty. Niezliczone wazony, jakieś egzotyczne rośliny. No i te rozkoszne zapachy. Nie wiadomo jak i kiedy przegadałyśmy kilka godzin. Miałyśmy sobie niebywale wiele do powiedzenia i do porównywania.

                  Dzisiaj, z perspektywy czasu, rozmyślam nad tym skąd się wtedy wzięła i tak momentalnie nawiązała nić obopólnej sympatii. I ta rozbrajająca szczerość w stosunku do, jakby nie było, kompletnie obcego człowieka. Albowiem, w trakcie konwersacji, pani Wanda wyznała, że zdaje sobie z tego sprawę, że jest tutaj de facto niepłatną gosposią, kucharką i guwernantką. Ale, że to jest przecież jej rodzina. Najbliższe jej istoty i, że choć inaczej wyobrażała sobie życie w Kanadzie - dobrze jest jak jest. Nie mniej dotkliwie odczuwa wyobcowanie, nieznajomość języka angielskiego, oraz brak znajomości ludzi w jej wieku. W ciągu dnia nie ma do kogo ust otworzyć a dojazd dokądkolwiek autobusami jest bardzo uciążliwy. I chociaż w domu jest kilka telewizorów, telewizji prawie nie ogląda, gdyż po prostu niczego nie rozumie. (Dzisiaj miałaby polski kanał albo polskie programy z satelity. No, ale to było wtedy. Za czasów Króla Ćwieczka Telewizyjnego). Faktycznie, podczas wycieczki krajoznawczej z halu do kuchni, zaobserwowałam dwa takie "maleństwa". Jeden, ten mniejszy, miał 42"-wy ekran (wtedy to było wielkie aj-waj) a drugi był jeszcze większy. Pani Wanda powiedziała, że właściwie to tylko polskie książki z publicznej biblioteki trzymają ją przy życiu. Zapytałam czy czyta polską prasę. Zaprzeczyła. Zapytałam dlaczego. Pani Wanda uśmiechnęła się z zażenowaniem i powiedziała, że finansowo jej się raczej nie przelewa (?!). Córka czyta gazety i magazyny wyłącznie w języku angielskim. Dobre wychowanie nie pozwoliło mi zapytać  dlaczego w tym ewidentnie majętnym domu, nikt nie pomyślał o tym, ażeby zaabonować jej kilka polskich pism i magazynów. Zamiast, zapytałam czy gra może w brydża. Niestety, nie gra. Ale jej córka gra namiętnie. Ba, córkę można by nawet określić mianem fanatyczki brydżowej.

                  Nie wiadomo kiedy zrobiło się po trzeciej. Zagadałyśmy się straszliwie. W popłochu wyleciałyśmy przed dom. Szkolny autobus akurat znikał za rogiem a na drodze (tutaj chodników nie ma), stała maleńka Ewunia. Wtedy miała 6 lat i była ślicznym dzieckiem. Co mi się natychmiast rzuciło w oczy, to wielgachna kokarda we włosach, jakiej tutaj nigdy na głowie żadnego dziecka nigdy nie widziałam. Coś takiego widywało się tylko na starych fotografiach i może dlatego było to takie słodkie, takie ujmujące, takie inne. A może dlatego, że dzisiaj wszystko co stare -  jest znowu nowe?! Nie wiem. Dziecko grzecznie zjadło z nami podwieczorek, po czym zniknęło gdzieś w czeluściach domu. A my gadałyśmy sobie dalej.

                  Ja się chwaliłam moją córką na lotnisku i jej  pozycją, ale pani Wanda  mnie "przebiła". Jej córka zakotwiczyła się w finansach wysokiego lotu i robi  zawrotną karierę. Pracuje gdzieś na Bay'u, w bardzo znanym multimilionowym koncernie inwestycyjno- finansowym. Jest prawą ręką naczelnego dyrektora, zarabia krocie, jeździ nowym Mercedesem, a ten dom  już za chwilę będzie jej własnością. Niebywałe! O jakimś mężu, względnie jakiejkolwiek parze spodni - pani Wanda nie wspomniała. Wyraziłam mój podziw i uznanie dla jej, niewątpliwie, bardzo utalentowanej córki,  z powodu takich fantastycznych osiągnięć, i to w tak krótkim czasie.

