”KOTYDŻOWA” ETYKIETA

 

          Moja znajoma Baśka, do spółki z rodzeństwem, szarpnęła się na ”kotydż” nad jeziorem. Oni pospołu mają 9-cioro dzieci. Wszyscy dorośli pracują, a w czasie wakacji trzeba coś z dziećmi przecież zrobić. Koszt corocznego wysyłania plutonu dzieciaków na rozmaite obozy harcerskie czy inne maluchów ”przechowalnie”, okazał się morderczy dla ich budżetów. No to zafundowali sobie własny ”obóz”. Co jest także świetną lokatą kapitału. Dużo lepszą aniżeli konto oszczędnościowe. Wspólnie opracowali harmonogram, kto i kiedy będzie dzieci pilnował. Wszyscy w rodzinie byli świadomi, że pilnowanie takiej hałastry to będzie ciężki szarwark, że w czasie ”dyżuru” nikt nie odpocznie (odpoczywać będą dopiero po powrocie do chwilowo ”bezdzietnego” domu), i dlatego muszą się często wymieniać. A, że każdy jest uzależniony od swojej pracy zawodowej, ustalono, że najidealniej będzie wymieniać się co dwa tygodnie.

 

          Koszt zakupu i utrzymania kotydżu jest wysoki. Jeszcze bardzo długo będą go spłacali. Ale nie to Baśkę boli. Wyrwa w portfelu była dokładnie przekalkulowana i przewidziana. Rozstrzępione nerwy nie były. Największą atrakcją kotydżu miało być jego położenie w cudownej okolicy. I do tego w idealnej odległości od Mississauga (jej dzieci nie znoszą długiej jazdy samochodem; jedno cierpi na astmę). Miała być sielanka, miało być bombowo. Żyć nie umierać! Tymczasem ten jego największy atrybut, ta bliskość od domu, okazał się największym mankamentem. Bowiem wnet się okazało, że dla innych też jest blisko! Za blisko! Za blisko z Toronto i innych ”polskich” okolic. Nie tylko za blisko. Na Baśki nieszczęście, okazało się, że kotydż znajduje się w ”pasie grzybowym”. Jej rodzina jest liczna. Każdy jej członek ma mnóstwo przyjaciół i znajomych. A tamci mają dalszych znajomych i...

 

          W ubiegłym roku, tuż po przeżyciu (z trudem) pierwszego najazdu nieproszonych gości, Baśka poprosiła mnie ażebym coś na ten temat napisała. Obiecałam solennie. Aliści do niedawna byłam bardzo zajęta i coś mi się z datami pokićkało. Nim się oglądnęłam, zaczęły się wakacje. I Baśka w krzyk: ”Rusz się. Rób coś. Napisz coś, bo ja zwariuję”. Okazało się, że w ubiegły weekend (bardzo piękny zresztą) inwazja była groźna, bo aż 6 osób naraz.

 

          Przepraszam Cię Basiu! Już nadrabiam przeoczenie i tylko prosić opatrzność ażeby jak najwięcej ludzi ten felieton, to swoiste ”wademekum odwiedzających” przeczytało. Chciałabym też znaleźć rdzennie polskie słowo na ”kotydż”, ale nic mi nie podchodzi. Rosyjska ”dacza” mi nie odpowiada, a polska ”chałupa” – nie brzmi. Szczególnie, kiedy dom Baśki przypomina raczej dworek. No cóż, dopóki nie znajdę właściwego określenia, będzie kotydż i kwita.

 

          Zaczynam od przypomnienia, że nigdy, pod żadnym pozorem, obojętnie czy to w kotydżu czy tu w mieście, nie wolno nachodzić ludzi bez uprzedzenia. Nagłe i niespodziewane wizyty skończyły się w PRL’u, gdzie nie każdy miał telefon. Tutaj ten numer nie przechodzi. Wszyscy mamy nie tylko telefony, ale także komórki. Nie ma wytłumaczenia. Pani domu może jest akurat w trakcie farbowania włosów, a pan domu leży (tylko w gatkach) pod zmywakiem, bo coś tam naprawia. Nie zakłócaj życia bliźniego, jeśli nie chcesz tego samego! (Aforyzm własnego autorstwa (sic!). Kindersztuba, czyli dobre wychowanie, zabrania stawiania ludzi w podbramkowej sytuacji i zmuszania ich do kłamst i wykrętów. A więc, kontynuując tą złotą myśl:

 

1.      Nie zjeżdżamy nikomu na głowę nagle i nieproszeni. Tłumaczeń typu, że ”nie znamy numeru telefonu na kotydżu”, albo ”cholera jasna, wysiadła mi bateria w komórce”, nawet pijany skunks nie ”kupi”. A tym bardziej niemile zaskoczeni gospodarze. Gadka, że się akurat tędy przejeżdżało (w tych lasach? To  niby w drodze skąd? Z Yukonu?) - obraża inteligencję. Nawet rodzinę i najbliższych przyjaciół obowiązuje zaklepanie sobie zaproszenia i uzgodnienie daty przyjazdu. A choćby z powodu zaopatrzenia.

