TAAAKI UBAW ZA DWA DOLARY!
Od ubiegłego lata bezskutecznie
poszukuję tej kobiety. Rozglądam się
za nią na plazie i we wszystkich sklepach. Ona nic o tym nie wie, ale jestem
jej winna dwa dolary. Jestem jej winna te $2 fizycznie i moralnie. Ilekroć
życie
zaczyna traktować mnie po macoszemu, kiedy piętrzą się trudności, kiedy
jestem pewna, że tym razem już na pewno się załamię -
przywołuję na myśl wspomnienie tej kobiety i od razu jest mi raźniej na duszy.
Wracałam wtedy z pracy psychicznie wypompowana i
cieszyłam się, że w
domu czeka na mnie nagrany na taśmę angielski film, na który od dawna
ostrzyłam sobie zęby. Czekając na zielone światło, bezmyślnie rozglądałam
się wokoło. Przelotnie spojrzałam na plazę i wtedy
przypomniałam sobie, że
jutro jest u mnie brydż, a ja nie mam żadnych chrupek do podgryzania. I tylko
w tym jednym celu, po chwili wjechałam na
plazę.
Moja plaza nie jest ani mała ani duża. Taka w sam raz. Wszystko czego
mi potrzeba do codzienniego użytku, mogę na niej znaleźć. Jest lekarz,
jest dentysta, jest drogeria, są restauracje i rozmaite sklepy. Na jednym rogu
uplasowała się filia popularnego supersamu. Od parkingu dzieli go wąska
droga. Tuż przy głównym wejsciu znajduje się pod wąskim i
niedługim daszkiem taki taśmociąg
na rolkach, po którym zasuwają plastykowe kosze pełne paczek i toreb z
zakupami, czekając w kolejce na załadunek do samochodów.
Miałam kupić tylko chrupki, prawda? Ale jak to baba, nie
wytrzymałam.
Niepotrzebnie oblazłam cały sklep i zobaczyłam, że mają po
zniżonej cenie colę, sok pomarańczowy i papier toaletowy. (No!
Ten papier mam teraz z głowy.
Przez najbliższy rok mogę nie wychodzić z toalety. Sama w domu i
aż 48
rolek? Ja chyba zwariowałam!) Lecz zanim się oglądnęłam,
większą część
godziny diabli wzięli. A kiedy wreszcie mogłam sklep opuścić,
okazało się, że deszcz leje jak z cebra. Chmura się chyba
urwała! Uznałam, że to przejściowa
ulewa, że zanim dobiegnę do wozu będę mokrą kurą,
więc lepiej będzie postać chwilę i odczekać. Postawiłam zakupy na ziemi i
stałam sobie, bezmyślnie
obserwując szary, mokry świat.
Przed sklepem, na całą długość chodnika
stał zaparkowany combi. Najdłuższy combi, jaki w życiu
widziałam. Chyba niefabryczny. Combi
dokumentnie blokował ludziom wyjście na ulicę a samochodom dostęp do
rolociągu. Za kierownicą siedział młody człowiek “przy kości”, i
non-stop się zażerał. Naprzód kurzymi skrzydełkami, wnet całą
pizzą. Na
deser zjadł sobie dwa batony "Marsa". Tępo patrzył przed siebie;
wzrok odrywał tylko wtedy kiedy z siedzenia obok podejmował następne
hamu-papu. Wnet przyszła kolej na "chipsy" i na puszkę coli. A
deszcz lał nieprzerwanie.
Ze sklepu wytoczyły się z łoskotem dwa
pełne pojemniki. W ślad
za nimi wypadła młoda kobieta z dwojgiem dzieci. Kobieta gestem
poprosiła kierowcę combi ażeby odjechał nieco dalej. Osiłek
omiótł ją obojętnym
spojrzeniem. I dawaj czekoladkę z pudełka. Kobieta podskoczyła do combi, (w
ciągu sekundy przemoczona do nitki kaskadą z daszku) i waląc w szybę
krzyczy, że chce tu przyprowadzić swój wóz. Starsze dziecko się drze,
że
chce siusiu. Osiłek żuje teraz czekoladowy wafel. Kobieta nagle widzi,
że młodsze
dziecko trzyma w rączce rulonik cukierków, pewnie poderwany gdzieś z
dolnej półki. Kobieta ma obłęd w oczach. Strofuje młodsze dziecko, uspokaja
starsze, że zaraz będzie siusiał. Ciągle gestami prosząc
faceta, ażeby odjechał trochę dalej. Woda spływa jej po twarzy.
