MAŁY GIGOLO, BIEDNY GIGOLO…
Mam
awersję do odpisywania na listy nie skierowane do mnie bezpośrednio
przez osobę zainteresowaną. Albowiem relacja otrzymana od osoby
trzeciej może być stronnicza, może nie zawierać wszystkich
istotnych szczegółów. Może być przesadzona albo nawet nie całkowicie
zgodna z prawdą. Także niechętnie zajmuję stanowisko w
sprawach "męsko-damskich", jako, że ostatnimi laty nie mam
szczęścia do tego genre, stale
się komuś narażam. Aliści p. Karolinie W. z
Mississauga udało się mnie przekonać, że jej list zawiera
nie tylko skomplikowaną sprawę rodzinną, ale moja odpowiedź,
może przydać się także innym czytelnikom. Ano, zobaczymy…
List byłam zmuszona okroić i skondensować (7 bitych stron) a i
tak można z niego jeszcze wykroić niewąską nowelkę
obyczajową:
Pani Nino! Moja siostra Agata pilnie potrzebuje porady ale ona nie chce do
Pani napisać. Więc piszę za nią i bardzo liczę, że
Pani coś pomoże. Historia
jest trochę zawiła. Agata przybyła do Kanady 9 lat temu ze swoim
chłopakiem i tutaj się pobrali. Jej mąż dostał dobrą
pracę w Windsor, tam się osiedlili. Tam też urodził się
Maciek, który ma obecnie 7 lat. Cztery lata temu firmę jej męża
wykupili Amerykanie i nastąpiły redukcje. On też padł ofiarą.
Długo szukał ale nie mógł znaleźć innej, podobnej
pracy. Kiedy skończył się zasiłek dla bezrobotnych, poleciał
do Polski odwiedzić rodziców. Wrócił zupełnie odmieniony. Oświadczył,
że tam oferują mu doskonałe stanowisko (będzie mógł
wykorzystać wiedzę nabytą w Kanadzie) i trzeba się pakować,
bo wracają do Polski. Agata nie miała zaufania do tej nowej pracy (za
dobre warunki, za różowe perspektywy) ani nie tęskniła do małego
miasteczka i kurateli jego rodziny. Odmówiła powrotu. Rozstali się w
przyjaźni, w dobrej komitywie. On obiecał, że na dziecko będzie
przysyłał pieniądze. Rozwodu nie wzięli, bo nie tylko nie było
na to czasu, ale uznali, że nie jest im potrzebny. Agata w duszy liczyła
na to, że on wróci.
Jak przewidywała, firma w Polsce szybko zbankrutowała. On znowu
został bez pracy. Mieszka u rodziców, na dziecko od dawna nie łoży.
I chyba tam sobie kogoś znalazł, bo do Kanady wrócić nie chce.
Agata, z naszą pomocą, przeprowadziła się do Mississauga.
Dzieckiem zajęła się dochodząca opiekunka bo Agata znalazła
świetnie płatną pracę. Kiedy skończy jeszcze dwa kursy
podjęte w Sheridan College, będzie miała dużo wyższe
stanowisko, w tej samej instytucji. Ale ażeby życie nie było
takie łatwe, mamy też dylemat.
To myśmy przekonali Agatę, ażeby zamiast wynajmować
mieszkanie, kupiła dom. To myśmy pożyczyli jej pieniądze na
zaliczkę pod kupno "townhouse'u". To myśmy byli gwarantorami
jej licznych zakupów, jak samochód, meble czy elektronika. I teraz możemy
to stracić, bo Agata znowu źle ulokowała swoje uczucia.
Długo była sama, to prawda. Ale świat się nie zawalił.
Tego Ryszarda poznała u naszych znajomych, gdzie był z inną
kobietą, Renatą. Był przystojny, szarmancki, elokwentny, tryskający
humorem. Apollo! No i miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęła
się z nim potajemnie spotykać. Z początku byli bardzo dyskretni,
nie afiszowali się, później mniej, no i się wydało. Ta
Renata zadzwoniła i powiedziała, że wszystko wie, ale nie
rozpacza. Że chętnie się go pozbywa, bo ma go dosyć, że
nie wszystko złoto co się świeci, że jest za drogi w
utrzymaniu. Agata uznała, że są to kwaśne winogrona kobiety
porzuconej i zlekceważyła przestrogę. Ryszard wprowadził się
do niej w ciągu tygodnia, choć myśmy od razu byli przeciwni. To
było 16 miesięcy temu.