 

2.      Goście, w tym także rodzina i przyjaciele, nie mają żadnych specjalnych przywilejów. Goście mają tańczyć tak, jak im gospodarze zagrają. “Gość w dom - Bóg w dom" jest już li tylko porzekadłem. W dzisiejszych czasach i warunkach jest właściwie anachronizmem. Jedna wizyta w sezonie - to góra. My nie jesteśmy jedyni, którzy mają zakusy na sielankowy pobyt za miastem. Nasi gospodarze takich chętnych liczą na kopy.

 

3.      Gość jest jak ryba. Nawet ta najsmaczniejsza. Przez trzy dni smakuje, po trzech dniach śmierdzi. Z początku trąci tylko tak trochę. Ale zaraz po tem - na potęgę. Śmierdzące ryby się wyrzuca. Z gośćmi nie jest tak łatwo! Dlatego co subtelniejsi ograniczają swoje wizyty do np. długiego weekendu.

 

4.      W domu niepalących - nie wolno palić! Papierosów, fajki, cygar a tymbardziej marihuany. Nałogowi palacze, paląc kolejne papierosy przed domem, na  werandzie, nad jeziorem i na spacerze - powinni nosić przy sobie metalowy pojemniczek, w którym pieczołowicie będą przechowywać wygaszone niedopałki. Aż do czasu możliwości jego opróżnienia w bezpiecznym miejscu. Wyrzucenie peta w leśne poszycie grozi wznieceniem pożaru. Wrzucanie petów do wody jest nieestetyczne. Rozmoczony ustnik nie idzie na dno, tylko pływa na powierzchni i zanieczyszcza jezioro. Nic mi nie jest wiadomo czy jakaś ryba już się kiedyś tym świństwem udławiła, ale na pewno zachwycona nie jest. Pejzażowi uroku też nie przysparza. Flancowanie niedopalków, niczym rząd miniaturowych żołnierzyków na paradzie, w rabacie przed domem - jest szczytem nietaktu! Nie tylko jest to niemiłe dla oka, ale męczące dla gospodarzy, którzy później muszą je usuwać. Łowienie rozmoczych petów także nie mieści się w kategorii: wakacyjne hobby.

 

5.      Nudy na pudy?! W dzień deszczowy i ponury - nie wymagajmy od gospodarzy, aby nas zabawiali. Na taką ewentualność zabieramy ze sobą laptop, ciekawą lekturę lub karty do stawiania pasjansa. A także zaopatrujemy się w większe ilości papieru listowego i nareszcie odpowiadamy na zaległą korespondencję, którą dotyczczas upychaliśmy wstydliwie w szufladzie, aby nie szturchała nas w sumienie.

 

6.      Nie wolno zawzięcie i bez przerwy plotkować o rodzinie i przyjaciołach. Gdyż nasuwa się logiczna dedukcja, iż natychmiast po opuszczeniu tego gościnnego progu, gdzie indziej i w innym składzie towarzyskim, obecnych gospodarzy w ten sam sposób "zrobimy na szaro".

 

7.      Należy dołożyć wszystkich starań, aby służyć pomocą naszym gospodarzom. Przy sporządzaniu posiłków, przy podawaniu do stołu, przy zmywaniu naczyń. Wszak nie jesteśmy w hotelu. Ładnym gestem byłoby przywieźć ze sobą kilka butelek wina do kolacji, jeśli wiemy, że takie zwyczaje w tym domu panują. Nawet, jeśli nie - wino się nie psuje. Odwiedzający piwosze mają obowiązek przywieźć własny zapas. Trudno wymagać od gospodarzy aby nas jeszcze non-stop poili. Natomiast, jeśli gospodarze stanowczo zaoponują, oferując własny alkohol - jest to ich przywilejem. Z wdzięcznością przyjmujemy to dictum i własne piwko szybciutko upychamy napowrót w bagażniku. Z błogą wizją schlania się po powrocie do domu.

