WSZYSTKO SIĘ ZGADZA.
OPRÓCZ KASY.
Przylecieli
do Kanady, z dwuletnią córką na ręku, blisko trzydzieści
lat temu. Przylecieli na pogrzeb jego ojca. Uznali to za wstawiennictwo świeżo
właśnie upieczonego anioła, że wszyscy dostali paszporty,
że ich wypuszczono razem. Dopiero po pogrzebie i załatwieniu miliona
formalności, mogli rozglądnać się nieco wokoło.
Zrozumiałe, że w porównaniu z ich małym miasteczkiem, z wielkim
trudem (i łapówką) zdobytym M1, Toronto wydało im się rajem
na ziemi. Więc czym prędzej ”wybrali wolność”. Ojciec,
coprawda, też nie mieszkał w pałacu. Mieszkał w wynajętej
kawalerce i nawet nie posiadał spodziewanego ”krążownika szos”.
Ale za to pozostawił trochę grosiwa. Nie na tyle ażeby zwariować
ze szczęścia, ale wystarczająco dużo, ażeby dać im
start życiowy w nowym, obcym kraju.
Szybko
się zorientowali, że Kanada to nie jest PRL, gdzie ”czy się
stoi, czy się leży - dwa patyki się należy”. Zresztą
pracy się nie bali ani się nią brzydzili. Wprost przeciwnie.
Chcieli jak najszybciej podjąć jakąkolwiek. Tylko z dogadaniem się
mieli trudności. To też z powodu nieznajomości języka
angielskiego, pan Kazio poszedł pracować do polskiej restauracji a
pani Hela do pobliskiej fabryki kosmetyków, gdzie przy taśmie - nic i z
nikim nie musiała gadać. Dzieckiem zaopiekowała się sąsiadka,
prowadząca w swym mieszkaniu pokątny żłobek.
W
życiu już tak dziwnie bywa, że często w nieszczęściu
jednego człowieka, szczęście uśmiecha się do drugiego.
Po kilku latach pracy, właściciel restauracji, który pana Kazia
zatrudniał, poważnie zachorował. Lekarze orzekli, że tylko
absolutny odpoczynek może uratować życie pacjenta. Na takie dictum
acerbum, właściciel z miejsca wystawił restaurację na
sprzedaż. Lecz brak koniunktury temu przedsięwzięciu nie był
w tym momencie przychylny i nowy nabywca ciągle pozostawał iluzoryczną
postacią. A im dłużej interes pozostawał na rynku, tym niżej
spadała jego cena.
Pan
Kazio, któremu groziło bezrobocie i niepewna przyszłość,
obudził się pewnego dnia olśniony. I zarazem pokorny. Albowiem,
czy to pod wpływem snu, czy też od dawna kiełkującej w nim
myśli, poczuł nagle, że niebiosa ciągle nad nimi czuwają
i podsuwają rozwiązanie dylematu. Podzielił się swą
genialną myślą z panią Helą, po czym gorączkowo
poczęli obliczać swoje zasoby finansowe. Bingo! Scheda po ojcu okazała
się wystarczająca. I w ten oto prosty sposób pan Kazio, z pozycji
zerowej, w tempie przyśpieszonym awansował na statecznego biznesmana.
Właściciela interesu i szanowanego członka polskiej społeczności.
Pani Hela, zdążyła jeszcze urodzić syna i do pracy w fabryce
już nie wróciła. Nie miała potrzeby. Dlaczego pracować u
kogoś obcego, skoro może być szefową we własnym
interesie, no nie?
Ich
restauracja, chociaż z wyszynkiem, nie mogła chwalić się
fantastyczną frekwencją. Nieremontowana od lat, sprawiała ponure,
nie najkorzystniejsze wrażenie. To też jedną z pierwszych czynności
pana Kazia po objęciu interesu, był remont i zmiana wystroju.
Restauracja, niewielkim kosztem przemalowana na jasny kolor, z dodatkiem
najprawdziwszej ”dębowej” boazerii z najlepszego plastyku, obwieszona
swojskimi, bajecznie kolorowymi reprodukcjami Stryjeńskiej, zmieniła
swe oblicze nie do poznania. Ale ciągle nie zdobywali nowej klienteli.
Restauracja prosperowała tylko siłą rozpędu. Głównie
dzięki samotnym Polakom, którzy po pracy woleli stołować się
w polskim lokalu, zamiast w domu samemu pichcić coś na jednym palniku.
Nie mniej pana Kazia powoli zaczęła ogarniać desperacja, gdyż
lokal, choć tak ładnie odnowiony, w dalszym ciągu nie zwabiałał
nikogo z ulicy. Wtedy poszli po rozum do głowy. Przypomnieli sobie przysłowie,
że pańskie oko – konia tuczy…
Odprawili
kucharza. Jego stanowisko przejęła pani Hela. I dosłownie od tego
momentu gwałtownie podskoczyły ich notowania na polskim rynku
gastronomicznym. Fama jej przesmacznych ”domowych” potraw rozeszła się
po ”Polaczkowie” lotem błyskawicy. Jej flaczki to była poezja na
talerzu! Jej zupa, to zupa, w której łyżka stała. Pożywna,
smaczna i niedroga. Jej schabowe kotlety okupowały pół półmiska.
Ziemniaki puree podawane były po polsku, z prawdziwymi skwareczkami, nie
jakimś tam wysuszonym boczkiem. Jej zwykłe kartofle, smażone,
gotowane czy nawet te głupie frytki - miały jakoś inny smak.