                  W chwilę później, cicho jak kot, do kuchni wsunęła się ta córka. Ładna, postawna, zgrabna, doskonale "zrobiona" i zadbana młoda kobieta. Wykwintnie ubrana z tą taką, rzadką, niewymuszoną elegancją, którą tak mało kobiet może się poszczycić.  A mimo wszystko, mimo tych widocznych superlatywów, wydała mi się z miejsca jakaś odpychająca.  Nie tak ją sobie wyobrażałam. Arogancja płynęła przed nią szeroką falą, niczym jej doskonałe perfumy. Murowanie "Mitsouko" Guerlain'a. Mruknęła "hello”, omiotła mnie obojętnym spojrzeniem i bez pardonu rozpoczęła z matką rozmowę na tematy gospodarcze. Właściwie nie rozmowę, ale głośny, ex cathedra wygłaszany monolog i staccato wydawane polecenia. Widać było, że biedna pani Wanda nie wie w którym miejscu ma się pod ziemię zapaść. Zrobiło mi się potwornie łyso. Nagle poczułam się strasznym intruzem w domu tej kobiety. Więc zrobiłam co to, co robi każdy rasowy tchórz w podobnej  sytuacji.   "Przypomniałam sobie",  że mam jeszcze coś bardzo pilnego do załatwienia w mieście i dałam dyla.

                  W drodze do domu, myślałam jeszcze przez chwilę o tym dziwnym ”domu trzech dziecząt". O słodkiej, małej dziewczynce, która ma najsmutniejsze oczy na świecie. O przemiłej ale ewidentnie zahukanej starszej pani. I o młodej, pewnej siebie kobiecie, która chyba nie wie, że ta mała krzywa linia na twarzy, którą nazywamy uśmiechem, potrafi naprostować każde faux-pas. A choćby ten nietakt, że mi się nie przedstawiła. Odkąd świat światem – zawsze młodsza przedstawia się starszej. Nawet jeśli zastanie ją w swojej  własnej kuchni. No, ale to wszystko nie było moją sprawą, rychło więc o niej zapomniałam.

                  Ku mojemu zdziwieniu, po kilku dniach zadzwonił telefon. Młody głos po tamtej stronie oznajmił, że mówi Dotty, córka pani Wandy. O mało nie ryknęłam gromkim śmiechem. Facetka, tak wspaniale zasuwa językiem Szekspira a nie wie, biedactwo, że "dotty" po angielsku oznacza: w móżdżek kopnięta, sfiksowana, kuku na muniu, śmieszna. (Kto nie wierzy - niech sprawdzi w słowniku).  A ta Dotty, w tej chwili cała w skowronkach, zaprasza mnie na brydża. I świergoli jak najęta, że nie wiedziała, że ja jestem z Anglii, że ona tak Anglię kocha, że jej szef, sir Malcolm, jest przecież Anglikiem i, że wszystko co jest z Anglii jest oczywiście takie wspaniałe, takie super, no i w ogóle. Absolutely dotty! Zaproszenie przyjęłam, gdyż byłam pewna, że to pani Wanda je sprokurowała;  jej nie chciałam sprawiać przykrości odmową.

                  Pomyliłam się zresztą. Zaproszenie wyszło od  Dotty.  Kiedy zaczęłyśmy się z Wandą coraz częściej widywać, odwiedzać wzajemnie, wypuszczać do miasta po zakupy lub na kawę i ciacho, chodzić  na polskie spektakle, wtedy w trakcie jakiejś rozmowy dowiedziałam się, że Dotty po prostu regularnie cierpi na chroniczny brak "czwartego". A, że grywa wyłącznie u siebie w domu, bo do innych chodzić nie lubi (?!) - ma stałe trudności ze skompletowaniem partii. Ja będę idealna, ze względu na sąsiedztwo.