Nie wiele o nim wiemy. Jest skryty. Wiemy tylko, że w Polsce był
dwukrotnie rozwiedziony. Ma wyższe wykształcenie, jest oczytany. Co
daje Agacie odczuć na każdym kroku. Agata jest wprawdzie tylko po
technikum, ale za to teraz nadrabia ile może. Na przykład, mówi
doskonale po angielsku, w przeciwieństwie do Ryszarda, który język
zna tyle co z TV. Ryszard pracy nie ma i nie szuka, o nostryfikację się
nie stara. Czuje się zdeklasowany; jest obrażony na Kanadę,
że się na nim nie poznała. Abnegat. Czasami, w soboty, pracuje
dorywczo u kolegi w jakimś magazynie (za gotówkę) i
to wszystko.
Kazał Agacie odprawić opiekunkę Maćka. Sam odbiera
dziecko ze szkolnego autobusu i niby się nim opiekuje. Co znaczy tylko tyle,
że dziecko nie jest samo w domu.
Ryszard leży na kanapie, pije piwo i ogląda sport. I na tym kończą
się jego zajęcia. W domu nie pomaga, grosza na nic nie łoży.
Na sugestię mojego męża, że pomożemy opłacić
kurs "truckerski" obraził się śmiertelnie. To nie jest
robota dla niego. On jest delikatny, nie do takiej pracy stworzony.
Agata wreszcie przejrzała na oczy. Tam się zresztą od dawna
już psuło, ale nie chciała nikomu mówić. Nawet mnie. Teraz
dojrzała. Miesiąc temu zażądała
od niego ażeby się wyprowadził. Wtedy się dowiedziała.
Że ani mu się śni, że on jest "common law
husband", konkubin znaczy się, że należy mu się połowa
domu i ponad roczna gaża za pilnowanie dziecka (child-minding). Że
powinien zażądać jeszcze rekompensaty za "intelektualną
mękę" z taką półinteligentką, ale on ma gest i z
tego rezygnuje. Nie rozmawia z nią. Kiedy ona wraca z pracy, zamyka się
w swoim pokoju. Przestał zgrywać się na gentlemena, wylazł z
niego edukowany cham. I zwykły gigolo!
Kiedy
on tyje z lenistwa, Agata schudła jak szczapa. Zagryza się. Nie ma
pieniędzy na adwokatów. Znowu opłaca opiekunkę. Spłaca
samochód, hipotekę, opłaca wszystkie świadczenia, podatki,
ubezpieczenia. Płaci kolosalne rachunki telefoniczne (bo on stale dzwoni do
Polski), utrzymuje cały dom. My nie wiemy jak to prawnie wygląda. Co
ona może zrobić ażeby się go pozbyć? Czy on naprawdę
może jej wejść na dom? Jakie są jego prawa?…
Uff!
Mniszkówna i Reymont do kwadratu. Czego tu nie ma! I od czego ja mam zacząć?
Chyba tylko od uspokojenia Pani, że dom jest bezpieczny, bo mnie się
coś wydaje, że Pani i męźowi o to najbardziej chodzi. Facet
jest wprawdzie konkubinem ale nie mężem Agaty. Przy braku prawnego
kontraktu - nie ma żadnych praw. Po pierwsze, dom został zakupiony
zanim on zaistniał w jej życiu i "deeds" (dowód własności)
oraz wszystkie rachunki opiewają wyłącznie na jej nazwisko. Po
drugie, konkubinat nie podlega takim samym prawom jak legalne małżeństwo
i przy braku tego właśnie "common law contract" nie podlega
takiej samej regulacji prawnej, jak w stosunku do małżonka/i. Tym
samym, nic go nie uprawnia do
mieszkania w JEJ domu rodzinnym. Jest wprawdzie coś takiego jak specjalna
ochrona prawna, polegająca na wsparciu finansowym po rozpadzie konkubinatu,
uzależniona od decyzji sądu, a i to tylko wtedy, kiedy współżycie
partnerskie trwało co najmniej 3 lata. Lub jeśli z tego związku są
dzieci legalne, bądź wspólnie adoptowane. A zatem Ryszard nie ma
żadnych podstaw ani praw do jakichkolwiek formalnych żądań.