Barszcz z uszkami radował oczy i podniebienie. Śledziki we wszystkich
odmianach aż się prosiły o jeden głębszy. Lub jeszcze
lepiej, o dwa. Gołąbki i pierogi - prima sort! Słodkie naleśniki,
kompoty i budynie - zupełnie jak u mamy! Nareszcie zaczęły się
pokazywać nowe twarze. I to o każdej porze. Nie tylko tych powracających
z pracy. A w niedziele, po mszy, walili całymi rodzinami. Bywało,
że miejsca brakło. Ludzie, siedząc w samochodach (w niedziele
parking na szczęście jest bezpłatny), cierpliwie czekali na swoją
kolejkę. Co za ewenement! Czegoś takiego jeszcze
tutaj nie notowano!
Interes
kwitł, pan Kazio tył, a pani Hela z radosnym błyskiem w oku,
obliczała co wieczór imponujące dochody. To nie była restauracja.
To była istna kopalnia złota!
Pani
Hela, poczciwa, zacna kobieta o gołębim sercu, nie miała za wiele
wymagań w życiu. Ale miała pewne żelazne przekonania. Stąd
pani Hela miała teraz poważną zadrę w sercu. Nie mogła
się pogodzić z nagłą chciwością własnego męża!
Wąż w kieszeni to mały Pikuś w porównaniu! Co to znaczy, ażeby
dla paru groszy nie mogła się doprosić chociaż jednej pomocy
do kuchni? Krew ją zalewała, że pan Kazio nie uznawał jej wkładu
w interes, tylko dlatego, że znak dolara przesłaniał mu oczy.
Zaczęła się buntować. Dzieci dawno odchodowała a teraz,
zamiast odpoczynku, nic tylko ciągle musi harować jak ten wół.
Co jej z tego, że dzięki jej umiejętnościom stała się
królową polskiej gastronomii? Co z tego, że dzięki jej pomysłowości
(a choćby comiesięczna zmiana menu, etc.) i jej ciężkiej
pracy, interes szedł jak złoto; ba, pękał w szwach. Dla niej
nie była to żadna satysfakcja! Po prostu normalny, spodziewany efekt
jej solidnej, wielogodzinnej, mrówczej pracy.
Pani
Hela patrzyła w lustro, i widziała, co widziała. Rozumiała,
że stracony czas nie wróci. Oklepany frazes, lecz prawdziwy. Rok po roku
mijał nieubłaganie i pani Hela, lepiąc następne szeregi
pierogów i szatkując niezliczone głowy kapusty, z narastającą
złością sumowała: co ona z tej harówki właściwie
ma? Oprócz zmarszczek, opuchniętych nóg i żylaków. Spierzchniętych
rąk, braku paznokci i obolałych pleców. Coraz częściej
marzyły jej się jakieś szałowe wakacje na Karaibach. Gdzieś
na Kubie. Na Dominikanie? Może w Meksyku. A choćby nawet tylko na
Florydzie. Ludzie wracali z urlopów opaleni na złoty brąz i takie
cuda opowiadali. Ale co z tego? Pan Kazio, potwornie toczony przez bakcyla, który
możnaby nazwać w swojskiej łacinie: PIENIĄDZUS POSPOLITUS,
pozostawał nieugięty. Fanaberie – prychał. Dobre dla nierobów.
Wszak oni będą mieli jeden długi, przepiękny urlop, kiedy pójdą
na emeryturę. Wtedy kupi jej najładniejszy kotydż nad jeziorem i
będą bawili wnuki. Wtedy na zimę pojadą sobie nawet na kilka
miesięcy na Florydę. No to co miała robić? Kłócić
się? Pójśc na strajk? I, jak ta trusia, znowu godziła się z
losem.
A
jednak od jakiegoś czasu jej szaremu, monotonnemu życiu zaświecił
wreszcie jeden jasny promyk! Dał jej odskocznię od normalki, dał
moralne schronienie. Kiedy było jej nad wyraz źle, kiedy się
buntowała na cały świat, kiedy pana Kazia wysyłała w myślach
do jasnej cholery, wtedy sercem, duszą i myślami uciekała do...papieża.
Od kiedy na Piotrowym tronie osiadł Polak i, na dodatek jej krajan z
Wadowic, skończyły się inne tęsknoty. Zapomniała o
Karaibach, o Meksyku, o Florydzie. Zapomniała o kotydżu. Jej marzenia
zaczęły obracać się wyłącznie wokół Watykanu.
Nagle
miała nowy cel w życiu. Zaczęła marzyć tylko o tym
jednym. O wycieczce do słonecznej Italii. O pielgrzymce do Rzymu. Oczyma
wyobraźni widziała siebie stojącą pod oknem papieża,
patrzącą na Niego i modlącą się żarliwie. Słońce
będzie świecić a ona będzie odbierać od Niego błogosławieństwo.
Po polsku. Jakby tylko dla niej przeznaczone. Dla niej, Jego krajanki, jak by
nie było. Chciała nawet do Niego napisać, ale pan Kazio ją
wyśmiał albowiem nie ulegało wątpliwości, że z upływem
czasu, pani Heli na punkcie papieża autentycznie coś odbiło. I
tak zostało do dnia dzisiejszego. Już wtedy dom pozawieszała Jego
portretami (a dwa to nawet w kuchni powiesiła) i choć nigdy dotąd
nie była specjalnie praktykująca, nagle zaczęła latać
do kościoła przy każdej okazji. Pan Kazio kreślił
wymownie kółko na czole i ucinał natychmiast wszelkie dyskusje, kiedy
tylko znowu zaczynała nadawać na temat ich pielgrzymki do Włoch.