                  Te brydżyki były zresztą rozkoszne. Były także nieustannym źródłem mojej niemej uciechy. Albowiem wnet okazało się także, że nasza Dotty,  poza snobizmem na wszystko co angielskie, dodatkowo cierpi jeszcze na tytułomanię. Pamiątka po Polsce? Poza mną, nie bywała tam żadna inna pani. Za to panowie zmieniali się jak rękawiczki. Każdy z tych panów mógł poszczycić się przynajmniej jednym tytułem naukowym. A jeśli nie naukowym, to "pan dyrektor" - był najniższym szczeblem tytularnym, jaki Dotty tolerowała.  Tytułami  Dotty żonglowała przez cały wieczór, we wszystkich możliwych odmianach gramatycznych. Tylko moja skromna osoba  zdawała się jej sprawiać jakiś niebywały problem. Albowiem biedna Dotty nie mogła się zdecydować czy ja mam być zwykłą panią magister, pania doktorową (po mężu) czy też panią redaktor. Wobec tego obracała wszystkimi naraz a ja, za chińskiego boga, nie potrafiłam jej przekonać, że noszę całkiem sympatyczne imię i dlaczego nie mogę być  zwykłą panią Niną.  No, ale widocznie nie mogłam, gdyż tytuły musiały być serwowane gęsto i często. Jak piłeczki na korcie tenisowym.  Raz usiłowała zrobić ze mnie lady Ninę, co mnie kosztowało mnóstwo śliny zanim ją przekonałam, że nie mam prawa do tego tytułu.

                  Mimo, że w tym domu wszystko, na co tylko spojrzeć i spożyć, było takie wykwintne, takie szykowne i comme il faut, nie czułam się tam dobrze. Na kilometr pachniało mi to straszliwą sztucznością, której wtedy nie potrafiłam sobie wytłumaczyć. Dzisiaj wiem, że był to mnie nieznany zapach arywistów.  Dorobkiewiczów. Sfery, której nie znałam. No, ale to znowu nie moja sprawa.

                  Grywaliśmy w tego brydża wyłącznie w jednym z pomniejszych salonów, bardzo gustownym i eleganckim zresztą. Do innych pokoi, wstępu  nie było. Zabiegana, zaaferowana, zawsze uśmiechnięta, Wanda przygotowywała wyśmienite zakąski i napoje. Była przeuroczą gospodynią. Dotty nigdy czterech liter z krzesła nie podniosła, nigdy matce nie pomogła a tylko łaskawie pozwalała sobie usługiwać. Obserwując to z pod oka, czułam, jak coraz silniej narasta we mnie antypatia do tej dziewczyny. A nie mogłam przecież tego jawnie okazać, gdyż nie chciałam jej matce sprawiać przykrości. I tylko za to, w odwecie za takie traktowanie mamy – modliłam się w duchu o jakąś chałę, o jakieś potknięcie.  Moja modlitwa została wysłuchana.

                  Zawsze, mniej więcej w połowie wieczoru, występowała w krótkim repertuarze mała Ewunia. Miała wyjątkowy "dar" wybierania momentu, kiedy akurat  ktoś rozgrywał skontrowane (po partii) pięć kar albo szlemika, i trzeba przyznać, że cudownie utrzymywaliśmy nerwy na wodzy. Nikt nigdy nie miauknął ani słowa w formie protestu.  No cóż, noblesse oblige. Ciągle z tą staroświecką, ale jakże słodką kokardą we włosach,  Ewunia zapowiadała, że dzisiaj będzie wierszyk Brzechwy, Tuwima, Konopnickiej, czasem jakaś fraszka Sztaudyngera. Po czym deklamowała. Wanda, przejęta rolą suflera, z wypiekami na twarzy stała za węgłem i bezdźwięcznie wtórowała każdemu słowu recytacji. Mała Ewunia, po zawsze bezbłędnie wykonym utworze, dygała z gracją, zbierała zasłużone oklaski i wybiegała w podskokach do babci.

                  W pewnym okresie, na kilka tygodni nastąpiła przerwa w naszych spotkaniach. Remont. W domu pracowali budowlańcy nad przeróbką części piwnicy na luksusowe biuro dla Dotty. Przyznam szczerze, że ta przerwa dobrze mi zrobiła. Pozwoliła na chwilę odetchnąć od tej Francji-elegancji, tych sztywnych manier wykreowanych przez jedną młodą megalomankę. A dlaczego nadal tam bywałam, skoro mi to "nie leżało"? Wiadomo. Dla Wandy. Także jakiegoś procentu babskiej ciekawości. Co będzie? Rypnie się coś czy nie rypnie? Kiedy?

