ALE JAJA!

 

       Naloty Lilki na nasz dom w Londynie były postrachem mojej młodości. Słowo: nalot ‑ jest tutaj nader a propos. Zlatywała bowiem nagle i niespodziewanie, no i właśnie LOT‑em.  Nawet na bilet zakupiony za złotówki! A wtedy było to prawdziwym ewenementem. Przylatywała kiedy jej się tylko zamarzyło; kiedy tylko miała na to ochotę. Dzwoniła do Mietka (mojego męża) do pracy (rejs LOT'u lądował około południa) i oznajmiała radośnie, że jest na lotnisku i żeby ją zaraz odebrał, względnie przysłał kogoś po nią. To, że inni pracują, mogą mieć inne plany na ten dzień, lub może ich po prostu w biurze nie być ‑ chyba nigdy nie przyszło jej do głowy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak ona to robi, że bez naszej interwencji, bez zaproszenia od nas, zawsze wizę dostawała. Tym samym, jej jednej nigdy nie musieliśmy gwarantować hamu‑papu i dachu nad głową i nie musieliśmy obiecywać, że odeślemy do domciu w przewidzianym terminie. Dopiero dużo później miałam się dowiedzieć, jaką potęgą była jedna mała literka "S" w paszporcie PRL. Literka tym bardziej pobudzająca moją wyobraźnię, bo z tego co wiedziałam ‑ Lilka nigdzie nie pracowała, nigdzie nie miała etatu. "Wielcy artyści nie pracują. Tworzą, gdy czują wenę" ‑ tłumaczyła mi pobłażliwie. A ja, idiotka, "kupowałam" te banialuki jak durny w torbę. Jak i skąd miała te nieprawdopodobne wizowe "chody" - tego się nigdy nie dowiedziałam.  Zresztą Mietek mówił, że to nie nasza sprawa. Hmm…

       Na moje wyrzuty, dlaczego nigdy nie awizuje swojej wizyty, odpowiadała całkiem rzeczowo, że na telefoniczne połączenie Śląska z Londynem czeka się czasami po kilkanaście godzin, a ona nie ma ani czasu ani ochoty warować przy aparacie. A na moje nieśmiałe pytanie, dlaczego, wobec tego, nie zadzwoniła już z Warszawy, też zaraz miała logiczną odpowiedź - jej przyjaciele, u których nocuje, nie mają telefonu. No tak. W tamtych czasach było to całkiem możliwe. Za to później, już u nas, wetowała sobie brak dostępu do telefonu w rodzinnym kraju. Od nas obdzwaniała pół świata, od nas godzinami rajdała z rozmaitymi znajomymi, których zdołała jakoś wytropić na terenie Wielkiej Brytanii. Chociaż były to przedpotopowe znajomości, ludzie ci chętnie udzielali jej ucha, jak długo to nie oni za te rozmowy płacili. (W Anglii nie tylko obowiązywały wtedy trzy różne dzienne taryfy, ale płaciło się, tak jak dzisiaj, za każdą sekundę rozmowy.) Kiedyś nawet nie wytrzymałam nerwowo i pozwoliłam sobie na zrobienie jej wyrzutu, że te rozmowy kosztują nas fortunę! Ale do niej, wielkiej artystki, której dusza szybuje w obłokach, takie trywialne, przyziemne sprawy, fi donc, nie docierały. Gorzej. Jeszcze od Mietka po uchu dostałam, że przecież: gość w dom ‑ Bóg w dom. OK! Widocznie ja nie byłam wtedy aż tak religijna, gdyż przez zupełnie inny pryzmat widziałam tę sprawę.

     Lilka była powinowatą Mietka. Nie piątą, ale dwudziestopiątą wodą po kisielu. Co jej wcale nie przeszkadzało zachowywać się tak jakby była co najmniej jego rodzoną siostrą. Była plastyczką, artystką‑malarką i, nawet rzekomo rzeźbnęło jej się kiedyś, coś tam, na jakąś wystawę. Tyle talentu w jednej małej osóbce! Aliści największy talent wykazywała w dezorganizacji naszego życia. Z jakąś dziką pasją wywracała nasz dom do góry nogami, czym regularnie doprowadzała mnie do szewskiej pasji, do białej gorączki.