Pani
Hela gorżkniała i coraz bardziej pogrążała się w
tej swojej zapieczonej goryczy. Goryczy z dwóch powodów. Dlatego, że on
nie chciał z nią lecieć do Rzymu i dlatego, że była tak
totalnie od niego uzależniona finansowo. Chociaż?...Niedawno, udało
jej się, acz szantażem, wymusić na nim nieduże kieszonkowe.
Miała fart, że przez przypadek podejrzała, że szanowny mężulo,
w celach podatkowych, na papierze, wypłaca jej więcej niż sowite
wynagrodzenie. Wtedy, po raz pierwszy w ich długim, wspólnym pożyciu,
straciła panowanie nad sobą i zrobiła mu karczemną awanturę.
Wyrzuciła z siebie wszystko, co ją bolało. Rzuciła mu w
twarz, że im bardziej obrasta w piórka, tym bardziej traktuje ją jak
jakąś poślednią istotę, której nawet chorować nie
wolno. I, wyssssyczała z satysfakcją, niech on nie zapomina, że
wszystko, co on dzisiaj ma, zawdzięcza tylko jej! Jej talentowi i jej
fizycznemu wysiłkowi. Że przeciętną knajpę, niczym wróżka
w bajce, przemieniła w kopalnię złota. Ale jaka z niej tam wróżka?
Kopciuch chyba. Z chochlą w ręku, zamiast czarodziejskiej różdzki.
A gdzie tiara? A gdzie zwiewne ciuchy?
Kiedy
papież miał przylecieć do Toronto, przez kilka tygodni chodziła
jak w transie. Nawet raz bigos przypaliła, co jej się nigdy przed tym
nie zdarzyło. Z tych uszparowanych paru groszy kupiła sobie nowy
kostium, torebkę i nowe buciki. Wszystko na tą specjalną okazję,
na papieskie spotkanie. A kiedy wieczorem, pełna entuzjazmu, zaprezentowała
swoje zakupy mężowi - cały jej świat w ciągu minuty legł
w gruzach. Albowiem pan Kazio, z sardonicznym uśmieszkiem, wycedził
przez zęby, że ona chyba zwariowała. Że nigdzie nie pójdzie,
gdyż on na ten dzień przyjął dwa olbrzymie zamówienia (na
dwie tury) od zamiejscowych polskich wycieczek. Mowy nie ma, ażeby ona w
taki ”złoty” dzień mogła opuścić swoje stanowisko w
kuchni. Płakała, prosiła, błagała, zobowiązała
się znaleźć zastępstwo - wszystko napróżno.
Później
oglądała papieża kilkanaście razy. W telewizji. Z zapartym
oddechem wchłaniała widoki z masowego nabożeństwa, na którym
ona przecież też miała być obecna. Patrzyła i patrzyła,
oczy napawała, ale to przecież nie to samo! Tego rozczarowania mężowi
nigdy nie darowala i nigdy nie przebaczyła! Obiecała sobie, że się
odkuje. Nie wiedziała tylko jak. Ale wierzyła, że oliwa –
sprawiedliwa….
Pan
Kazio, ubrany starannie, na ciemno, z zabójczą muszką pod szyją,
urzędował na ”froncie”. Do pomocy miał, mocno nadgryzioną
zębem czasu kelnerkę, panią Różę, którą przejął
wraz z interesem od poprzedniego właściciela. Wówczas jej obecność
była mu nie tylko bardzo na rękę, ale wręcz nieodzowna.
Bowiem pani Róża wszystkich znała, wszystko wiedziała, dobrze mówiła
po angielsku. Potrafiła wykłócić się z dostawcami lub
uspokoić niecierpliwego klienta. Była bezwzględnie uczciwa; można
ją było z pełnym zaufaniem zostawić samą w interesie,
kiedy przyszło mu na chwilę wyskoczyć do banku czy do dentysty.
Ale czas robi swoje. Pani Róża, którą nawet wtedy nie można było
zaliczyć do nadobnych, teraz tym bardziej nie była ozdobą
restauracji. Poruszała się z trudem, ręce jej się trzęsły.
Coraz częściej coś rozlewała a jeśli czegoś
natychmiast nie zapisała - zaraz zapominała. Gustem w ubiorze też
specjalnie nie grzeszyła, a szarym, mysim ogonkiem, jako szałową
fryzurą, raczej trudno by było kogoś zachwycić. Kleider
machen Leute (suknia czyni człowieka) - twierdzą Niemcy. I mają
rację. Pan Kazio chętnie by się pozbył tej ”anty-ozdoby”
interesu, ale czuł się wobec niej zobowiązany. Także nie
bardzo wiedział jak by tę partię można by było
bezstresowo i kulturalnie rozegrać. Czekał więc na okazję.
