Naprzeciw
mojego osiedla zbudowano inne. Super ekskluzywne. Chociaż w tak bliskim sąsiedztwie,
różni się od mojego choćby tym, że tam nie ma domu poniżej
miliona dolarów.
Wiele
lat temu, u dentysty za rogiem, poznałam mieszkającego tam Greka. Pan
bardzo sympatyczny, miły i bezpośredni. A, że dentysta był,
jak zwykle ”spóźniony w czasie”, tośmy sobie trochę pogadali.
Ot tak, gadu-gadu o wszystkim i o niczym. Ale w konsekwencji tego gadania, pan
zaprosił mnie na ich niedzielną BBQ. Polazłam z czystej, babskiej
ciekawości. Rezydencja rzeczywiście okazała. Imponująca.
Warta takiego szmalu. Cała rodzina z miejsca zapałała do mnie jakąś
niepojętą sympatią a to zaowocowało w wielką,
wieloletnią przyjaźń,
która trwa do dnia dzisiejszego.
Licznej
rodzinie przewodzi tato, tenże pan Stavros. Jego żona Helena, sprawia
wrażenie kurki domowej, lecz w istocie jest kobietą światłą,
mądrą, zrównoważoną, z olbrzymim poczuciem humoru. Co jest
rzadkim atrybutem pośród niemłodych Greczynek. Mają trzech synów
i jedną córkę. Wszyscy już na swoim. I wszyscy ciężko
pracują, albowiem papa już od dziecka im zapowiadał, że
grosza nie powąchają, dopóki on żyje. W nagłym wypadku -
pomoże, oczywiście, ale tylko doraźnie. Pieniądze na
drzewach nie rosną. Trzeba je szanować i umieć na nie zapracować.
Pan Stavros nie ukrywa, że jest milionerem. Nie dałoby się tego
zresztą ukryć; jego nazwisko związane jest z siecią greckich
restauracji, przemysłem żywnościowym, trasportowym, etc. A mimo
to, cała rodzina nie wie nawet co to szpan. W życiu prywatnym są
bezpretensjonalni, serdeczni i gościnni. Zdałoby się, że
życie powinni mieć usłane różami. Lecz słońce
nikomu nie świeci bez przerwy. Nawet milionerom.
W
głębokiej nocy rozległ się nagle natarczywy dzwonek u drzwi
wejściowych. Przerażona, na wpół przytomna, spojrzałam na
zegarek: 3.30 AM. Narzuciłam szlafrok, w takich nerwach zbiegłam na dół,
że nawet zapomniałam w judasz zerknąć. Wielkie ryzyko! Na
podjeździe, niewygaszony, cicho mruczał silnik Cadillaca a pod
drzwiami, w piżamie i szlafroku nerwowo przestępował z nogi na
nogę, Stavros. Musiało się stać cos strasznego!
"Costa
aresztowany. Pomóż nam, proszę!" - wykrzyknął. Kto? Ja?
Jak? W czym? Co ja mogę? Tak jak stałam, w tym szlafroku (nawet drzwi
wejściowych nie zamknęłam na klucz) wsiadłam do jego auta i
za dwie minuty byliśmy u nich w domu. Cała rodzina już się
zjechała i siedziała w kuchni. Pani Helena płakała, reszta
patrzyła po sobie bezradnie.
Costa
jest ich najmłodszym synem. Beniaminkiem. Zawsze mu obiecywali, że jeśli
skończy college z dobrą lokatą, w nagrodę wyślą go
do Europy. Głównie do Grecji, aby poznał kraj ojców swoich. Skończył
na medal. Zaopatrzony w większą gotówkę, miał zwiedzić
cały kraj, poznać liczną rodzinę. Poleciał. Zgodnie z
obietnicą, dzwonił co tydzień, ale zamiast zachwytów nad ruinami
Partenonu na Akropolu, czy smutną resztką Odeonu, gadał wyłącznie
o jakiejś Polce, o jakiejś Joli. Po którymś tam telefonie, oświadczył
zaskoczonym rodzicom, że będzie się z nią żenił.