                  Kiedy ponownie zostałam zaproszona na brydża, tak się złożyło, że pojechałam tam prosto z pracy. Gdybym zahaczyła naprzód o dom, zastałabym wiadomość na ansafonie, że spotykamy się o godzinę później. No, ale nie wiedziałam o tym i dlatego przyjechałam na oryginalnie umówioną godzinę. I nie wiem dlaczego (bo nic na to fizycznie nie wskazywało) ale przez cały czas miałam jakieś dziwne przeświadczenie, niezrozumiałe przeczucie, że ta wpadka, to będzie właśnie dzisiaj. Że będzie to feralny piątek, nawet jeśli nie wypadł na 13-go.

                  Obie panie zastałam latające po tym mega-salonie, z rozwianym włosem. Obie poprawiające pozycje bibelotów, ustawicznie ścierające wyimaginowany kurz. Dotty, cwałując po wypolerowanej na glanc posadzce, rzuciła mi w biegu wytłumaczenie, że sir Malcolm nareszcie załatwił jej swojego, angielskiego oczywiście, stroiciela fortepianów (a na dobrego czeka się faktycznie miesiącami). Że facet właśnie za chwilę ma się pojawić.  I co on sobie pomyśli? Co on o niej powie sir Malcolmowi, jeśli taki bałagan tutaj zastanie? ”Jaki bałagan?” - pytam szczerze zdumiona.  Pokój chyba nigdy nieużywany; przecież tutaj można z podłogi jeść! I od kiedy to stroiciel rozmawia z jednym klientem o drugim? Stroiciele w ogóle nie gadają. A jeśli już, to tylko z fortepianem. Wiem, bo sama miałam kiedyś Bechsteina (i firmowego stroiciela). Ale Dotty mnie nie słucha. Pogania mamę w niewybrednych słowach. Ironicznie dogaduje jej o ślamazarności, o niedołęstwie. Szybciej, szybciej, przecież on zaraz przyjdzie. Ktoś by pomyślał, że księcia Karola się tu spodziewają.

                  Udziela mi się ten pośpiech. Żeby nie stać bezczynnie, ja też, ostentacyjnie  połą spódnicy wycieram  nie istniejący proch z poręczy jakiegoś fotela. Istotnie, w tym momencie rozlega się dzwonek u drzwi wejściowych. Dotty, w biegu poprawiając włosy przed lustrem i obciągając sukienkę, w lansadach leci je otwierać. W drzwiach stoi  pan w czarnych okularach a u jego nogi, na specjalnej uprzęży, siedzi śliczny labrador. Pan się upewnia czy jest pod dobrym adresem i pyta czy może wejść wraz z psem, gdyż nie chciałby obijać się o meble. Mógłby jeszcze coś strącić. Po raz pierwszy odkąd ją znam, widzę (a raczej słyszę) jak Dorocie odebrało mowę. Pan jest niewidomy!! Cały wysiłek na nic! Ale heca! Czuję jak mnie nachodzi atak histerycznego śmiechu (ja już nic na to nie poradzę, że jestem urodzoną śmieszką), więc łapię się za usta, i na wszelki wypadek uciekam do kuchni.

                  Tym razem jeszcze mi się udało zapanować nad śmiechem. Ale dwie godziny - już nie. Graliśmy oczywiście wysoką grę, kiedy do salonu wpadła mała Ewunia. Popatrzyłam po panach. Zrezygnowani, odłożyli karty i patrzyli wyczekująco. Dziecko odczekało chwilę, po czym radośnie zapowiedziało, że ma dla nas zupełnie nowy wierszyk. Dygnęło i zadeklamowało:

                   Pani kochana, pani wielmożna

                   Ja bym panią pop..., gdyby było można.

                   Pani kochana, pan wielmożna

                   Dam ci w rękę mego c.. tylko bądź ostrożna.

                   Pani kochana, pani wielmożna....

                  Tu Ewunia urywa w pół wiersza bo się chyba orientuje, że coś złego się dzieje. Dyga ponownie i w tym dygu zastyga. I tylko ta wielka kokarda chwieje się złowieszczo na wszystkie strony. Dziecko patrzy. Patrzy zdziwione i czeka, jak zwykle, na oklaski. A tymczasem nawet bomba atomowa nie odniosłaby takiego skutku. Babcia, kredowo blada, ręką chwyta  się za serce.  Dotty, po raz drugi w ciągu jednego wieczora, ma znowu szeroko otwarte usta i jak ryba wyjęta z wody, histerycznie łapie powietrze. Panu doktorowi król pikowy z wrażenia wypadł z ręki (dobrze, że nie będziemy już dogrywali, bo bym wiedziała w którą stronę impasować!) a pan inżynier nerwowo przeciera okulary podszewką marynarki (?!)