Przeciwnie, to Agata może jemu wystawić rachunek za prawie półtoraroczne
utrzymanie: chatę, wikt, opierunek, łóżko, d.. i trunek. Ale ten
numer chyba nie przejdzie. "Chciałaś hrabiego? No to teraz tyraj
na niego!" – może powiedzieć sędzia. I nikt go nie
przekona, że nie widziały gały, co brały. Nawet mnie jest
trudno to przełknąć.
To
może być kosztowna kołomyjka, proszę Pani. Chyba, żeby
liczyć na cud, że znajdzie się uczciwy adwokat, który jemu powie:
"koleś, spadaj. Zdechł kanarek. Nic tu nie zwojujesz". Ale
cudów nie ma. Tymczasem Agata nie może pozwolić sobie na inercję.
Tu trzeba działać i to szybko! Pierwszy krok, to likwidacja telefonu i
zakup komórki na jej wyłączny użytek. Musi siebie i dziecko
żywić osobno. Przywozić gotowe potrawy, zamawiać pizzę.
Bowiem lodówka musi stać pusta. Puszki i kartony z żywnością
trzeba wywieźć z domu. Może do Państwa? Zobaczymy jak
Ryszard zareaguje, kiedy przestanie spadać manna z nieba i na hamu-papu
przyjdzie samemu zarobić. A najlepiej to pod byle pozorem wywabić go z
domu i szybko zmienić zamki. Czy Pani mąż potrafi to zrobić?
Trzeba też będzie w galopie spakować jego rzeczy i wystawić
mu za drzwi, gdy wróci. On policji zawołać nie może. Nie ma
żadnych podstaw. Nie jest płatnym lokatorem. Jest po prostu gościem,
który nadużył gościny. A może on czeka, ażeby mu
odpalić jakąś większą gotówkę aby się
wyprowadził? Nigdy w życiu! Ja bym mu dała najwyżej $100 na
taksówkę i jedną dobę
w tanim hotelu.
Pani
bardzo niesłusznie nazywa go "gigolo". Przedwojenny gigolo, czyli
fordanser - to była ciężka i niewdzięczna PRACA. Trzeba było
mieć smoking, mieć maniery, trzeba było mieć schludny,
zadbany wygląd. Trzeba było się uśmiechać, kiedy płakać
się chciało. Szczególnie, kiedy następna niezgraba nastąpiła
na odcisk. Noc w noc - 8 godzin na nogach! Wyobrażam sobie, że
przesuwanie często 100-kilowej partnerki na parkiecie, musiało być
dużo bardziej męczącym zajęciem, aniżeli dzisiaj
prowadzenie luksusowej (z wszystkimi bajerami) 16-to tonowej ciężarówki
po autostradach Północnej Ameryki.
Nie.
Ten Ryszard jest to zwykły cwaniak z gatunku utrzymanus pospolitus.
Piękniś i nierób, sprzedający swój czar (od pasa w dół?)
kolejnej pani, którą jego wdzięki interesują. Nie
martwcie się o niego. Rychło znajdzie następną ofiarę.
Możliwe, że w odwodzie, już ma jakąś napiętą.
Tacy, jak koty, zawsze spadają
na wszystkie cztery łapy.
Ja
rozumiem samotność. Ja rozumiem hormony. Ja rozumiem dobry seks. Ale
nie rozumiem jak rozsądna, młoda kobieta może wiązać się
z facetem, który ma żywiołową odrazę do tego małego słówka:
"praca". To, dalibóg, już lepiej przez czas jakiś być
"chłopless"! Bo prędzej czy później
na pewno pojawi się jakiś miły pan na Agaty firmamencie.
Może nie będzie taki szałowy, ale za to będzie solidny. Może
też będzie miał dziecko? I będzie ją kochał dla
niej samej a nie za to, co posiada. Razem będą pracowali, razem
dorabiali. Na równych warunkach zbudują sobie rodzinę i spokojną
przyszłość.