I
znowu los się do niego usmiechnął. Bowiem wymarzona okazja
nadarzyła się w niedługim czasie. Archaiczna kasa,
przypuszczalnie pamiętająca jeszcze czasy powstawania Kanady, po raz
któryś tam z rzędu, znowu nawaliła. Stary, wypróbowany mechanik,
który znał w niej każdy klawisz, każdy tryb i każdą
śrubkę, tym razem wydał na nią wyrok śmierci. ”Każdy
cent, włożony w jej reperację jest forsą wyrzuconą w błoto”
– oświadczył sucho. Ooo! Tego Pan Kazio by nie przeżył! Więc
z sercem złamanym jak precel, po długich wahaniach, zdecydował się
wreszcie na zakup nowoczesnej, elektronicznej kasy.
Według
broszury, jej atrybuty były mnogie i zadziwiające. Opływowa w
kształtach, elegancko-szara z zielonymi cyferkami, błyskawicznie nie
tylko podliczała rachunek, ale jeszcze obliczała należną
klientowi resztę. Ba, sama naliczała podatki, wykazywała dzienny
utarg, obliczała dochód i rozchód, potrafiła nawet automatycznie
wyprowadzić tygodniowy bilans. Żyć nie umierać! Marzenie
wariata! Sprzedawca jednakże już od pierwszej chwili uczciwie postawił
sprawę: ktoś z personelu będzie musiał przejść
dwudniowy kurs obsługi w jego firmie, gdyż ta wspaniała maszyna
jest jednakże dość skomplikowana i z początku nie będzie
łatwa w obsłudze. ”Chińskie gadanie, jaka to znowu filozofia?”
– orzekł z wyższością pan Kazio i nie uwierzył
sprzedawcy. Ale kiedy kilka razy zmuszony był wzywać go na pomoc (i płacić
za to), musiał poddać się z kretesem. Wtedy to właśnie
pani Róża, pilnie obserwująca spod oka zmagania szefa z elektroniką,
oświadczyła z godnością, że na stare lata nie będzie
walczyła z durną klawiaturą, że ma w nosie technologiczne
postępy, że czuje się zmęczona i, że wobec tego dziękuje
za pracę i składa miesięczne wymówienie. Sama odchodzi! Co za
szczęście! - podskakiwał z radości pan Kazio.
O
tym, że on sam drygu do tej piekielnej maszyny nie ma - już wiedział.
Pani Róża bała się jej jak ognia. Dlatego pojąć wręcz
nie mógł, dlaczego pani Hela nie miała z nią najmniejszego
problemu. To jest przecież wbrew naturze! - wyła jego męska,
szowinistyczna dusza. Gdyż pani Hela kurs przeszła śpiewająco,
i to tylko w ciągu jednego wieczora. Tylko ona jedna potrafiła
obchodzić się z tym elektronicznym szatanem, chociaż stałe
wywoływanie jej z kuchni nikomu na rękę nie było.
Po
czym, niewiadomo kiedy, bez uprzedzenia, nastały lata chude. Kanadę
ogarnęła recesja. Przemysł gastronomiczny odczuł to
najbardziej. Starsi ludzie przestali w ogóle przychodzić. Może
wymarli a może, po prostu, żywili się taniej w domu. Młodzi,
jeszcze ciągle wpadali na tanie dania, ale też coraz rzadziej.
Kanadyjski ”junk food” okazał się nie lada konkurencją. Pan
Kazio patrzył posępnym wzrokiem na swoją nową, piękną
kasę i nie mógł odżałować, że w tak niefortunnym
momencie wydał na nią tysiące dolarów. ”Oj, panie Heniu, to już
nie to” – biadolił codziennie do ostatniego sztamgasta, który ich
jeszcze nie opuścił. Nie mniej, na weekendy, kiedy bywało trochę
gwarniej, coraz częściej stwierdzał z rozpaczą, że sam
się już nie wyrabia. Że tylko z największym trudem daje
sobie radę, że jakaś pomoc jest mu koniecznie potrzebna. To też
po ostatnim, ruchliwym weekendzie, poddał się wreszcie. Odżałował
czekający go wydatek. Do szyb wystawowych przytwierdził ogłoszenie,
że poszukuje kelnerki.
Na
brak zainteresowania nie mógł narzekać. Drzwi się nie zamykały.
Niestety, żadna z potencjalnych kandydatek nie potrafiła zadowolić
kryteriów pani Heli. Tak się to długo ciągnęło, że
pan Kazio zaczął podejrzewać, że ona go za coś karze, (jacy
niedomyślni są jednak ci mężczyźni, co?) i nawet
przestał wierzyć, że kiedykolwiek pomoc otrzyma. Ale niebiosa,
nie wiadomo dlaczego, furt nad nim czuwały.
W
jakiś wtorek, dzień niemrawy, jak wicher wpadła do lokalu Gośka.
Już od drzwi krzyczała, że musi tę pracę dostać.
Że jest dla niej idealna. Że mieszka za rogiem, że ma doświadczenie
i.. że weźmie dolara mniej za godzinę. No! To była dopiero
muzyka dla jego uszu! Lecz finanse - to betka w porównaniu z jej innymi
atrybutami. Jej wygląd sprawił, że pana Kazia poprostu zamurowało.
Jak jaki nieletni neptek stał przed nią z otwartą gębą
i gapił się na nią jak sroka w kość. Jeszcze chwila, a
ogłupiałby. Może nawet zacząłby się ślinić!
Dziewczyna
jak szóstka. Szałowa! Wysoka. Zgrabna. Nogi po szyję. Wysokie obcasy,
czarne pończochy, skórzana mini-spodniczka. Jaka mini? Mikro chyba!
