REQUIEM DLA KARTEK ŚWIĄTECZNYCH?

         

          Pani Czesława C. z Markham pisze między innymi:  Bardzo mi się podobała pani “Bajka o Bethlehem”. Dziękuję. Taka inna od tych wszystkich, które czyta się w okresie świątecznym. Ale nasunęła mi także i smutną w zasadzie refleksję. Co się stało z naszą starą, dobrą, religijną  Gwiazdką? Gdzie się podziała?  Syn mówi, że to było dobre w Polsce ale nie tutaj. Że to już przestarzałe. Anachronizm. Wnuki sporządzają listę oczekiwanych prezentów. Co chwilę coś dopisują. W ubieraniu choinki nie biorą udziału. Nie mają pojęcia co to jest własnoręczne robienie ozdóbek na choinkę. Przy łamaniu się opłatkiem, chichoczą. Śmieszne to? Nie dla mnie. Na pasterkę chodzi się tutaj 9-tej. Dlaczego? W ogóle religia zdaje się w tym wszystkim odgrywać rolę zupełnie przypadkową. Nawet dorośli dziwnie się zachowują. Zaobserwowałam, że wszyscy są zaaferowani spotkaniami,  zabawami, prezentami i świątecznym obżarstwem. Ilościowo nie jakościowo. Od kiedy krewetki stały się polskim daniem wigilijnym?  A co to za szaleństwo z tymi kartkami świątecznymi?! My pochodzimy z małego miasteczka w lubelskim, gdzie szanuje się tradycję.  Kiedy  byłam małą dziewczynką prezenty pod choinkę dostawały wyłącznie dzieci. A i te podarki nie były wyszukane. Największą radochą było plądrowanie choinki na Trzech Króli.  To co się teraz dzieje, co to ma wspólnego z religią? Co jest z tą gorączką kupowania? Wysyłaniem tuzinów kartek świątecznych do ledwo znanych ludzi?....

          Co jest?  Ano, to samo co na całym świecie, proszę Pani. Komercjalizm. Na każdym kroku. W każdej chwili. W dzień i w nocy. Ale przecież w  Polsce pod tym względem też nie jest lepiej. Czasy do których Pani wzdycha, minęły bezpowrotnie. Nie wrócą! Z tym się trzeba pogodzić. Płynąć pod prąd nie ma najmniejszego sensu. Człowiek łuskę sobie do krwi zetrze, a na tarło i tak nie dopłynie. Aliści nie wolno się poddawać. Nauczanie  wnuków o tradycjach i o religii jest świętym obowiązkiem każdej babci. Nawet jeśli powoduje dyskretne ziewanie i łypanie jednym okiem w telewizor lub tęskne spozieranie na nieczynną Sega czy inne Nintendo.

Ja jestem realistką. Nie sądzę ażeby polskie tradycje na wychodźctwie przetrwały kolejne dekady (tak jak to dotąd miało miejsce) i wygrały konkurencję z elektroniczną rzeczywistością świata naszych milusińskich. Niech Pani patrzy – one nawet nie wiedzą co to jest niespodzienka.  Wiedza dokładnie co dostaną; wszak złożyły zamówienie. A jeśli prezent  odbiega od określonego dezyderatu, cholery dostają. Byłam gościem w domu, gdzie 6-cioletnia dziewczynka dostała nie TĘ lalkę Babrbie, którą sabie “zamówiła”. W ataku pasji waliła biedną lalką o kant stołu, darła na niej sukienkę, skakała jej po głowie. Ja do dziecka nie mam pretensji. To jej  rodziców stłukłabym na kwaśne jabłko, gdybym tylko mogła. 

W niektórych domach Wigilia zmieniła oblicze, tylko dlatego, że pracująca do ostatniej chwili pani domu, nie zawsze ma czas na zakupy i gotowanie.  W świąteczne artykuły spożywcze trzeba zaopatrywać się w polskich sklepach.  Nie każdy ma do nich dostęp. Więc musi improwizować.  Stąd karpia zastąpił dorsz czy łosoś.  Lub, jak w Państwa domu, krewetki.  Może Pani sama wszystko przyrządza? Brawo! Ale ja, na przykład, nie umiem.  Więc też idę po linii najmniejszego oporu. Uszka i pierogi zamawiam. Barszcz przylatuje do nas z Polski. W kartonach lub butelce. Świetny! Ale jeśli ktoś na czas nie zakupi maku, to good bye Fruziu! W kanadyjskim supermarkecie maku nie sprzedają, bo nie znają. A kluski z makiem czy kutia, to nie tylko tradycja, ale przecież mniam-mniam rarytasy.