 

8.      Zaliczając wycieczki  krajoznawcze w samochodzie gospodarzy, przy następnym tankowaniu ładnie by było zaproponować uiszczenie rachunku. Szczególnie przy tegorocznych, wyśrubowanych cenach benzyny. (Wszak oni dla nas jadą i dla nas się wysilają. Gdyby nie my, oni nie mieliby potrzeby wyjazdu z kotydżu i  po raz "entny" zaliczanie znanych sobie landszaftów). Jest więcej niż pewne, że odmówią, ale zaoferować wypada. Za wspólne posiłki w restauracjach, należy dzielić się kosztami po połowie, nie dociekając kto co zjadł.

 

9.      Nabożnie należy przestrzegać zwyczajów panujacych w domu naszych gospodarzy. Nie wolno grzebać w lodówce i przyrządzać sobie samemu śniadania, bo nas już w dołku ssie. (Jedynym wyjątkiem jest odgrzanie pożywki dla dziecka, jeśli akurat wtedy przypada godzina jego karmienia). Nie wolno włączać ani radia ani telewizora, podczas kiedy gospodarze śpią jeszcze snem kamiennym (i zasłużonym). Należy szanować ich przyzwyczajenia i stosować się do nich. A sobie najwyżej powtarzać w myśli: „jesteśmy na wczasach, w ontaryjskich lasach. Dzięki Panie Boże za ten dom. Za to, że nie musieliśmy lec pokotem - pod namiotem. I jak dobrze jest na łodzi a nie na kłodzie, w zimnej wodzie”....

 

10.    Bez względu na to, czy nasi gospodarze mieszkają tam stale, tj. przez okrągły rok i są gruntownie zagospodarowani, czy też przebywają tam tylko okresowo (jak Baśka), trudno jest od nich wymagać, aby po nas prali. Dlatego do kotydżu jedziemy z własną bielizną pościelową, ręcznikami oraz takim zapasem bielizny i osobistych ciuchów, aby na tych kilka dni wyeliminować pranie zupełnie. Zresztą, komu się chce prać, kiedy można pławić się w jeziorze? Lub opalać, wbrew rozsądkowi (i medycynie), na czekoladowych mulatów?

 

11.    Bezwzględnie należy upewnić się, że nikt z gospodarzy nie cierpi na żadną "sierściową" alergię i uzyskać ich zgodę na pobyt ukochanego Azorka. Inaczej, może się zdarzyć, że kiedy nasz piesek będzie hasał radośnie po okolicznych krzakach lub pływał z nami w jeziorze, ktoś z naszych gospodarzy wyląduje w szpitalu z powodu alergii. (Co spotkało Baśki bratową.) Jeśli zaklepaliśmy sprawę i pies z nami jedzie, trzeba go koniecznie znowu zaszczepić przeciwko wściekliźnie, gdyż wiele chorych zwierząt buszuje w okolicy. W tym roku mamy istną plagę szopów-praczy (raccoons) i pręgowców (chipmunks) chorych na wściekliznę. "Animal Control" oblicza, że chorych jest w tej chwili conajmniej pół miliona tych zwierząt. Dlatego serdecznie odradzam karmienie tych skądinąd sympatycznych zwierzaków, wbrew dzikim wrzaskom naszych miastowych dzieci, dla których dzikie zwierzaczki są nadal swoistą egzotyką.     

 

12.    Nie wolno spraszać sobie własnych gości, nie uzgodniwszy tego uprzednio z gospodarzami. Nie zaskakiwać. Tym bardziej stawiać przed faktem dokonanym, typu: ”a jutro, wpadną tutaj Markowie.” Baśka opowiedziała mi z goryczą, jak to do aktualnie przebywających w kotydżu nieproszonych gości, przyjechały jeszcze, bez uprzedzenia, dwa samochody pełne obcych ludzi, dzieci i zwierząt.  Baśce szczęka opadła. ”Dlaczego nie zaoponowałaś” – zapytałam. ”Polska gościnność” – usłyszałam w odpowiedzi. A dobrze jej tak, jeśli taka hojna! Bowiem ”goście” -  bez porozumienia się z kimkolwiek, rozbili namioty w miejscu najmniej ku temu odpowiednim. Nie dość, że rozpalając ognisko wypalili w trawniku dziurę wielkości ”malucha”, ale będąc ”nadzwyczaj taktowni”, nie chcąc deranżować gospodarzy, załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne w krzakach okalających ich posesję. Oni wnet wyjechali, ale smród po nich pozostał. Dosłowny.