Kolczyki miała dłuższe od spódniczki. Burza rudych włosów,
zielone oczy i pełne, roześmiane usta - rozłożyły pana
Kazia na obie łopatki. On takiej dziewczyny z bliska jeszcze nie widział.
Tylko na filmie. Ale co z tego? Nawet się nie podniecił perspektywą
jej zatrudnienia, gdyż był więcej niż pewny, że pani
Hela taką ślicznotkę z miejsca wyleje na zbitą buzię.
Lecz - o dziwo! Pani Hela zaprowadziła ją do kuchni i coś tam
przez dłuższą chwilę rozmawiały. Po czym z drzwi
kuchennych wystrzeliła jak z procy Gośka, z czterema talerzami na rękach.
Na rozkaz i pod bacznym spojrzeniem pani Heli ustawiła je na najbliższym
stoliku i spojrzała pytająco. Pani Hela kazała jej opróżnić
z naczyń i nakryć dwa stoliki w kącie i cały ten majdan umieścić
w specjalnym pojemniku za ladą. Goska polecenie wykonała migiem, za
jednym zamachem. ”OK - oznajmiła lakonicznie pani Hela - jutro zaczynasz.
I tylko upnij włosy w węzeł albo kok.” Pan Kazio nie posiadał
się z radości. Był w siódmym niebie. Jakim siódmym? Czternastym!
Który
to już raz niebiosa uśmiechnęły się do pana Kazia?
Albowiem nagle znowu nastały złote dni. Odkąd Gośka zaczęła
pracować, drzwi się znowu nie zamykały! Ta dziewczyna była
niezmiernie popularna. Miała miliony znajomych, setki przyjaciół. Każdy
wpadał chociaż na chwilę aby z nią pogadać. I każdy
coś konsumował. Każdy zostawiał jakieś pieniądze.
Wnet znowu powstały sztamowe stoliki. Stale zajęte, wiecznie okupowane.
Pan Kazio zacierał tłuste rączki i ciągle patrząc na Gośkę
jak ta sroka w kość w nieustannym, niemym zachwycie, w duszy gratulował
Heli wyboru kelnerki. Kasa, w rozkosznym szmerku dla jego uszu, pracowała
nadgodziny.
Gośka
mogła z nim zrobić co tylko chciała. Był plasteliną w
jej rękach. Zażyczyła sobie żywe kwiatki na każdym
stoliku. Wiatrak pod sufitem. Jaśniejsze żarówki. Nawet na radio i
kompaktowe dyski się wykosztował, bo Gośka twierdziła,
że cicha muzyka stwarza bardziej kameralną atmosferę. ”Co
jeszcze Gosieńko?” - pytał przymilnie. Przez głowę mu nie
przeszło, że w kuchni, pani Hela połyka łzy goryczy i usiłuje
sobie przypomnieć, ile to razy ona przed tym prosiła go o radio.
Coprawda głównie po to ażeby słuchać polskie programy, ale
i muzyki też by chętnie sobie posłuchała. No cóż,
lepiej późno niż wcale…
Życie
pana Kazia byłoby zaiste piękne i bezproblemowe, gdyby nie jeden
bardzo poważny zgrzyt. Mimo, że pani Hela dużo czasu na to poświęciła,
dokładnie i cierpliwie uczyła Gośkę jak się z kasą
należy obchodzić, czesto bywały w niej niedobory. Pierwszy raz,
kilka dni po podjęciu przez nią pracy, pani Hela powiedziała
wieczorem mężowi, że z dziennego utargu brakuje $20. Ciągle
pod jej urokiem, ciągle zapatrzony w Gośkę jak w święty
obrazek, wierzyć mu się nie chciało, ażeby ta dziewczyna mogła
kraść. Więc szybko oświadczył pani Heli, że nie,
że to nie jest wina Gośki. Że to on sam wyjął z kasy te
$20, ale zapomniał wypełnić gotówkowy kwitek. Niestety,
niedobory zaczęły się powtarzać coraz częściej.
Doszło do tego, że kiedy tylko Gośka podchodziła do kasy, on
też podlatywał do niej, nawet z drugiego końca sali. Pod byle
pretekstem, stawał przy niej i podpatrywał. Sprawdzał sumę
na ekraniku, widział banknot, który wkładała do przegródki,
obserwował (i podziwiał) jej zwinne palce. Bystro wpatrywał się
w każdą jej czynność i...nic. Absolutnie nic podejrzanego
nie potrafił wychwycić. Jak ona to robi?! – zachodził w głowę.
Ta dziewczyna była albo zawodową złodziejką, albo nad wyraz
zdolnym prestidigitatorem, lub jakieś cuda magiczne miały tu miejsce.
Był zmuszony zwierzyć się panu Heniowi ze swojego zmartwienia i
nawet wciągnął go w konspirację. Teraz pan Henio też
pod byle pozorem już podfruwał i już uplasowywał się
strategicznie przy ladzie, kiedy tylko Gośka podchodziła do kasy. Lecz
nawet w krzyżowym podglądzie dwóch par oczu, nie potrafili niczego
przyuważyć. Obaj widzieli co wkładała. Obaj widzieli ile
reszty wyjmowała. Bacznie obserwowali każdy ruch, a wieczorem Helcia
znowu oznajmiała grobowym głosem, że $20 brakuje.