A swoją drogą to fakt, że dzieciom za dużo się pozwala. Bywałam w domach gdzie na pierwszy ryk miglanca popielatego: I don’t like it, mommy  zamiast gołąbków, na stół wjeżdżała pizza. Dobrze, jeśli bez mięsa (choć w tym roku i na to dostaliśmy dyspensę). Dlaczego tak się dzieje? Ja bym tym dzieciarom nóżki z dupki powyrywała i dała się nimi bawić. Ale ja w tej materii nie miałam nic do gadania. Gościem byłam.  A jednak, gdy o dzieci chodzi, jeśli w przyszłości nasze wnuki będą się łamały opłatkiem z naszymi prawnukami (z chichotem czy bez) - to już możemy sobie pogratulować. To znaczy, że nasz wysiłek, choć z wielkimi oporami smarkaczy, jednak nie poszedł całkiem na marne. Zważywszy okoliczności i sprzeczności losu, osiągnęłyśmy bardzo wiele.

          Ja wiem, że kiedy Pani byłą dziewczynką w PRL, święta wyglądały inaczej. Czy to wojna sprawiła, że ludzie, może na przekór czerwonej rzeczywistości, bardziej lgnęli do tradycji, do kontynuacji religijnych obrządków? Tego nie wiem. A może tego sztucznego i lśniącego barachła na rynku jeszcze nie było? Choinka, choćby mała, była prawdziwa i pachnąca, prawda? A tutaj, dla porównania, do większości kondominiów nawet nie wolno wnieść żywego drzewka. Przepisy przeciwpożarowe nie zezwalają. Kiedy Pani była małą dziewczynką, nikt jeszcze nie konkurował  w otrzymywaniu największej ilości kartek świątecznych , prawda? Mam czytelniczkę, która sama do siebie kartki pocztą wysyłała, tylko po to ażeby ilością zaimponować bratowej. Kiedy jej powiedziałam, że to jest mistyfikacja i, “że takie coś się nie liczy” – obraziła się i przestała do mnie dzwonić.  Kiedy Pani była małą dziewczynką, wtedy jeszcze nikt nikogo nie wariował. To przyszło dużo później. Małpowanie Zachodu. I proszę tylko spojrzeć co się dzieje. Ile drzew ginie po to ażeby po paru tygodniach powstawały, groźne dla środowiska, nowe góry makulatury!  A kto na tym naprawdę korzysta? Powiem Pani kto.

          Ano korzysta: właściciel lasu, drwal, transport, producenci paliwa, tartak, papiernia, papeternia, wierszokleta, drukarnia, fabryka kleju, sklep, a na szarym, ale za to najintratniejszym końcu - poczta.  A co my z tego mamy?  Odgrzebywanie adresów, ból w przegubie i niemały wydatek.

          Dużo bym dała, ażeby Polonia kanadyjska poszła w ślady Polonii angielskiej. Tam Polonia od lat, zamiast kartek świątecznych, przekazuje równowartość tego “kartkowego” szaleństwa na polskie cele charytatywne. Wysyła czek na odpowiednią kwotę do “Dziennika Polskiego” i podaje cel na jaki ją przeznacza. Pismo w szpalcie pt. “Zamiast kart świątecznych” codziennie zamieszcza listę ofiarodawców i obrany cel. Od dekad korzysta z tego “Polska Macierz Szkolna” (krzewienie kultury), “Medical Aid for Poland” (wysyłanie leków i urządzeń medycznych do Polski). Instytuty Sikorskiego i Piłsudskiego (ku chwale naszej historii). Polacy w Rosji (doraźna pomoc w wielu dziedzinach). Pomaga się zubożałym rodzinom  sędziwych inwalidów wojennych.

