DOBRY KOMPROMIS NIE JEST ZŁY

 

           Pani Karolina E. z Mississauga ma dylemat: Pani Nino! Może Pani coś mi podpowie? Bo ja jestem u kresu sił. Moja córka (rozwódka, lat 36, z 12‑ letnim dzieckiem) znalazła sobie nowego "mężczyznę jej życia" ‑ jak go określa. Zupełnie ogłupiała na jego punkcie. Teraz tylko ciuchy, restauracje i zabawy jej w głowie. Kosmiczne sumy wydaje na fryzjera, sztuczne paznokcie, opalanie, kosmetyczkę. Coraz częściej nie ma jej wieczorami w domu, a kiedy wraca (bardzo późno), jestem świadoma, że szmugluje tego człowieka do swojej sypialni. Dziecko zeszło na drugi plan; o sobie to nawet już nie wspominam. Dotąd nasze życie przebiegało utartym trybem. Wszystko robiłyśmy wspólnie, wszystko razem. Ale odkąd ten człowiek, który ją chyba hipnotyzuje, wszedł w jej życie, wszystko się skończyło. To nie jest ta sama dziewczyna. Jakiś diabeł w nią wstąpił.

 

Zapewniam Panią, że nie jestem wyrodną matką i, że byłabym najszczęśliwszą kobietą pod słońcem, gdyby tylko ten człowiek był dla mojej córki odpowiednim partnerem. Ale nie jest. Jest niewychowany, nie ma żadnych manier, w towarzystwie nie potrafi się zachować. Siedzenie z nim przy wspólnym stole jest katorgą nie do zniesienia. To, że opiera łokcie na stole ‑ to pół biedy. Ale on głośno czka, z noża sos zlizuje, a mięso często je palcami. Serwetką (dobrze, że papierową) obciera nos. Posługuje się rynsztokowym, dosadnym językiem i klnie. Alkoholem oczywiście nie gardzi. Muszę przyznać, że jest bardzo przystojny, schludny, jego zewnętrznej prezencji nie można nic zarzucić. Ma drogi samochód, w ogóle sprawia wrażenie, że bardzo dobrze zarabia. I to są zasadniczo jego jedyne pozytywne walory. Moja córka coraz częściej napomyka o zamążpójściu. Niedawno powiedziała, że chce z nim mieć dziecko. Póki jej zegar biologiczny jeszcze na to zezwala.

 

Na szczęście jego żona (w Polsce), jak dotąd nie wyraża zgody na rozwód. Córka twierdzi, iż jest to tylko kwestia finansów. Uzgodnienia odpowiedniej kwoty i sprawa wnet będzie pomyślnie załatwiona. Nie pojmuję, co się z moją córką dzieje. Czy ona nie widzi, jaki negatywny wpływ ma ten człowiek na moją wnuczkę? Jak on absorbuje jej matkę, że dla dziecka coraz mniej ma czasu? Całe wychowanie małej spada teraz wyłącznie na moje barki.

 

Córka chce, ażeby on się do nas wprowadził. Ja się temu kategorycznie sprzeciwiam. Atmosfera w domu jest podminowana. Boję się, że moja córka wnet postawi sprawę na ostrzu noża, da mi ultimatum. Chcę dodać, że nie jestem jej ciężarem. Pracuję z domu. Dobrze zarabiam. Po połowie z córką spłacam hipotekę, łożę na wszystkie świadczenia i utrzymanie domu w ogóle. Kosztami żywności też się dzielimy. Ale teraz dom prowadzę wyłącznie ja sama. Córka praktycznie przestała mi pomagać. Nigdy teraz nie ma na nic czasu. O podwiezienie mnie do kościoła czy na zakupy, muszę się kilka razy prosić. Jestem roztrzęsiona i nie wiem jak nieuniknionemu rozpadowi rodziny zapobiec. Co robić? Czy Pani może mi coś doradzić? Co Pani by zrobiła na moim miejscu?

 

Ja? Ja oplułabym się ze szczęścia, że moje dziecko jest znowu zakochane i kochane. Że jest szczęśliwe. Że znalazło nowego mężczyznę, a wraz z nim - nowy cel w życiu. Ja bym syciła oczy i ogrzewała stare kości przy cieple ich rodzinnego ogniska. Radowałabym się ich szczęściem. Ale tak jak sprawy teraz stoją, Pani osobiście, niestety nie wróżę różowej przyszłości. Z Pani własnej winy zresztą.

 

Dla Pani informacji, Pani tej batalii nie wygra. Dlatego radzę przestać wojować. Ja nie wiem czy jest to klasyczny przykład szalejących hormonów biorących górę nad rozsądkiem (tak jak Pani to widzi), czy też tylko normalne, zdrowe, zakochanie. Jeśli to ostatnie, gratuluję. Jest to najcudowniejsze uczucie, jakiego człowiek może doznać!