Pan Kazio nie był w ciemię bity. Mimo sporadycznych braków $20
(tylko kilka razy brakowało $50), obliczył sobie, że o zwolnieniu
Gośki z pracy - mowy nie ma! Z wielu powodów. Po pierwsze - nie złapał
jej za rękę na gorącym uczynku i jeszcze gotowa by go do sądu
podać o bezpodstawne zwolnienie. Straciłby także na zawsze obiekt
swej cichej admiracji. Nie mówiąc już o bezsprzecznej okrasie i
magnesie lokalu. Lecz tak naprawdę najważniejszym i najsilniejszym
argumentem w utrzymaniu obecnego status quo był ten jednostajny,
łagodny szmer stale pracującej kasy. Wziął też pod uwagę,
że ten dobrobyt może być efemerydą. Przejściowy. Zaglądając,
wcale nie mimochodem, do
świecących pustką lokali konkurentów, obliczył sobie ”pi
razy oko” ile on zarabia na Gośce, na jej przyjaciołach i przyjaciołach
jej przyjaciół. Więc sam siebie w myślach poklepywał po
ramieniu i sam siebie upewniał, po raz nie wiadomo który, że podjął
słuszną decyzję, zatrzymując ją w pracy. Nieznacznie
podwyższył ceny niektórych dań i uznał, że Gośka
mu się jednak, mimo wszystko, bardzo kalkuluje. Kradnie - nie kradnie, ale
lokal jest pełny, atmosfera przyjemna, no a i on sam ma na czym oko położyć.
Z początku trochę się bał reakcji pani Heli na te nieustające
niedobory, lecz wkrótce i na to znalazł sposób. Kiedy pani Hela wieczorem
obliczała kasę, miał zawsze na podorędziu banknot 20-to
dolarowy. Czasem, z ulgą, natychmiast z powrotem go portkował, a
czasem tłumacząc się głupim niedopatrzeniem, z nonszalancją
dorzucał do sterty banknotów. Muzyką dla jego uszu było, kiedy
Hela odkładała na bok rozliczenie i mówiła: ”OK. Zgadza się.
Dzisiaj szafa gra”.
Gośka
po kilku miesiącach pracy, poprosiła o tydzień urlopu. Chciała
wyskoczyć do Nowego Jorku, spotkać się z kimś, kto przyleciał
z Polski, z jej rodzinnego miasta i miał dla niej paczkę od mamy.
Urlop jej się wprawdzie jeszcze nie należał, ale nie chciał
jej antagonizować i dlatego się zgodził. Przez cały tydzień
jej nieobecności nie zabrakło w kasie ani centa. Kasa grała
czysto jak Stradivarius, chodziła jak zegarek kwarcowy.
Panu
Kaziowi powoli brakło sił. W ciągu tych paru dni bez Gośki
jakby się postarzał. Całe dnie na nogach jemu też zaczęły
przypominać, że czas nikogo nie oszczędza. Poczuł swoje
lata. Chodził smętny, markotny, marudził. Poruszał się
między stolikami niemrawo, jak mucha w połogu. Odżył
momentalnie, kiedy do lokalu znowu wpadła jak burza, chyra znajomych,
rudych włosów. Ale o zatrudnieniu drugiej kelnerki nawet nie pomyślał.
Za wielki wydatek!
Pani
Hela też się ucieszyła jej powrotem! Pan Kazio od dawna
przypuszczał, że jedynym powodem, dla którego Hela tolerowała Gośkę
- były ich dzienne ”rodaczek rozmowy”. Albowiem Gośka służbowe
posiłki jadała w kuchni i, kiedy nie było nawały gości,
rozmawiały sobie z panią Helą bardzo przyjaźnie. Pani Hela
Gośki godzinami mogła słuchać. Gośka była dla niej
swoistego rodzaju atrakcją.
Gośka
do Kanady przyleciała z obozu Latina. ”Przystanku” dla uchodźców
we Włoszech. Obóz mieścił się pod Rzymem. Tym jej
ukochanym, wymarzonym Rzymem. Dwa kroki od Watykanu i jej papieża. Pani
Hela chciała wiedzieć czy Gośka papieża widziała. Czy
widziała? Phi, pewnie, że widziała. Wiele razy! A raz to nawet
”w cywilu”. A czy była w Watykanie? Oczywiście. Przy każdej
okazji. Miała chłopaka-Włocha, który miał skuter. To właśnie
ten chłopak załatwił jej pracę ”na czarno” w tawernie
swojej ciotki. Stamtąd rekrutuje się zresztą jej kelnerskie doświadczenie.
Chłopak zawoził ją dokąd tylko chciała. Gdzie jej się
tylko zamarzyło. Pani Hela słuchała tych relacji zachłannie,
ale w duszy połykała łzy. Taka młoda a już wszędzie
była! Wszystko widziała! Nawet jej papieża we własnej
osobie! Takiej to dobrze. Jej to dał urlop już po paru miesiącach
pracy. A własnej żonie co dał? Co dał poza fantastycznymi
obietnicami równie fantastycznej emerytury? Miała dosyć czekania. Miała
dosyć obietnic. Tak jak dobrymi chęciami, obietnicami także piekło
jest wybrukowane. Ale co mogła zrobić?
Znowu
zaczęła pracować nad panem Kaziem ażeby polecieli do Włoch.