       Ale, musiałam jej przyznać, górowała nad innymi naszymi gośćmi z Polski tym, że władała biegle językiem angielskim, nie bała się sama poruszać publicznym transportem. Potrafiła wręcz genialne chodzić wokół swoich spraw. Tylko przy niej jednej, jako cicerone byliśmy zbyteczni. Nie byłam zmuszona urywać się z pracy ani wykorzystywać z trudem uszparowane dni urlopowe, aby, jak innym, asystować w wycieczkach do miasta. (Mietka to nie dotyczyło. Był własnym bossem. Choć nie musiał, jeździł codziennie do pracy, gdyż szybko nauczył się wyznawać prastarą zasadę, że "pańskie oko ‑ konia tuczy". A zakupów wręcz organicznie nienawidził.)

     Lilka nigdy nie zjawiała się z pustymi rękami. Przeciwnie! Dla Mietka miała zawsze alkohol w większych ilościach, choć ten w bardzo szybkim tempie wnet znikał w ich spragnionych gardziołkach. Dla mnie zawsze coś z "Polleny" a dla dziecka, nieodmiennie, zakopiańskie pantofelki. Także nasz piękny dom, który traktowała jak własny, uszczęśliwiała swoimi obrazami. Nie wiem czy polscy celnicy kiedykolwiek sprawdzali jej bagaż. Jeśli tak, to wcale bym się nie zdziwiła, jeśli nigdy nie zakwestionowali wywozu jej obrazów. Ba, nawet pewna jestem, że się szczerze cieszyli, że takie bohomazy opuszczają rodzimy kraj i, że nigdy nie zawisną na żadnej, Bogu ducha winnej, polskiej ścianie. Na polskiej wprawdzie nie zawisły ale, niestety kilka angielskich ścian nie uniknęło tego strasznego losu. Wieszane były natychmiast, bez pardonu, bez względu na moje obiekcje. A jeśli, broń Boże, jej artystyczne oczko uznało, że jakieś nasze dzieło sztuki, jakiś mebel, jakaś zasłona, waza, cokolwiek, koliduje (w jej pojęciu) z “nowymi” obrazami, potrafiła bez pytania poprzestawiać wszystkie meble, pochować bibeloty, i nawet przemalować wazy i lampy (na szczęście farbą wodną) na zupełnie inny wzór czy kolor. Miała końskie, niespożyte siły. Ja, przecież dużo, dużo od niej młodsza, wysiadałam, sprzątając tylko po niej. Co znaczy zawsze. Bowiem Lilka była przecież wielką artystką a sprzątanie, jak wiemy, nie leży w ramach jakiejkolwiek artystycznej dyscypliny!

      Z każdą wizytą przywoziła też jakieś stare fotografie, wyszabrowane na tą okoliczność od reszty niezorientowanej rodziny. Wtedy razem z Mietkiem, z kieliszkiem w dłoni, spędzali długie wieczory przed kominkiem lub na tarasie (w zależności od pory roku) wspominając jakieś urlopy, które jeszcze jako dzieci spędzali z rodzicami w  pensjonatach nad Zbruczem, w Krynicy czy w Sopotach. (Tak, tak, za ich czasów to nie był Sopot - tylko Sopoty. Nie wiem kto i po co tę nazwę zmienił. Pewnie ci sami, którzy niedawno zmienili Polsce województwa. Czyżby te neptki żyły do dnia dzisiejszego?)

     Ja snułam się po własnym domu w charakterze pariasa. Niewidzialna i  niepotrzebna.  Zauważano mnie dopiero w porze posiłków ale opuszczano chyżo przed zmywaniem naczyń (wtedy nie mieliśmy jeszcze zmywarki). Mietek, jako ten usłużny, elegancki  pan domu, nie odstępował krewniaczki, a kiedy przychodzili do nas goście to nie ja, tylko Lilka brylowała w salonie. Podczas kiedy ona pławiła się w tej roli, ja knułam dzikie plany jakby tu tej artystce z piekła rodem, jakoś na poprzek zrobić. Niestety, żadna z moich cudownych i fenomenalnie krwawych wizji, nigdy nie znalazła odzwierciadlenia na jawie.