                  Ale mnie już naszlo. Ryczę ze śmiechu i biję brawo jak najęta. Dziecko spogląda na mnie z wdzięcznością, wyprostowuje się i biegnie do babci. Znikają obie, a za nimi leci Dotty. Mój atak śmiechu powoli przemija lecz ciągle jeszcze prawie leżę na stoliku, przy czym zdmuchuję połowę kart z "dziadka". Wraca Dotty a wraz z nią  powraca mój, z takim trudem hamowany, śmiech. Dotty, z miną żyrafy, którą boli gardło, tłumaczy panom i to wyłącznie panom (mnie nie widzi), że wszystko się wyjaśniło. Dziecko zachodziło do tych górali, którzy pracowali w piwnicy i deklamowało im swoje wierszyki. A oni po prostu odwdzięczyli jej się pięknym za nadobne. I, że nie jest to przecież dziecka winą, że oni wierszyki znali akurat niewybredne. Oburzona peroruje, że nie wszyscy tolerują świństwa, nie przytakują sprośnościom (jasne, że do mnie  pije) i  nie bawi ich wątpliwa pikanteria sytuacji, która zaistniała.

                  Milczący brydż, przerywany tylko licytacją, zakończył się w przyśpieszonym tempie. Żegnając się, wiedziałam, że jest to mój łabędzi śpiew w tym domu. Że nigdy więcej nie będę tutaj zaproszona. Że Dotty nigdy nie zapomni mi mojej spontanicznej reakcji. Ani  braku opanowania, jakiego należy spodziewać się po damie. Po kulturalnej osobie. Po pani z towarzystwa. Luuudzie! Na jakim świecie ja żyję?! ( A swoją drogą, to skąd  ona wiedziała, że to są brzydkie słowa? Kto JĄ tego nauczył? Przecież nie jej mama!)

                  Na drugi dzien zadzwonila Wanda. Zapytala czy wczorajszy incydent  będzie miał jakiś wpływ na naszą przyjażń. Zapewniłam ją, że tylko wtedy, gdyby ona miałaby mieć  jakieś przykrości z tego powodu, że się nadal ze mną spotyka. Widocznie Wanda się postawiła, bo nasza przyjażń nie ucierpiała. Nasze częste spotkania trwały jeszcze ponad dwa lata. W tym czasie zaobserwowałam, że Wanda zaczęła jakby szarzeć. Jakby się zgarbiła. Nie fizycznie. Psychicznie. Gdzieś zniknął ten jej promienny uśmiech i widać było, że coś ją bardzo gnębi. Widzialam to, cierpiałam wraz z nią, ale nigdy o nic nie zapytałam.

                  Aż pewnego dnia sama nie wytrzymała. Wylała z siebie żal i tonę goryczy, które zatruwały jej życie. Powiedziała mi, że się rozczarowała do własnego dziecka. Że od dłuższego czasu sprawy między nimi stoją na ostrzu noża. Że mają dla siebie tylko gorzkie słowa. Że dokłada wszelkich starań ażeby Ewunia nie była świadkiem tych awantur, ale atmosfera jest nie do wytrzymania. I tak dalej już być nie może. Że dusi się  w swej bezsilności. Na ten blichtr dłużej patrzeć nie może. Ani na tryb życia jej córki w złotej klatce. Nawet jeśli nie potrafi rozsądnie z niego korzystać - pieniądz przewrócił jej kompletnie w głowie. Matkę jawnie i coraz częściej traktuje z góry, gorzej niż służącą. Ba, służącej by się bała; ta mogłaby odejść. Żadne słowa Wandy, przywołujące ją do rozsądku, nie trafiają do niej. Nie chce słyszeć, że ten jej  sir Malcolm nigdy dla niej swojej żony nie zostawi. A to, że alimenty na Ewę płaci wysokie - dla takiego milionera jest to betka i pewnie je jeszcze sobie z podatków spisuje.