Póki jeszcze jest czas. Ilekroć w telewizji pokazywali papieża, z
wielką troską śledziła każdy Jego ruch. Jego widoczne
zmęczenie i nieubłaganie postępującą chorobę. Taki
mizerniutki - biadoliła. Taki słabiutki, ledwo się porusza - popłakiwała.
Bardzo się Jego stanem zdwowia zamartwiała. Niestety, żadne jej
argumenty, że z pielgrzymką do Włoch trzeba się pośpieszyć,
nie trafiały do pana Kazia. Nagabując go o to, równie dobrze mogłaby
gadać do ściany lub do obrazu przemawiać.
Sporadyczne
dotąd braki w kasie stały się teraz normalką. Ale kasa także
nie próżnowała. Pomimo rosnącej, jak grzyby po deszczu,
konkurencji na lewo i prawo, ich restauracja ciągle przodowała i ciągle
zarabiała dla nich krocie. Pani Hela tak zobojętniała, że
nawet nie specjalnie zareagowała, kiedy w nagłym przypływie buńczucznej
szczerości, pan Kazio hardo oświadczył, że on już kilka
razy podwyższył Gośce stawkę. Bo on święcie w to
wierzy, że tę dziewczynę zesłała mu sama opatrzność.
Pani
Hela ostatnio chodzi jak osa. Jest naprawdę wściekła. Jeszcze tak
niedawno pan Kazio obiecywał jej solennie, że w tym roku, już
tradycyjnie, wspólnej Wigilii ze stałymi klientami nie będzie. Że
zamknie lokal na cztery spusty i Wigilię spędzą nareszcie jak
inni normalni ludzie. W rodzinnym gronie, otoczeni dziećmi i przyjaciółmi.
Tak jej obiecywał! Tak się przysięgał! A tymczasem, pan
Kazio znowu wywrócił kota do góry ogonem. W połowie października,
cały rozanielony, z wypiekami na twarzy, wpadł do kuchni podzielić
się radosną nowiną. Największa polska instytucja finansowa
zamówiła u niego Wigilię dla swoich samotnych pracowników. W liczbie
46 osób! ”Piękny gest, co Helciu?” – piał pan Kazio i z błyskiem
w oku, jął obliczać przewidziany dochód. Pani Hela cichym głosem
pyta: a co z naszą Wigilią w domu? ”Będzie na drugi rok” -
natychmiast odparowuje pan Kazio. ”Co się odwlecze, to nie uciecze” - mówi,
wzruszając ramionami. I choć pani Hela jest zła, bardzo zła,
jakoś tak dziwnie, i nietypowo dla niej, nie wysila się na żadną
sarkastyczną uwagę. Czyżby zrezygnowana, rzuciła ręcznik
na ring?
A
może pani Hela przestała się szarpać, bo ma większe
problemy? Pani Hela od kilku tygodni choruje. Skarży się, że
artretyzm daje się jej we znaki. Spotęgowały się bóle w
plecach. Pan Kazio łaskawie przyzwolił ażeby zafundowała
sobie serię masaży w klinice fizjoterapeutycznej. Na terapię jeździ
sama, bo pan Kazio ”nie może opuścić stanowiska”. Ale pani
Hela nie narzeka. I nigdy nie zaniedbuje swoich obowiązków. Zaraz po
powrocie z miasta, wraca na swoje miejsce w kuchni, gdzie spędza coraz więcej
godzin. Widocznie przyrządzenie nawet standartowych potraw musi być
coraz bardziej uciążliwe. Pani Hela, kobieta odpowiedzialna, tłumaczy
mężowi, że to już nie te oczy, ani nie te ręce, że
sprawność powoli ją opuszcza. I, na wszelki wypadek, gdyby miała
poważnie zachorować albo coś się stanie, chce mieć
spokojną głowę, że jej niedyspozycja nie zaszkodzi
biznesowi. A to znaczy, musi mieć duże zapasy w zamrażarkach.
Jest
południe. Pora obiadowa. Pan Kazio stoi przy kontuarze i z niepokojem porównuje
harmonogram dnia ze wskazówkami zegara. Boże Narodzenie już za trzy
dni a on ma jeszcze tyle na głowie. Ma zamówioną wizytę u
lekarza, musi wpaść do banku, musi zamówić więcej wina. A
Hela, jak na złośc, się spóźnia. Wczoraj pojechała do
córki azeby z nią zrobić jeszcze jakies przedświąteczne
zakupy. Później zadzwoniła, że tam przenocuje. Rano, córka
przywiezie ją do pracy. Ale dlaczego dotychczas ich nie ma? Czy, broń
Boże, nie było gdzieś jakiegoś wypadku? Czy coś się
nie stało? Telefonuje do córki, ale telefon nie odpowiada. ”Ansafon”
grzecznie proponuje pozostawienie wiadomości na taśmie. Pan Kazio się
denerwuje. Jemu żadna wiadomość nie jest potrzebna. Jemu Hela
jest potrzebna. A Heli jak nie było - tak i nie ma.
Lecz
co to? Do restauracji niespodziewanie wchodzi uśmiechnięta pani Róża.