W końcu, zrezygnowana, zwraca się do mnie i pyta
czy ja tu jeszcze dłużej postoję. Mówię, że mogę. Bez
słowa wsadziła mi młodszego dzieciaka w ramiona. Przy akompaniamencie jego wrzasku,
wyrwała mu siłą cukierki z ręki, złapała starszego i
pędem pobiegli z powrotem do
sklepu. Dziecko się wyrywa, ryczy za mamą. Boleśnie kopie mnie w miejsca,
które wcale do kopania nie były stworzone. Przeciwnie. Klnę pod nosem, bo
wiatr zmienił kierunek. Deszcz pod wręcz niemożliwym kątem kosi brutalnie,
prosto pod daszek. Teraz ja też już jestem cała mokra. Deszcz spływa mi po
włosach,
za stanik. Spódnica lepi się do nóg, majtki mam mokre i w bucikach mi
chlupie. Jest mi zimno a przy tym muszę staczać walkę z obcym bachorem.
Osiłek
w wozie otwiera następną torbę z kartofelkami i zajada z widocznym
ukontentowaniem. Na kogo on tak długo i uparcie czeka? - rozmyślam.
Ze sklepu wraca matka. Jeszcze raz bezskutecznie próbuje
nakłonić
faceta, ażeby się posunął kilka metrów. Nic z tego. Kobieta
jest zrezygnowana; daje za wygraną.
Oddaje mi drugiego dzieciaka i pędem leci na parking. Po chwili podjeżdża pod
sklep ale nie ma innego wyjścia jak stanąć pod gołym, zapłakanym
niebem. Wygląda jakby właśnie wyszła z wody. Syrena bez ogona! Odbiera
mi dzieci, dziękuje, i zaczyna ładować swoje zakupy do bagażnika. Jeden worek
pęka. Wysypują się z niego puszki, paczki i rozbija się słoik z ogórkami.
Kobieta ma morderstwo w oczach. Dokładnie usuwa szkło, zbiera ogórki z ziemi i
odnosi do pojemnika na śmieci. Podnosi pozostałe, mokre zakupy z ziemi i
wrzuca luzem do bagażnika. Już otwiera drzwi do wozu, już ma
odjechać, kiedy
nagle z powrotem je zamyka i wraca na chodnik. Facet w combi otwiera teraz paczkę
herbatników. Deszcz leje dalej.
Kobieta znowu podchodzi do mnie i pyta czy mam może 8 "quarterów"
czyli 25 -ciocentówek, w zamian za jej
"twoonie" (moneta dwudolarowa). Zaglądam do portmonetki. Deszcz
zalewa mi oczy. Niestety, nie mam. "Nic nie szkodzi" - mówi ta
kobieta i znowu znika w czeluściach sklepu. Po chwili ukazuje się roześmiana
od ucha do ucha i pokazuje, że rozmieniła. Ki cholera? - główkuję.
Zwariowała?
Deszcz jej rozum odebrał? A ona wrzuca pojedyncze monety do automatów 8 wózków
sklepowych, systematycznie uwalniając je z szeregu. Teraz, z zaciętym wyrazem
twarzy, powoli i metodycznie obstawia nimi całe combi. Dwa wózki z tyłu, dwa
z przodu, cztery na długość wozu od strony parkingu. Eureka! Już wiem co
ona robi! Toż to jest genialne! Ażeby móc odjechać, osiłek
będzie zmuszony wyjść
z wozu aby usunąć te wózki. I żeby na głowie się
postawił i skarbonkę z
siebie zrobił - musi zmoknąć tak jak my! Brawo ta pani!
Facet obserwuje jej manewr z zupełnie obojętną
miną. Widocznie myślenie
to nie jest jego hobby. Teraz biedny niedożywieniec posila się precelkami.
Młoda
kobieta kiwa mi ręką na pożegnanie, uśmiecha się przyjaźnie,
wskakuje do wozu i odjeżdża. A ja wiem, że będę tu
sterczała choćby i do
późnej nocy, bo przecież muszę zobaczyć epilog tej hecy. A ulewa trwa,
ani jej się śni zamienić choćby w kapuśniaczek.
Po mniej więcej kwadransie, podjeżdża jakiś wóz i staje na
parkingu naprzeciwko. Na wylot, przez okna osiłkowego combi, widzę,
że ktoś
tam wygasił światła, ale z auta nie wychodzi. Pewnie nie chce
zmoknąć.