 

Trudno mi pogodzić się z Pani przekonaniem, że stanowisko córki jest ślepotą na zamówienie. Przecież to jest niemożliwe ażeby córka, przez Panią tak starannie wychowana, nie zauważała tak podstawowych, ewidentnych braków bon tonu u swojego ”absztyfikanta”. Jego niektóre wyskoki, które Pani tak szczegółowo opisuje (gdzie w dzisiejszych czasach jeszcze się taki w ogóle uchował?!), powinny ją mrozić. Ale skoro ona je toleruje, nie razi ją jego brak manier, to znaczy, że uczucie wzięło górę, że przestało jej zależeć na zdaniu innych (w tym także i mamy). Tylko on się liczy! Jego przystojny wygląd widocznie nie jest jedynym atrybutem, którym facet dysponuje. Należy się domyślać, że pozostałe są niewidoczne dla Pani oka, ale bardzo istotne i potrzebne Pani córce.

 

Pani córka nie jest smarkulą (ja w jej wieku babcią zostałam) i na pewno wie, co robi. Pani nie pisze jak długo córka była samotna, a bardziej dokładnie, jak długo żyła w ”chłopless” stanie? Jeśli jest ”wygłodzona”, musi jej Pani pozwolić ”najeść” się do syta. Człowiek syty widzi świat w odmiennych kolorach. Ale nawet i wtedy musi się Pani liczyć z możliwością, że córka rozsmakuje się w tym ”je...dzeniu” i dopiero nie zechce z niego zrezygnować. Zresztą, po co by miała?

 

Pani pyta, co ja bym zrobiła na Pani miejscu? Poszłabym na kompromis. Jak to niejednokrotnie w życiu robiłam i wciąż robię. Dobra Bozia obdarzyła mnie beztroską dyspozycją i całkiem zdrowym rozsądkiem. To też, kiedy sytuacja tego wymaga, ja nie idę, ja lecę na kompromis. Bo czasu i nerwów mi szkoda.

 

Dam Pani konkretny przykład. W moim milieu jest tajemnicą poliszynela, że ja nie ubóstwiam mojego zięcia. Ale ja mam ku temu bardzo poważne powody. Zapewniam, że dużo, dużo poważniejsze od tych, które Pani przytacza. Nie mniej szanuję fakt, że mój zięć jest długoletnim mężem mojej córki i, że ona go kocha. Oboje bardzo się kochają. Zięciowi zawdzięczam zdrowe, rozgarnięte wnuki. Doceniam, że jest pracowity, zapobiegliwy, doskonale dba o dobro swej rodziny, że potrafił stworzyć jej świetne warunki życiowe. Dlatego, dla dobra i spokoju mojej córki ‑ toleruję go. Na zdrowy rozsądek, na siłę, wbrew własnym odczuciom, utrzymuję poprawne stosunki i jakoś przez tyle już lat… leci kabarecik.

 

Nie wypada mi zapytać, w jakim Pani jest wieku, ale nie trudno się domyślić, że w późnych latach 50‑tych. Co w dzisiejszych czasach nie jest żadnym wiekiem i oferuje wiele życiowych przyjemności. Oczywiście, jeśli człowiek nie jest malkontentem i chce z nich skorzystać. Dlaczego Pani tak kurczowo trzyma się córki, a nie znajdzie sobie własnego towarzystwa? W Mississauga działa kilka prężnych grup w Pani wieku. Spotykają się regularnie. Jeżdżą na wycieczki krajoznawcze. Dużo zwiedzają; poznają kraj swego osiedlenia. Chodzą do teatru, na wystawy, do kasyna, spotykają się na kolacjach w restauracjach (często innych kultur). Jedna taka grupa właśnie powróciła z trzydniowej, autobusowej wycieczki do Nowego Jorku. Gdzie poza zwiedzaniem, nawet jakiś okrzyczany ”show” na Broadway'u zaliczyła. Członkowie grupy doskonale bawią się sami, bez łaski ze strony swych dzieci. W ogóle nasze polskie ”podwórko” oferuje wiele rozrywek. Wszak mamy: polskie restauracje, polskie dancingi, polskie kręgielnie, polskie siłownie, polskie czytelnie, liczne kółka dyskusyjne, spotkania tematyczne. W każdy czwartek kino w Centrum Jana-Pawła II-go emituje jakiś polski film. W sezonie, co tydzień możemy zobaczyć spektakle teatralne z Polski, nie zapominając o programach naszych własnych dwóch teatrów polonijnych.

 

Ja na Pani miejscu przestałabym wiercić córce dziurę w brzuchu z powodu jej najdroższego. Przestałabym ośmieszać i podkreślać jego towarzyskie braki, jego brak ogłady. Poważnie pomyślała o kompromisie. Proszę nie zapominać, że wszystko ma swoją cenę. Jego żona w Polsce też. Jeśli facet ”nie wraca ranki i wieczory” – ona w końcu zrozumie, że go nie zmusi. Przekalkuluje sytuację i pewnie weźmie kilka tysięcy, w myśl porzekadła, że ”lepszy wróbel w garści niż kanarek na dachu”. Z forsą na koncie, rychło ułoży sobie nowe życie, (jeśli tego już nie zrobiła.)