 

13.    Okazuje się, że bardzo denerwujące jest przywożenie własnej muzyki i na siłę "karmienie" nią gospodarzy. Szwagierka Baśki, melomanka z prawdziwego zdarzenia, hołdująca muzyce klasycznej, doznawała nieustających bólów głowy, będąc zmuszona wysłuchiwać skocznych i głośnych husia-siusia (tak ażeby dzieci w jeziorze słyszały. O Bogu ducha winnych sąsiadach, nikt nawet nie pomyślał.) Kiedy jej mąż wieczorem dojechał i akurat nadział się na polski "rap", grzecznie poprosił o ciszę. Zignorowali  go. Dopiero kiedy gromkim głosem zagroził, że wrzuci im ”graja” do jeziora, kakofonia ustała. A zatem, albo zabieramy ze sobą "Walkmana" albo rezygnujemy na kilka dni z NASZEJ muzyki. (Odradzam słuchania polskich audycji radiowych w zaparkowanym samochodzie. Radio wyczerpuje baterię; rozrywka może okazać się kosztowna.)

 

14.    Jeśli posiłki jadamy razem - nie wolno wydziwiać a propos czyjegoś gotowania. Ale dopuszczalna jest wzmianka o np. podwyższonym poziomie cholesterolu, alergiach, idiosynkrazjach czy diecie kogoś z rodziny. Choćby po to, ażeby nie sprawiać kłopotu i aby nie skończyło się odwiezieniem do szpitala. Nie krytykować. Nawet, jeśli jedzenie wydaje nam się niesmaczne, mdłe czy za ostre. Nie sądzę, ażeby jakiejkolwiek rozsądnej pani domu chciało się na kotydżu olśniewać gości cordon-bleu gotowaniem. Bowiem rozsądek dyktuje podawanie nieskomplikowanych, szybkich dań. Najchętniej BBQ. Ale, jeśli mamy pecha i nasza przemiła gospodyni należy do szczątkowych już, na szczęście, wyznawczyń śp. pani Ćwierciakiewiczowej, która każdy przepis zaczynała od słów: "wziąść dwa kilo masła i pół kopy świeżych jaj", lub jeśli dostajemy drgawek na widok kawałków mięsa pływających w ilości tłuszczu dzielnie konkurującej z ilością wody w jeziorze, mięso wyławiamy widelcem (nie łyżką) i po krzyku. Jeśli ktoś mdleje na widok żywego pomidora (tak jak ja), zjada ze smakiem całą sałatkę, pomidor odsuwając na brzeg talerza. A dlaczego nie zaproponować gospodyni, ażeby gotować na zmianę? A nuż się zgodzi? Powinna. Wszak ją to odciąży a nam da szansę zabłysnąć własnym kunsztem kulinarnym. Każda pani ma w zanadrzu takie jedno, jej specjalne i niezawodne danie, a więc sukces murowany!

 

15.    Nie pożyczać! Szczególnie, jeśli z góry wiadomo, że na wiecznie nieoddanie. Nie pożycza się od gospodarzy Kleenexów, środków toaletowych, “bo się zapomniało w domu", (wyjątkiem jest suszarka do włosów), spraya na komary, maści na ukąszenie, etc.. Ani coli, bo się właśnie dziecku zachciało, czy lodów na patyku, kiedy nasze zapasy się skończyły. Trzeba podskoczyć do najbliższego miasteczka i dokupić. A może, w ciemno, przywieźć większe ilości? Im większa rodzina, tym większe spożycie i zapotrzebowanie. Któreś z przykazań powinno brzmieć: nie pożyczajcie - a nikt od was pożyczać nie będzie. Amen.

 

16.    Nie wpadać co chwilę z piskiem, z mokrymi i brudnymi nogami, ociekającymi wodą włosami, do mieszkania naszych gospodarzy. Nóg nie wyciera się o dywanik w pokoju, tylko ręcznikiem przed wejściem do domu. Mokrych kostiumów kąpielowych nie rozwiesza się do wyschnięcia na poręczach krzeseł w pokoju, tylko wiesza się w łazience lub na werandzie (za zgodą gospodarzy, oczywiście. Nie każdego bawi widok suszącej się bielizny, żeby nie wiem jak bajecznie kolorowej.)

 

          No to, to by było na tyle. Z góry wiem, że mnie zaraz ktoś obcyndoli: jak ja śmiem pouczać rodaków na tak elemetarne tematy? Wszak to, co napisałam jest jasne jak słońce! Wszyscy to wiedzą. Co ja sobie właściwie myślę? Że banda ordynusów do Kanady zawitała? Więc uprzedzam wypadki i już z góry odpowiadam: ależ nie! Broń Boże! Ja wiem, że gdzie nie popatrzę – wszędzie pełna kultura! Tylko, kto Baśkę nawiedza? Duchy?

 

PS.     Po opublikowaniu tego felietonu, dostałam wiele telefonów i e-maili. Czytelnicy  zgodnym chórkiem twierdzą,  że ”kotydż” po polsku nazywa się ”domek letniskowy”. Sorki. Nie wiedziałam. Już nigdy…..