Trwa to może 10 minut a może nieco więcej. Osiłek furt
żre, a ja marznę i
zaczynam mieć dreszcze. Good-bye kaseto! Good-bye przytulny wieczorze!
Przysiadam na brzeżku rolociągu i czekam na dalszy bieg wydarzeń. Długo
czekać nie muszę.
Z tego wozu naprzeciwko wychodzi starszy pan. Ma na sobie
pelerynę i okrągłą czapkę, też pod celofanowym ochraniaczem. Trzyma coś w ręku. Przechodzi
przez drogę i staje obok mnie. I wtedy ja, z niekłamanym
zachwytem, odczytuję na jego rękawie znienawidzony mi dotąd napis:
"Mississauga Parking Control". Pan, na skraju chodnika, spisuje dane
tablicy rejestracyjnej combi. Bez pośpiechu wystawia mandat i, ignorując
kierowcę, wkłada pod wycieraczkę. Osiłek wreszcie reaguje! Z
widoczną niechęcią opuszcza szybę i pyta za co ten mandat. Pan mówi,
że za
nielegalne parkowanie. Że od tego jest przecież parking. Osiłek burczy coś pod
nosem, zamyka okno i konsumuje następną czekoladkę. Starszy pan znowu coś
pisze i po chwili dokłada następny mandat pod wycieraczkę. Osiłek
przestał
jeść! Znowu opuszcza szybę i pyta: a za co teraz? Pan mówi,
że za niebezpieczną jazdę. Osiłek ryczy, że on przecież
stoi w miejscu. A pan mówi, że i owszem, ale tym samym zmusza innych do niebezpiecznej jazdy po
zawężonej
drodze i do tego, w złej widoczności. Nadęta przyszłość Kanady zaczyna
pyskować i naraz okazuje się, że zna wiele brzydkich, niecenzuralnych
słów.
Pan, ze stoickim spokojem, wypisuje trzeci mandat i mówi, że ten jest za
lekceważenie i obrażanie władzy w czasie pełnienia jej obowiązków. Po
czym, wypisuje mu czwarty mandat. Za "obstruction", dodaje nie bez
pewnej dozy satysfakcji. I jeśli natychmiast nie stuli buziuchny - mówi, wystawi mu
kilka następnych. Powody znajdzie sobie bez najmniejszego trudu. Patrzę na wściekłą
twarz osiłka i nie wytrzymuję nerwowo. Zaczynam się histerycznie śmiać.
Nawet o dreszczach zapominam.
Osiłek, ciągle klnąc koncertowo, wyskakuje z combi, przez drzwi
pasażera i.. ładuje się w wózek. Grubym pupskiem wymiata też z siedzenia
pełne i puste
opakowania po niedokończonej libacji. Pan mówi, ażeby je z
jezdni pozbierał i odniósł
do pojemnika. Osiłek robi panu nieprzystojną propozycję, gdzie go ma
pocałować.
Pan nie wyraża zainteresowania igraszkami w deszczu i natychmiast wystawia
następny
mandat. Tym razem za "zanieczyszczenie miejsca publicznego". Pan mówi
dryblasowi, że jeśli ma zastrzeżenia, mogą
wezwać policję. Tylko po co? Wszak on ma identyczne uprawnienia.
Osiłek
jest bliski apopleksji. Z furią odsuwa wózki, wywraca je, kopie i klnie. Ale jest
mokrusieńki! Morduje nas spojrzeniem. Wybiera mandaty z pod wycieraczki,
wsiada do combi i wreszcie odjeżdża w, literalnie, siną dal.
Pan władza wraca do swojego, nieoznakowanego, samochodu. A ja zaczynam
"doić" wózkowe automaty. Zainkasowałam całe dwa dolary i
obiecałam
sobie, że przy pierwszej sposobności zwrócę je ich prawowitej właścicielce.
I podziękuję jeszcze za nieplanowany ubaw.
Kto powiedział, że nie ma sprawiedliwości na świecie? Ależ
jest! Jest jaknajbardziej! Właśnie byłam świadkiem jak cudownie
rozprawia się z tymi, którzy nam robią na poprzek.
Trzeba tylko bardzo a bardzo w nią wierzyć. No i koniecznie mieć jeszcze...komórkę w torebce albo w
samochodzie.