Wita się wylewnie z dawnym szefem, rozgląda się ciekawie po
lokalu. Kiwa głową z aprobatą i mówi, że bardzo tu teraz
ładnie, że bardzo zmienił się na korzyść od czasu,
kiedy tutaj pracowała. Ooo, jakie ładne kwiatki. Ach, jaka piękna
muzyczka! Po czym podaje mu białą kopertę i nie czekając na
jego reakcję, bez słowa człapie w stronę kuchni. Pan Kazio
krzyczy za nią, że Heli jeszcze nie ma, ale pani Róża macha
tylko ręką i idzie dalej. Pan Kazio wzrusza ramionami i nieufnie
obraca kopertę w palcach. Patrzy - adresowana do niego. Pismo Helci. Po co
ona do niego listy pisze? A nie może mu sama powiedzieć? Zwariowała
baba, czy co? Wzdycha, nakłada okulary, rozdziera kopertę, wyjmuje
list i czyta:
”Kochany
Kaziku! Kiedy ty ten list będziesz czytał, mój samolot powinien właśnie
schodzić do lądowania w Rzymie. Będę mieszkać w Domu
Jana Pawła II (nr. telefonu taki a taki) i jak chcesz - to zadzwoń do
mnie. Ja do ciebie nie będę telefonować, bo mi szkoda pieniędzy.
I dzwoń tylko wczesnym popołudniem (ja wiem, że wtedy jest u nas
droższa taryfa, ale trudno), kiedy tutaj jest wieczór. Bo ja przez cały
dzień będę zwiedzała Rzym. Jutro mamy audiencję u papieża
i nareszcie Go zobaczę. Jak mi się uda blisko podejść, to
przypomnę Mu ten kramik na Targowej, gdzie kupował cukierki. Pasterka
będzie na placu przed bazyliką, a nasza grupa będzie stała
pod wielkim, biało-czerwonym sztandarem. Zaraz po świętach
jedziemy na Monte Cassino i do Bolonii.
Wcale nie
byłam chora. Żadnej terapii nie brałam. Ale musiałam przecież
mieć trochę czasu ażeby otworzyć własne konto bankowe,
paszport sobie wyrobić, wykupić wycieczkę. Nie mogłam się
tylko w Kanadzie obsprawić, bo ty byś zaraz zakupy zauważył
i wyszłoby szydło z worka. Ale nie szkodzi. Nie zdążyłam
tam, to zrobię to tutaj. Włosi mają fantastyczny gust! Muszę
kupić sobie trochę niezbędnych rzeczy na różne okazje, bo
pani w biurze podróży powiedziała, że jest to jakiś
nietypowy rok i można się spodziewać wszystkiego. Od śniegu
do upału. W tym samym dniu.
Kiedy skończy
się pobyt we Włoszech, polecimy na tydzień do Polski. Zatrzymam
się u Tereski i, w razie czego, tam mnie szukaj. Szkoda, że ciebie
przy mnie nie ma, że nie będziemy tego wszystkiego przeżywali
razem. No, ale dla ciebie liczą się inne przeżycia, ty masz inną
miłość: pieniądze. Dlatego, wdzięczna ci jestem i tym
bardziej ci dziękuję za twoją, choć niezamierzoną,
szczodrość. Za spełnienie moich marzeń i sprawienie mi tej
wycieczki. Gdyż zawdzięczam ją tobie, całkiem sympatycznej
Gośce i twojemu w niej zaślepieniu. Lecz najwięcej zawdzięczam
naszej cudownej kasie, która wcale a wcale nie jest znowu taka skomplikowana.
No i oczywiście mojej przebiegłości. Tak, tak, mój kochany. I
zaskroniec ma swój koniec! Wiele też zawdzięczam twojej łatwowierności,
aby nie powiedzieć, naiwności. Bo gdybyś miał w sobie tylko
trochę więcej drygu i nauczył się sam obsługiwać własną
kasę, to ja nie miałabym do niej dostępu a tym samym do tych
kilku tysięcy dolarów. I nie mogłabym sobie sprawić tej wspaniałej,
europejskiej eskapady!
Nie martw
się o mnie. Jestem z bardzo miłą grupą. I nie martw się
o interes. Zamrażarki są pełne. Róża i Iza, ta, co nam
pomagała w ubiegłym roku, są obie opłacone i wiedzą co
mają robić. Na pewno dacie sobie doskonale radę beze mnie. Nawet
nie zauważysz, że mnie nie ma. Zresztą nie będzie mnie tylko
przez trzy tygodnie. Pod ladą, po prawej stronie, w reklamówce od
Zellers’a, zostawiłam świąteczne prezenty dla ciebie, Gośki,
Róży i Izy. Nie zapomnij im przekazać. Dzieci swoje już dostały.
Życzę
ci, kochany Kaziku, pomyślnych finansowo Świąt. Wigilię
zamiast ze mną, spędzisz usługując 46 płatnym gościom.
No, ale to był twoj wybór. Mam nadzieję, że podawane dania
przypomną ci tą, która je wszystkie własną ręką
przyrządziła. Wesołych Świąt! Szczęśliwego,
owocnego Nowego Roku, życzy ci Twoja, zawsze cię kochająca żona,
Helena.”
No
cóż, wszystko w życiu się zmienia. W naszej świętej
księdze ”stoi” wyraźnie, że
”kto mieczem wojuje – ten od miecza ginie”. Ten truizm przyświecał
nam niekwestionowany przez prawie 2000 lat. Ażeby w XXI-szym wieku coś
się rypło, coś pokićkało. Bo Helć jest mnóstwo. O
wiele, wiele więcej, aniżeli przypuszczamy. Czyżby teraz ”kto
mieczem wojuje – będzie od… pochwy ginął”?