Rodzina nie była zachwycona, bo miała tutaj dla niego upatrzoną
śliczną i zamożną Greczynkę. O Polce nic nie wiedzieli,
poza ty, że religia nie ta sama. Ani kultura. No i w ogóle…
Ale
nic nie pomogło. Costa w konsulacie w Atechach oficjalnie się zaręczył,
na gorąco podpisał promesę ślubu w ciągu 3-ch miesięcy,
i na tej podstawie Jola dostała „narzeczeńską” wizę na
wjazd do Kanady. Nawet przed upływem wymaganych 90 dni, z hukiem i
rozbijaniem talerzy, odbył się ich ślub. Była to wielka,
kosztowna impreza, ale serca w niej nie było. Później rodzina
traktowała Jolkę poprawnie, acz bez tej wylewności, którą
okazywała "swoim". Nawet mnie. Wykorzystując uprzywilejowaną
pozycję w ich domu, wiele razy usiłowałam przekonać ich do
niej, ale w duchu wiedziałam, że…. gadał dziad do obrazu.
Jolka
nie była umysłem stulecia (dekady też nie) - to prawda, ale była
ładną, hożą,
dobrze zbudowaną blondynką; w zasadzie, nic nie można było
jej zarzucić. Oboje, bez gadania, rzucili się w wir pracy. Wnet kupili
ładny "townhouse", meble, dwa samochody. Cztery lata temu urodził
im się śliczny synek. Włoski złote jak polskie zboże,
oczka niebieskie jak bławatki. Jolka do pracy już nie wróciła. A
Costa zakochany w żonie i dziecku, świata poza nimi nie widział.
Rodzina powoli ”miękła”.
Jeśli
Joli można było cokolwiek zarzucić, to przesadną lojalność
w stosunku do własnych rodziców. Sprowadzała ich co roku na kilka
miesięcy. Wtedy rozmawiali wyłącznie po polsku, jedli po polsku,
oglądali polskie filmy; teściowa rządziła domem Costy. Jego
rodziców teściowie organicznie nie trawili. Mieli pretensje do Stavrosa,
że dzieci nie utrzymuje, że ich córeczka musiała pracować,
mając teścia milionera. Costy też nie lubili. Wyzywali go od
czarnych, kędzierzawych sukinsynów, chamskiego (?!) nasienia, ale twardo
korzystali z jego gościny. Mama dorabiała sobie pilnując obce
dzieci i szyjąc dla ich matek, tatę opłacał Costa za drobne
roboty przy domu i ogrodzie. Co roku wracali do Polski bogatsi o $7.000, jeśli
nie więcej; wszak pobyt tutaj złamanego centa ich nie kosztował.
W
wieczór, poprzedzający ową feralną noc, Costa miał pracować
do północy. Ale około 19-tej nastąpiła awaria jakiegoś
agregatu. Stanęła produkcja, więc wszyscy rozjechali się do
domów. Kiedy Costa podjechał pod dom, zdziwił się, że nie w
garażu ale na podjeździe stoi wóz Jolki i na dodatek tak jakoś
śmiesznie, rytmicznie podryguje. Zaintrygowany, podszedł do auta i…skamieniał.
Według zeznań złożonych na policji, panowanie stracił
tylko na chwilę. Naprzód za włosy ściągnął z
żony ich najlepszego przyjaciela (ojca chrzestnego ich synka), po czym wyłuskał
z wozu Jolkę (w stanie skrajnego dezabilu) i faktycznie dwukrotnie ją
spoliczkował. Jola zaczęła ryczeć i wołać mamę
na pomoc. Kochanek zachował się może nie klasycznie, ale za to
bardzo przytomnie. Wciągnął spodnie i zmył się. Nikt
nawet nie zauważył kiedy.