Korzysta na tym także sama angielska Polonia, albowiem wiele osób tym sposobem, raz do roku wspiera także POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny).  Jest to olbrzymi gmach - monument polskości. Zbudowany własnym sumptem (Anglicy etnikom na ich własne cele “grantów” nie udzielają) przez myślących na wyrost Polaków. Polaków. którzy tam byli, żyli i kości swe złożyli. Ten imponujący budynek kiedyś mieścił PUNO (Polski Uniwersytet Na Obczyźnie). Dzisiaj mieści największą w Anglii polską bibliotekę, teatr, kluby, Instytut Piłsudskiego, restauracje, kawiarnie, sale posiedzeniowe, sale rozrywkowe (bilard, brydż, szachy), księgarnię (do dzisiaj  stamtąd książki sobie sprowadzam), klub młodzieżowy, sale balowe (w których co roku, na pięciu kondygnacjach  odbywa się równocześnie aż 5 super eleganckich bali sylwestrowych). Mieszczą się tam biura SPK (kombatanci), Koła Lwowian, Harcerstwa RP, Koła AK, biura b. Kacetowców, Sybiraków, biura ZASPU i wiele, wiele innych. Wszyscy razem! Wszyscy pod jednym, własnym dachem!

          Wystawili ten ambitny i wielce użyteczny, pulsujący życiem, pomnik Polonii,  ludzie, którzy dawno pojęli, że: RAZEM - STOIMY, OSOBNO - LEŻYMY. Posprzedawali swoje budynki, zlikwidowali liczne instytucje, kóła, kółka, i zbudowali ten swój “Dom - Zdala od Domu”,  ku własnej, i Polaków w ogóle, chwale.

          Co ja bym dała ażeby u nas coś takiego stworzono! Ażeby tak liczna i bogata przecież Polonia miała wreszcie własny pied-a-terre, własną chatę, własny teatr i podwoje otwarte dla wszystkich.  Aliści wiem, iż jest to marzenie ściętej głowy. Niemożliwe do przeprowadzenia. Utopia! Finansowo nie byłoby to nawet takim wielkim problemem. Jesteśmy niezwykle ofiarni, kiedy zachodzi potrzeba. (Niejednokrotnie daliśmy tego dowód.) Jest to niemożliwe z bardzo prozaicznej przyczyny. Ambicji przez wielkie “A”. Bowiem wtedy obrano by tylko JEDNEGO prezesa, JEDNEGO sekretarza, JEDNEGO skarbnika i JEDNEGO rzecznika i JEDNĄ komisję rewizyjną. A fe! Jak ja mogę marzyć o zjednoczeniu dziesiątków organizacji w tylko JEDNĄ! Jednym zamachem pozbawić TYLU ludzi TYLU tytułów! Dlatego w tutejszych realiach nie wydaje mi się to, niestety, możliwe. A szkoda!

          Rozgadałam się i odbiegłam od tematu. Przepraszam za dygresję. To wszystko przez te kartki świąteczne. A propos - wymyślono je w Anglii w 1864r. Zaczęli wysyłać je sobie możni tamtych czasów, szpanując niemiłosiernie ich jakością. Były ręcznie, indywidualnie malowane i wypisywane (pod adresata).   Koniecznie na czerpanym papierze, często na pergaminie, nawet na jedwabiu. Bardziej bogate rodziny zatrudniały do tego skrybów, obeznanych z tematem.  Karty roznoszone były osobiście przez ich totumfackich. Po I-szej wojnie światowej nabrały popularności i zaczęto je wysyłać pocztą. A jednak w Anglii doszło do pewnego absurdu. Bowiem kartki piszą: mąż do żony, żona do męża, dziatki do rodziców. A wszystkie MUSZĄ być wysłane pocztą; inaczej nie uchodzi. Podanie sobie odręcznie, np. przy śniadaniu czy pozostawienie na kominku, byłoby szczytem nietaktu. Policzkiem. Jeśli nie powodem do rozwodu to murowanie  do ”cichych” dni.

          Ale ad rem. Nie odwrócimy biegu rzeki, proszę Pani. Prezenty świąteczne pozostaną tym szaleństwem, którym są. Jeśli nie większym. Już handel i reklama zatroszczą się o to. Nie popuszczczą nam. Więc dalej będziemy kupowali barachło i obdarowywali najbliższych, a ci będą udawali, że się cieszą. Szafy i szuflady będą pękały w szwach od niepożądanych prezentów aż, po latach, ktoś się nad nimi ulituje i odda je Armii Zbawienia, względnie przekaże na jakąś tombolę.

Kartki z czasem znikną. Już na te Święta więcej niż połowa życzeń dotarła do mnie drogą elektroniczną. Tyż piknie. Drzewa się cieszą, ja się cieszę. Tylko poczta płacze.  I pewnie z tego powodu  właśnie podniosła cenę za znaczki.

Proszę się nie przejmować. Wlazłyśmy między wrony – kraczmy tak jak one.