                  Wanda, kochająca matka, nie może już dłużej patrzeć na to, jak jej jedyna córka marnuje sobie życie. Gdyż, co tu dłużej ukrywać, gdyby nie ten luksus, gdyby nie wysokie apanaże od kochanka, dawno by go pewnie kantem puściła i z kim innym ułożyła sobie normalne życie. Po ostatniej wymianie zdań, kiedy powiedziała córce, że taka miłość za pieniądze ma swoją nazwę – Dorota dostała szału i kazała jej się wynosić z domu. Coprawda, na drugi dzień ją przeprosiła, ale półgębkiem.  Wanda wie, czuje, że na tym się nie skończy. A, że nie chce żyć dłużej w takiej atmosferze, zdecydowała się wrócić do Polski. Nie wie jak przeżyje rozstanie z Ewunią,  ale trudno - widocznie tak jest jej pisane.

                  Dotty, chyba z małpiej złośliwości, odmówiła opłacenia jej biletu. Zaofiarowałam się z pomocą. Odmówiła.  Poprzez rodzinne kontakty, jakieś tam przyszłe układy, sama załatwiła sobie powrót do Warszawy. Przyznała, że trochę się boi. Wraca w nieznane. Nie wie co ją tam czeka, ale cokolwiek to będzie, będzie  lepsze aniżeli to co ma tutaj. Nie dość, że jej się serce kraje tym co tu zastała, nie dość, że jest zaharowana od rana do nocy, totalne finansowe uzależnienie od córki wykończyło jej nerwy oraz, i tak już  kruche, morale. Jest to straszliwe uczucie być na łasce dziecka. Wrogom tego nie życzy! I prosi mnie tylko, ażebym odwiozła ją w oznaczonym dniu na lotnisko. Popłakałam się jak bóbr, ale za dwa tygodnie dostarczyłam ją  na stoisko LOT’u. Obrażona Dotty nawet się z nią nie pożegnała.

                  Później wymieniałyśmy kartki okolicznościowe. Świąteczne, imieninowe.  Pisała, że miała niebywały fart, że doskonale się urządziła. Ale szczegółów nie podawała. Także nigdy ani jednego słowa na temat Dotty. Ja napisałam jej kiedyś, że często widuję ją  w naszej  lokalnej farmacji albo spotykam w supersamie na rogu. Dotty udaje, że mnie nie widzi, no to ja też odwracam głowę. Wanda nigdy tego nie skomentowała, nigdy nie podjęła tematu.

                  A jednak Wanda znowu w Mississauga! Skończyły się reminiscencje. Z obłoków wrócilam na ziemię. Co za zaskoczenie! Co za przemiła, świąteczna niespodzianka! To lepsze od kopy pisanek i tuzinów zajączków z czekolady! Pojęcia nie miałam, że Wanda wraca. I zdycham z ciekawości ażeby się dowiedzieć jak do tego doszło.

                  Spotkałyśmy się nazajutrz po telefonie i pojechałyśmy na kawę do naszej starej, niegdyś sztamowej, kawiarenki w Sherway Gardens. Napatrzeć się na nią nie mogłam. Wanda wygląda wspaniale. Bombowo! Uśmiechnięta, wyprostowana, doskonale ubrana; obecnie ciemna blondynka. ”Gdzie się podziała tamta stara Wanda?” - pytam ze szczerym podziwem. ”Tamtej już nie ma. I nie wróci” - śmieje się nowa Wanda. Po czym szybko wyprowadza mnie z błędu; nowa Wanda wcale nie wróciła do Kanady. Przyleciała  z wizytą na Wielkanoc. Tylko na jeden miesiąc. Na błagalne prośby Doroty.  Dostała od niej zaproszenie, dostała bilet i zapewnienie, że to nie będzie zwykła wizyta, ale wręcz rodzinna idylla.

                  Wanda mówi, że czas faktycznie jest najlepszym lekarzem. Że kiedy się w końcu otrzaskała z myślą i pogodziła z faktem, że nigdy już ani córki ani wnuczki więcej w  życiu nie zobaczy, stał się cud.  Jakież było jej zdziwienie, kiedy na ubiegłe Boże Narodzenie (już po wysłaniu kartki do mnie)  Dorota  wraz z Ewą  stanęły niespodziewanie przed drzwiami. Dotty przyleciała do Polski specjalnie ażeby mamę przeprosić i ubłagać, ażeby do nich wróciła. Wanda przypuszcza, że to Ewa, teraz już pannica, na niej to wymusiła. A może Dorota sama do tego doszła, że ojców można mieć wielu, ale matkę ma się tylko jedną! Dotty dopiero teraz wyznała mamie, jak jej smutno było, kiedy na tak złej nucie się rozstały. Ale Wanda wywodzi się z długiej linii twardych ”Wilniuków”. Wanda swoje w życiu przeszła. Mówi, że cerowana tkanina jest  słaba; każda cerówka prędzej czy później musi się rozlecieć, więc lepiej jej nie nadużywać.  Pogodziła się z córką, ale o powrocie na stałe, mowy nie ma.  Ubolewa nad tym, że Ewa rośnie zdala od niej, ale teraz przynajmniej będzie często ją widywała.