Mama,
która rzekomo nie zna angielskiego, wiedziała jednak, że należy
wystukać numer 911 a po tem już tylko drzeć się głośno
do słuchawki. Policja przybyła w ciągu 5-ciu minut. Wysłuchała
wyssanego z palca przebiegu zajścia w wersji Joli i jej mamy, spisała
akt oskarżenia. Bez zarządzenia obdukcji, bez wysłuchania jego
tłumaczeń, bez żadnego gadania zakuli Costę w kajdanki i
powieźli na komisariat. Dopiero po 5-ciu godzinach pozwolili zadzwonić
do ojca. Ich adwokat już tam pojechał a ja miałam radzić jak
postąpić z Jolką. Trudna dla mnie sprawa. Jak nie pokręcę
– d…a z tyłu. Cokolwiek nie zrobię - komuś będę
wrogiem.
Wreszcie
zgodzili się ze mną, że trzeba odczekać, więc wróciłam
do domu. Costa odsiedział w celi 48 godzin z najgorszym elementem, zanim
stanął przed sędzią w Brampton, gdzie został formalnie
oskarżony o… systematyczne bicie i znęcanie się nad żoną.
Wypuścili go za bajońską kaucją. Nie wolno mu zbliżać
się do własnego domu na odległość 500m, ani szukać
kontaktu z żoną. Dziecko może widywać tylko za pomocą i
w obecności osób trzecich. Zanim jego sprawa nie wejdzie na wokandę,
nałożono na niego obowiązek regularnego odwiedzania psychologa (counsellor)
indywidualnie, oraz branie udziału w zbiorowych seminariach jak panować
nad agresją (anger management). Ma obowiązek finansowo utrzymywać
rodzinę.
Mnie
poproszono ażebym pojechała do Jolki (oficjalnie po osobiste rzeczy
Costy) ale faktycznie po to, ażeby wysondować, czy Jolka będzie
dalej trzymała się tej kłamliwej wersji. Niewdzięczna rola!
Pojechałam dopiero po kilku dniach. Jej mama przywitała mnie stekiem
obelg. "Kurwy" latały jak jaskółki. Wrzeszczała,
że jestem wycirucha, że wysługuję się zasranym Grekom,
ale co się dziwić skoro (eufemistycznie) “moja mamusia nie była
mężatką a tatuś zmarł na brzydką chorobę”.
Ale ja też mam język w gębie (trudno być damą w takiej
sytuacji. Zresztą ona by tego nie zrozumiała), więc rzuciłam
się jej na szyję, krzycząc radośnie: "ciociu! To nawet
po tylu latach jednak mnie poznałaś!" Baba zdębiała,
szczęka jej opadła, wyrwała się z mego uścisku i
wyleciała z pokoju jak z procy.
Powiedziałam
Joli, że nie bawi mnie rola, którą tu spełniam, że wcale
nie chcę ingerować w jej sprawy, ale tak prywatnie, od siebie, radzę
jej ażeby się zastanowiła nad tym co robi. Albowiem Costa bardzo
łatwo udowodni (subpoena absztyfikanta wystarczy), że został
sprowokowany. A ona, niewierna żona, straci męża, dom i resztę.
Costa tylko na dziecko będzie łożył, a i to tylko wtedy, jeśli
badania DNA potwierdzą, że to słodkie, płowe pacholę
jest faktycznie jego dzieckiem. Jolka zaczęła chlipać. Podziękowała
mi, że przyszłam. Przeprosiła za zachowanie mamy. Powiedziała,
że ona Costę bardzo kocha i, że nie chce go tracić.