     Lilka mizdrzyła się do Mietka nie tylko jako krewna ale glównie jako "potrzebowska". Przylatywala z owymi niesławnymi, legalnymi $10 w kieszeni (dzisiaj nikt już o tej restrykcji pewnie nie pamięta), ale w torebce miała listę sprawunków długą jak tasiemiec. Oprócz siebie i rodziny, musiała przecież obdarować jeszcze wielu przyjaciół, ciecia, fryzjerkę, panią z kiosku "Ruchu", krawcową, kosmetyczkę i nawet kelnerkę w ulubionym barze mlecznym. Jako artystka miała znakomity gust, więc najchętniej czyniła zakupy u "Harrods'a" (którego późniejszym właścicielem został pan Mohamed Al Fayed, niedoszły teść księżny Diany), czyli w najdroższym magazynie Londynu, jeśli nie całej Europy. Podwoził ją tam Mietek. Ze mną nie ujechałaby dalej aniżeli najbliższy odpowiednik Dollar Store. No, raz czy drugi do sklepu typu Wal-Mart czy Zellers może bym ją zabrała. Po wykręceniu przez nią wielu takich numerów, wzięłam się na sposób. Wreszcie z błogosławieństwem Mietka, (wyszantażowanym oczywiście, w sposób każdej pani doskonale znany) od razu, już przy wejściu do jej pokoi, wręczałam jej Ł100 (wprawdzie tylko około C$250 – ale w tamtych czasach był to istny majątek) i ze słodkim uśmiechem mówiłam, iż jest to prezent od nas obojga na jej osobiste potrzeby. Nie sprawiała wrażenia zachwyconej, lecz, jakoś dziwnie od tej chwili skończyły się jej wypady do Harrods'a. Także nigdy więcej nie widziałam u niej żadnej listy sprawunków dla innych.     Czyżby ci ludzie naraz wyrarli? Ulegli morowej zarazie, czy co?

       Opędzić się od niej tylko nie mogłam kiedy wybierałam się na zakupy po żywność. Dreptała za mną po supersamie czy rynku i co chwilę przymilnie prosiła o kupienie jej czegoś. Moje zapewnienia, że są to specjały Murzynów, Arabów, Chińczyków lub Hindusów, że w surowym stanie absolutnie nie nadają się na nasze podniebienie, kwitowała podkówką na twarzy. Acz świadoma moralnego szantażu - kupowałam dla świętego spokoju. W domu zaraz próbowała, krzywiła się niemiłosiernie, wywracała oczy, wypluwała i stwierdzała, że faktycznie miałam rację, że jest to niebywałe świństwo. Po czym wszystko leciało do pojemnika na śmieci. W sklepach nie potrafiłam jej przekonać, że degustacja artykułów żywnościowych równa się pospolitej kradzieży.  Że banan, figa czy kilka orzechów, zjedzonych bez zapłaty, jest u nas przestępstwem kryminalnym. Że nie ma absolutnie żadnej różnicy pomiędzy wynoszeniem towaru w brzuchu, a wynoszeniem w kieszeni czy w torebce. Nie rozumiała tego.  Nigdy nie mogłam oka z niej spuścić; aż dziw bierze, że nigdy przez nią zeza nie dostałam.

     W tym feralnym roku, na Wielkanoc zapowiadano piękną pogodę. Byliśmy z Mietkiem bardzo przemęczeni i postanowiliśmy wyskoczyć na kilka dni do Francji. Szybciutko załatwiłam zieloną kartę na wóz, opłaciłam bilety na prom, na asekurację, po czym zajęłam się przygotowaniami. Wyjazd w Wielki Czwartek - powrót we wtorek po Wielkanocy. Sześć dni szczęścia! Sześć dni błogiego spokoju i kosmicznej wyżerki. Wyżerki nie przeze mnie przygotowanej! Nie musi być wcale cordon bleu, byle bym tylko ja nie musiała nic robić!