                  Niezbadane są wyroki boskie. Wynagradzają cierpienia. Wanda w Warszawie urządziła się fantastycznie. Robi to co umie i lubi. Zupełnie się nie przepracowuje, a zarabia wyśmienicie. Jest guwernantką w domu nowoupieczonego milionera. Zajmuje się wyłącznie wychowaniem i dobrobytem Agnieszki (do pozostałych zajęć jest tam gosposia i ogrodnik). Uczy ją grać na fortepianie te same utwory, których kiedyś uczyła Ewunię. Cieszy się, że Agnieszkę, tak jak Ewunię zresztą, pieniądz jeszcze nie dopadł  i nie przewrócił w głowie. Ale Wanda czasami odczuwa przedziwne deja vu. Co będzie dalej z tymi biednymi dziećmi bogatych rodziców?

                  Mieszkają w pięknej willi na Sadybie (Wanda ma w niej własny apartament) a lato spędzają w równie pięknej willi, z klimatyzacją (sic!) w Bieszczadach,  nad Sanem. Jej podopieczna bardzo jej przypomina Ewunię i może dlatego tak bardzo się do niej przywiązała. Co z miejsca docenił jej nowy "pańcio." Jego rodzina też pochodzi z Wileńszczyzny. Jej akcent mu ją przypomina, więc traktuje Wande prawie jak rodzoną matkę. Jadają razem, razem oglądają telewizję (satelitarną!)  Jest zabierana do teatru i na samochodowe wycieczki. Lecz, co najważniejsze, jest traktowana z rewerencją, z szacunkiem i tylko ptasiego mleka jej brakuje.

                   Jej niezwykle rozsądny (i przytomny) "pańcio" z miejsca zasugerował ażeby Ewa spędzała lata razem z nimi w Bieszczadach, czym poprawi sobie język polski. W zamian Angieszka będzie przylatywała z Wandą na Boże Narodzenie do Kanady. Jego dziecko oszlifuje swój angielski, pozna trochę Amerykę, a Wanda pobędzie chwilę z rodziną. Kiedy pytam o Dorotę, Wanda pochmurnieje. W jej życiu nic się nie zmieniło. Robi karierę, zbija majątek a młodość ucieka jej galopem z przed nosa. Czy jest szczęśliwa? Wanda myśli, że tak, bo ona przecież nie zna innego życia.

                  Wanda się cieszy, bo Dorota ma dobrą gosposię. Młodą, sympatyczną Polkę, która z Ewą rozmawia po polsku. I od razu, po paru wypowiedziach, widać, że ta to sobie nie da w kaszę napluć. ”O! Tą to Dorota dopiero szanuje. Chodzi koło niej jak wokół zgniłego jajka” - mówi Wanda z szelmowskim uśmiechem. Bo musi!

                  Pytam Wandę czy mogę jej historię opisać. Wanda się śmieje i mówi, że proszę bardzo. Więc dałam jej brudnopis tego felietonu do poczytania (i ewentualnej korekty. Nic nie zmieniła). Kiedy mi go zwróciła, powiedziała, że czytając o tym niesławnym wieczorze, z perspektywy minionych lat, była w stanie uśmiać się do łez. Jaka ta natura jest przemyślna i cudna, że pozwala ażeby z czasem wszystko co złe – spełzło i wyblakło w naszej pamięci. Bo przecież wtedy, omalże ataku serca nie dostała.  Teraz to się jej wydaje takie śmieszne! I jaka to szkoda, że Dotty polskiej prasy nie czyta,  bo może gdyby czytała, to by się dowiedziała jak ją inni widzą. I możeby trochę bardziej "zczłowieczała" (Wandy słowa, nie moje.) Osobiście - wątpię. Takich Dorotek jest na świecie bardzo wiele. Z tym, że tylko jedna obrała sobie takie a propos imię. Dotty!