Powiedziała, że jej tak z nudów odbiło. Że ogromnie
wszystkiego żałuje. Że tęskni za Costą. Że
pojedzie z adwokatem Stavrosa na policję, do sądu, gdzie tylko będzie
potrzeba i, że wszystko odszczeka. Że to mama ją do tego namówiła,
ale teraz kiedy miała czas ochłonąć, rozumie, że mama
ma w tym interes (jaki?). Że ona już widzi, że tak dalej być
nie może. Zaraz odeśle rodziców do Polski. Mama musiała podsłuchiwać
za drzwiami, bo wpadła do pokoju jak furia, posyłając pod moim
adresem ciąg dalszy treściwej i niepowtarzającej się wiązanki.
Hi,hi,hi - nauczyłam się parę nowych, arcyciekawych, acz
brzydkich, słów.
Jola
słowa dotrzymała. Pojechała z adwokatem na policję. Uczciwie
przedstawiła fakty. Wyspowiadała się ze wszystkiego. Broniła
Costę, mówiąc, że Grecy są dumni i z temperamentem i
dlatego tak się to wszystko stało. Że to wszystko jest jej winą.
Oświadczyła, że męża kocha, że nie ma powodu się
go bać. Przeciwnie. Chce ażeby wrócił do domu; chce z nim wieść
normalne życie, jeśli jej przebaczy. Chwaliła jako męża
i ojca. Odszczekała absolutnie wszystko. A pomogło? A guzik. Jak umarłemu
kadzidło.
Costa
pozostaje ciągle w stanie oskarżenia (sądy mają czas, nie
wiedzą co to maraton). Mieszka u rodziców i wcale nie jest pewny czy nie
wlepią mu kilka lat. Koszty sądowe i adwokackie będą
horrendalne, gdyż będzie się bronił wszelkimi możliwymi
sposobami. Ale już jest wiadomo, że bez względu na to, jak to się
wszystko zakończy, on do końca życia będzie miał zapaćkane
”konto życiowe” (criminal record), jako facet karany sądownie za
podniesienie ręki na żonę. Nawet jeśli nie będzie musiał
siedzieć, nawet jeśli po rozprawie jej przebaczy i wróci do niej -
zawsze będzie już przegrany. Jolka kochanków będzie mogła
sprowadzać do domu plutonami. Jeśli chłopak tylko miauknie (nie
musi jej nawet dotykać), wystarczy, że ona złapie za słuchawkę
i wrzaśnie, że znowu ją uderzył. Jako recydywista, z miejsca
pójdzie do mamra i to od razu na dłuższy okres. Bo w tym dzikim,
dziwnym kraju, kobieta zawsze ma rację. Dlaczego?
Mnie
jest okrutnie łyso. Żal mi Costy, żal mi jego rodziców, żal
mi Jolki, żal ich synka. Ale najbardziej jest mi żal… siebie samej.
I moich, nagle zmarłych śmiercią tragiczną, życiowych
ideałów. Przez całe życie walczyłam o równouprawnienie
kobiet. Do dzisiaj uważam, że jeśli kobieta wykonuje taką
samą pracę, w tym samym wymiarze godzin, z taką samą
odpowiedzialnością czy wysiłkiem - powinna zarabiać to samo,
co mężczyzna na identycznym stanowisku. Ale po pracy - vive la
difference!
Tylko,
że w tym niby super liberalnym kraju, szkoda czasu na jakieś walki. W
życiu służbowym "męskiej" stawki nigdy nie wygramy.
No to w życiu prywatnym się odkuwamy. Baby z góry są wygrane.
Choćby okoliczności były najbezczelniej w świecie naciągane.
Chłopa można pięściami okładać, nawet wałkiem
po głowie lać - pies z kulawą nogą za nim się nie ujmie.
Dzicz!
Z
drżeniem serca czekam na epilog greckiego dramatu moich przyjaciół.
Nic w tej sprawie nie napawa mnie optymizmem. Wręcz przeciwnie. Doświadczenie
nauczyło mnie, że oskarżenie trwa minutę. Ale
oczyszczenie z zarzutu - czasem całe życie. O ile w ogóle…