     Akurat! Zadzwoniła w Wielką Środę. I, jak zwykle, już z lotniska. Struchlałam. Już wiedziałam, że trzeba będzie odwołać nasz mini urlop. Lecz, o dziwo! Krasnoludki są na świecie! Bowiem Mietek nagle gromko zaoponował. (Czyżby wizja paru butelek Chablis czy innego Sauterne okazała się silniejsza od więzów rodzinnych?!) Mietek powiedział, że nie widzi powodu do paniki. Trudno, nie spędzimy Świąt razem, bo Lilka, na pewno nie ma francuskiej wizy. Ale przecież Lilka, kobieta światowa, zrozumie chyba dylemat przed którym stoimy i nie będzie czyniła nam wstrętów. Ma zresztą wybór. Może jutro wrócić do Polski lub może zostać sama w naszym domu. Mamy pełne do niej zaufanie (naprawdę?) więc nie ma sprawy. A może nawet i dobrze się stało, bo nie trzeba będzie oddawać zwierząt do "Zwierzotelu", no i dom na Święta nie będzie stał pusty. Zaraz kupimy jej furę smakołyków i po krzyku. Lilka, oczywiście, bez zastanowienia i  z wielkim entuzjazmem,  wybrała opcję drugą.

     Pogoda rzeczywiście dopisała. Jechaliśmy w słońcu po tonącej w wiosennych kwiatach Szampanii. Byliśmy na rezurekcji w sławnej katedrze w Reims. Codziennie zatrzymywaliśmy się w innych oberżach tego najbardziej malowniczego zakątka Francji. Jedliśmy przysmaki nie z tego świata. Mietek degustował rozmaite wina, których żywot w bagażniku był raczej krótkotrwały (wszystko w porządku - ja byłam kierowcą). Córka zażerała się wyśmienitymi czekoladowymi jajami. Tylko ja, pomimo tego cudo-żarcia i uroczej scenerii, jakoś dziwnie nie potrafiłam się odprężyć. Ustawicznie myślałam o tym co zastanę w domu. Co ona tam teraz robi?!

     Do Londynu dobiliśmy późnym wieczorem. W naszym domu nie było ani jednej żarówki, która by się nie jarzyła. Takiej iluminacji nie widziałam od ostatniego pobytu w Las Vegas. Na pytanie co się stało, po co tyle świateł naraz? - "tak jest przecież dużo przyjemniej" - odparła beztrosko. No cóż! Nie da się zaprzeczyć.  Meble, oczywiście znowu poprzestawiane. Za to w wazach świeże baźki. 

     Także wymalowała nam ręcznie dwa tuziny pisanek. Nie trudno się było domyślić gdzie je malowała. W kuchni, drewniany blat stołu i moja śliczna, drewniana podłoga mieniły się barwami tęczy. Na ścianach, na tapecie, różne kolory, których jeszcze tydzień temu tam nie było, tworzyły skądinąd malowniczą, abstrakcyjną plamę. Niestety, bardzo trudną do zmycia, jak się wnet okazało. Stos garów na kuchni i w zlewie piętrzył się niebezpiecznie i urągał teorii grawitacji.  Mój najlepszy teflonowy garnek "sam się spalił" na kość. Śmierdziało stearyną i niemytymi, od prawie tygodnia, talerzami i resztkami jedzenia. Sprzątanie w dalszym ciągu nie było jej hobby. Wtedy nagle zrozumiałam dlaczego jej mąż od niej uciekł. Ona, psiakrew, bohema - tylko życia z nią nie ma!

     Ale muszę przyznać, że te pisanki były prześliczne. Doprawdy mini-arcydzieła! Może tym powinna parać się zawodowo? Bo chyba ze sprzedaży obrazów nie żyła, bez względu na to, co ja, laik, o nich myślałam. Ona sama zresztą mówiła, że "to chamstwo w PRL zupełnie na sztuce się nie zna i lokuje swoje pieniądze w starociach z DESY czy folklorze z Cepelii, zamiast kupować jej wspaniały art nouveau."

     Ułożyłam te prześliczne pisanki na dwóch paterach i wystawiłam jedną w salonie, drugą w jadalni. Później jeszcze długo po jej odjeździe zachwycały oczy naszych gości. Aby nie psuć sobie humoru, szybciutko zdjęliśmy ze ścian jej obrazy i powiesiliśmy znowu nasze. Meble przestawiliśmy na ich prawowite miejsca. Długo wietrzyliśmy jej apartament na górze, w którym, nie wiadomo po co, ani dlaczego, paliła kadzidło (?!)

      Może po upływie miesiąca a może ździebko później, włożyłam bardzo ostrożnie te dwa tuziny pisanek w kartonowe pojemniki na jaja, dla bezpieczeństwa owinęłam jeszcze pieczołowicie starym ręcznikiem, i do następnego roku, odłożyłam do szuflady tekowego kredensu w salonie.

     Wnet zapomniałam o wizycie Lilki, albowiem zaczęłam mieć dużo poważniejsze problemy. Bowiem po kilku tygodniach, gdzieś tak z początkiem lata, po domu zaczął rozchodzić się jakiś przykry fetor. Odór ten nasiłał się z każdym dniem; wkrótce zamienił się w wprost niebotyczny smród. Obeszliśmy dom na czworakach. Przeczesaliśmy każdy kąt i zakamarek. Nic! Konsylium złożone z sąsiadów, rodziny, przyjaciół i nawet naszego pana budowlanego, orzekło, że ani chybi, gdzieś pod podłogą zdechła mysz i się rozkłada. Po czym wszyscy zaczęli unikać nasz dom niczym tą przysłowiową zarazę. Hipotezę o myszy, odrzuciliśmy bezwarunkowo. Myśmy nigdy myszy nie mieli. Zrywanie podłóg byłoby kosztowne i bezcelowe. Mysz - a kysz!

     Podejrzenia padły na nasze, Bogu ducha winne, zwierzaki. Kotkę Bessy stale teraz wyrzucaliśmy na ogród. Wcale się z tego powodu nie skarżyła. Wprost przeciwnie. W podzięce, po kilku tygodniach sprezentowała nam 5-ro kociąt, każde z innej parafii. W jednym, rozpoznałam nawet tego Persa z końca ulicy. Psa zamykaliśmy (z przerwami) w łazience na dole. Znudzony, rozżalony i sfrustrowany zamienił nam 4-częściowy garnitur łazienkowy (wraz z "czapeczką" na sedes) na conajmniej 40 kawałków.  Na deser objadł wewnętrzną futrynę drzwi, do wysokości moich kolan.

     A w domu smród marsjański. Czyli nie z tego świata. I ciągle się potęgował. Dusił formalnie. Strategicznie rozmieszczone wszędzie pachnidła (w kolosalnych ilościach), nie odnosiły najmniejszego skutku. Wietrzenie nie pomagało. Efekt rozpylania płynu sosnowego? G…..w lesie! Zgroza!

     Zaczęłam się załamywać. Rozstrój nerwowy był nie do uniknięcia. Zastanawiałam się nad spakowaniem nesesera, w razie gdyby trzeba mnie było odstawić nagle do "czubków". Mietek coraz częściej miewał teraz konferencje poza Londynem (?!)i coraz dłużej przebywał poza domem. Dziecko, które częściej niż zwykle bawiło się u sąsiadów, co drugi dzień dzwoniło i pytało czy może tam zostać na noc. Pogrążyłam się w czarnej rozpaczy. Wszystko mi z rąk leciało. Nie potrafiłam się na niczym skoncentrować. Jeść mi się odechciało. Byłam niewyspana. A smród jak był, tak był. Trwał. Królował niepodzielnie. Miejskie wysypisko byłoby perfumą w porównaniu z zapachem w naszym domu.

     Ponieważ pracę miałam bardzo odpowiedzialną, ze strachu przed konsekwencjami tego rozkojarzenia, wzięłam kilka dni urlopu aby przynajmniej w altanie wyspać się do woli. I tylko dzięki temu, byłam w domu, kiedy listonosz przyniósł list polecony i trzeba było podpisać odbiór. W upalny dzień, w tym smrodzie przeklętym, drzwi frontowe stały otworem.  Listonosz wszedł do hallu, po czym złapał się za nos i dosłownie zawył: " a pani co? W Chinkę się zabawia? Zgniłe jaja hoduje?" Jaja. Jaja? Jakie jaja? Jaaaja!!! Boże drogi! Poleciałam do salonu i otworzyłam szufladę. Aż dziw, że nie zemdlałam, że mnie ten przepotężny smród z nóg nie zwalił. Nasza wielka artystka “Spalonej Akademii”  malowała pisanki na surowych jajach!!!

     Pierwszym odruchem było odczekać do wieczora, po czym każde jajo z osobna rozbić na głowie Mietka (bardzo naturalny i zdrowy odruch). Drugim było wywieźć je jak najdalej od domu. Aliści zastosowałam wariant trzeci. Ciągle trzymając się za nos, wybrałam 12 pisanek, zapakowałam w nowy karton, szczelnie oblepiłam przylepcem, owinęłam w niezliczoną ilość bibułek, w plastyk, wpakowałam w pudło po czymś tam,  i poleciałam na pocztę. Aha, dołączyłam jeszcze karteczkę: " Kochana, są tak śliczne, że nie mam serca zatrzymać je wszystkie dla siebie. Więc dzielę się z Tobą uczciwie 50/50, buzi, etc." Paczkę ubezpieczyłam wysoko, podając, że zawiera object d'art, asekurując się tym samym przed jej magicznym "zniknięciem" na trasie. Był to bowiem jeszcze ten okres, kiedy każdą paczkę z zagranicy otwierano na polskiej poczcie, zanim adresat został powiadomiony o jej nadejściu. Myślę, że to musiała być jedyna paczka w historii PRL-owskiej poczty, z której nic nie zginęło. (A swoją drogą, dużo bym dała aby zobaczyć twarze tych celników. I Lilki też.) Mój tuzin wywiozłam natychmiast na publiczne wysypisko, gdzie swoim odorem pasował idealnie do nowego otoczenia.

     Dom odpowietrzaliśmy jeszcze przez parę miesięcy. Byłam skłonna rozwieść się z Mietkiem, jeśli choć jeszcze jeden raz zmusi mnie do podjęcia Lilki w naszym domu. Niepotrzebnie się denerwowałam. Lilka znalazła sobie, tym razem w Kanadzie, następną ofiarę setnej wody po kisielu i postanowiła lecieć za Wielką Wodę.  Dużo póżniej, już po śmierci Mietka, miałam się dowiedzieć od jego rodziny, że za drugim pobytem, zastał ją tam stan wojenny. Teraz już byłam pewna, że Lilka na amen wybyła z mojego życia, że mam ją z głowy.

     A kuku! Trzy lata po moim przybyciu do Kanady, jakoś tak przed Wielkanocą, zadzwoniła do mnie! Jak dawniej, nagle i niespodziewanie. Przeczytała mój felieton w gazecie. Szybciutko odnalazła numer w książce telefonicznej. Gadałyśmy przez bite 3 godziny. Wiedziała, że Mietek nie żyje ale nie rozumiała co ja robię w Kanadzie. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą zresztą, że sama nie wiem. Chyba zaćmienie umysłu. Powiedziała, że tak bardzo by chciała ze mną się zobaczyć ale nie wie czy ja zechcę. (Pewnie gdy wtedy paczkę otrzymała - aluzju poniała.)

     Mój Boźe! Tyle lat! Tak wiele wody upłynęło w Tamizie, Wiśle i Lake Ontario! Dawno jej wybaczyłam te cholerne pisanki. Ja się naprawdę jej telefonem ucieszyłam. Teraz ja, z kolei, z łezką w oku potraktowałam ją jako spójnię z tamtymi, dobrymi czasami. Z moją młodością, moim rajem utraconym. Ucieszyłam się, że będę miała z kim rozmawiać o Mietku, o Londynie i już tylko z rozbawieniem wspominać jej  londyńskie hopszturki. Zgodziłam się bez wahania. Prosiła tylko aby się pośpieszyć gdyż niebawem leci do Polski. Auta nie ma. Podała mi adres ekskluzywnej dzielnicy w Brampton. Przypadkowo, znam ją doskonale. Jadąc tam po pracy, nie musiałam nawet szukać numeru domu. Rezydencja jarząca się setką żarówek prowadziła mnie niczym gwiazda przewodnia.

     Padłyśmy sobie w ramiona. Czas faktycznie jest najlepszym lekarzem (szkoda tylko, że nie chirurgiem-plastykiem). Lilka, mimo bardzo zaawansowanych lat, wiodła tutaj całkiem lukratywny tryb życia. Przez pół roku pilnowała tego domu, podczas kiedy jego właściciele (jakiś emerytowany generał z żoną) przebywali na Florydzie. Dla nich podlewała tylko kwiatki, wyjmowała pocztę ze skrzynki, płaciła rachunki. Dla siebie malowała i miała niezły zbyt. Robiła też swetry na drutach dla jakiegoś włoskiego butiku. Układała krzyżówki do polskiej gazety (gdzie znalazła mój felieton). Nie tylko mieszkała za darmo w tej luksusowej rezydencji (ciepły basen w piwnicy, sauna, 52" telewizor w salonie i tylko nie dużo mniejszy w jej apartamencie) ale jeszcze wspaniale jej za to płacili. Powiedziała, że żyje skromnie i dlatego natychmiast po powrocie "pańciów", może lecieć na pół roku do Polski. Po trochę kultury (sic!)  Wraca na jesieni, kiedy jej "śnieżne ptaki" będą się przygotowywać do ponownego odlotu na południe. I tak da capo od wielu lat.

     Lilka aktualnie maluje pisanki na "jajko" jakiejś polskiej organizacji. Pomagam jej sprzątać. Skąd ja to znam?! Podczas kiedy ona wywabia ślady wosku na dywanie bibułą i ciepłym żelazkiem, ja myję plamy z kuchennych mebli i ścian. Usiłuję odbarwić kilka szklanek. Przecieram kafelki. Kompletne deja vu! Zastanawiam się, czy jej powiedzieć, że moja córka mieszka na sąsiedniej ulicy. Po czym myślę: eeee, jeszcze nie teraz. Na Święta świnię się zjada, ale się jej nie podkłada. I tylko dlatego mój zięć może spać spokojnie.

     Lilka na pożegnanie zmusza mnie do przyjęcia akwarelki. Bronię się jak mogę, ale nic nie pomaga. Podreptała po nią na górę a ja, gorączkowo główkuję co też jej powiedzieć, kiedy zapyta czy mi się podoba. Uf! Nie muszę nic wymyślać! Akwarelka jest śliczna. Teraz nawet wierzę, że je sprzedaje. Lilka albo nauczyła się malować albo odkąd przestała snobować się na Picassa, okazuje prawdziwy talent. Bowiem przez głowę mi nawet nie przeszło, że te wiszące tu w kilku pokojach, umiejętnie podświetlone, te piękne obrazy w złotych ramach, mogą pochodzić z pod jej pędzla.

     Po przemiłym wieczorze, na progu wciska mi jeszcze do ręki plastykową torebkę ale prosi, aby zajrzeć do niej dopiero w domu. Przyrzekam. Życzę jej szerokich przestworzy, pomyślnych wiatrów, Wesołego Alleluja i szczęśliwego powrotu do Kanady. Mowię prawdę, kiedy zapewniam, ze bardzo się cieszę ze wznowionego kontaktu.

     W domu wyjmuję zawartość torebki i łzy napływają mi do oczu. Patrzę na sześć najpiękniejszych pisanek na świecie. Na jednej - fragment naszego domu w Londynie (wiem nawet z której to fotografii). Na drugiej, jak żywi, nasz pies i kot, choć od dawna harcują na niebieskiej polanie. Jest Big Ben, najbardziej znana wieża z zegarem na świecie. Jest scenka rodzajowa z Hyde Parku w Londynie. Jest fragment altany w naszym ogrodzie wraz z morzem moich ukochanych rododendronów. Jest nawet kolumna Nelsona na Trafalgar Square. Już nie panuję. Strasznie mi się dzisiaj oczy pocą.

     Zaraz zadzwoniłam aby jej podziękować. Powiedziała, że dwa dni je malowała, kiedy obiecałam, że ją odwiedzę. Spytała czy mi się podobają. Jestem szczęśliwa, że mogę uczciwie, bez żadnego udawania, wyrazić mój zachwyt. A prawdziwy, nieudawany zachwyt, jest jednym z luksusów, które ostatnio jakoś dziwnie mnie omijają.  Stąd superlatywom końca nie ma.

     Lecę wyłożyć pisanki na paterę. Lecz ręka zawisa w powietrzu. Waham się. Czy ja aby nie powinnam naprzód przez chwilę pokręcić każdą pisanką na szklanym blacie stolika? Sprawdzić czy zawirują jak szaleni derwisze? W końcu Lilka, z racji wieku, ma prawo mieć sklerozę.  Mogła znowu zapomnieć je ugotować.

     Nie! Ja jej wierzę. Powtórki z Londynu nie będzie. Nauka nie mogła pójść w las. Ani jej ani mnie. Więc starannie układam te mini-cacka na tej samej paterze co wtedy, a po policzku spływa mi ciepła łza cudownych wspomnień tamtych lat