 

Radzę być uprzejmą do niego, choćby tylko po to ażeby nie antagonizować córki. Pani MUSI zrozumieć, że córka jest zakochana. Tokuje. Jest ślepa i głucha. Powtarzam, to nie jest przemijające uczucie podfruwajki, lecz poważne zaangażowanie się kobiety dojrzałej. Ona tęskni za normalnym życiem rodzinnym. Co w jej wieku nie oznacza matki, tylko chłopa przez wielkie ”CH”. Żadne Pani racje do niej nie docierają. A nawet gdyby, to odniosą wprost przeciwny skutek.

 

Serdecznie odradzam stawianie sprawy na ostrzu noża, gdyż faktycznie to się może źle skończyć. Córka spłaci Pani udział w domu i zażąda, aby Pani się od nich wyprowadziła. Albo weźmie chłopa i dziecko (w tej kolejności), i pójdą sobie razem w siną dal. Wówczas straci Pani i córkę i wnuczkę i zostanie sama jak palec w dużym domu. I równie dużą hipoteką do spłacania.

 

Mówią, że czas swoje robi i, że każda nowizna kiedyś powszednieje. Może tak, może nie. Skoro jej stosunek do tego człowieka w ciągu 14-tu miesięcy nie tylko nie ochłódł, ale ewidentnie się spotęgował, wydaje mi się, że będzie Pani musiała pogodzić się z faktem, że ma do czynienia z przyszłym zięciem. Legalnym czy konkubinem – to nieistotne. On jest. I będzie! (A propos, dlaczego rozleciało się córki poprzednie małżeństwo? Czy Pani tam też z nimi mieszkała?)

 

Przy odrobinie dobrej woli, jeśli Pani zechce poświęcić się trochę dla dobra rodziny, jest całkiem możliwe, że on przy tak eleganckich, układnych Paniach, z czasem nabierze więcej ogłady i poloru. Dlaczego nie? Może dotąd nie miał go kto uczyć i wychować? Pewnie nie miał okazji obracać się w doborowym towarzystwie na Pani poziomie. Ale jeśli mu na córce naprawdę zależy, będzie bez szemrania korzystał z dyskretnie udzielanych rad i uwag. Doceni jej wysiłek i będzie się starał naśladować jej zachowanie. Jestem pewna, że szybko do niego dotrze, że ”kindersztuba” otwiera drzwi na całym świecie; że od dobrego wychowania jeszcze nikt nie umarł.

 

Pani jest do niego straszliwie uprzedzona, więc nie przyjdzie Pani łatwo pogodzić się z nową sytuacją. Ale ja nie widzę dla Pani innego wyjścia. Jeśli Pani nie chce utracić rodziny ‑ z pełną premedytacją i wbrew przekonaniom, trzeba będzie wleźć między wrony i tak krakać jak i one. Nie reagować na prowokacje (których zresztą nie przewiduję). Ten człowiek czuje się mocno w siodle. Pani się nie boi, więc nie będzie miał potrzeby Pani koło pióra robić. Rozmyślne niezauważanie jego rozmaitych fup (moje prywatne określenie na faux pas), jest jedynym sposobem na utrzymanie względnego spokoju i jako takiej przyjaznej atmosfery w domu.

 

Każdy medal ma dwie strony. Czy Pani wie, że on pewnie myśli, że to on jest w tym konflikcie stroną poszkodowaną? Ofiarą swego serca? Że dla ukochanej kobiety bierze sobie na łeb znerwicowaną damulkę, obce dziecko i starą zrzędę?

 

Powtarzam: Pani MUSI przestać żyć życiem córki. Pani musi poszukać sobie własnego towarzystwa, stworzyć własny krąg przyjaciół. Może potrafi Pani znaleźć sobie jakieś ciekawe hobby? Jeśli Pani tylko tyle samo energii na to poświęci, ile obecnie na krytykę córki i jej ukochanego, to nie będzie to aż takie trudne.

 

Jeśli Pani może wygospodarować trochę wolnego czasu, wiele polskich instytucji pilnie poszukuje woluntariuszy. Przy organizacji zabaw, przy zbiórkach na zbożne cele, na pracę charytatywną. Trzeba się udzielać. Trzeba szukać kontaktów. Trzeba iść do ludzi. Może są tutaj jacyś z Pani rodzinnego miasta? Kółka przykościelne zawsze potrzebują pomocy. Jestem pewna, że gdzieś, ktoś, z radością przyjąłby samotną rodaczkę do swego grona. Pani życie byłoby wówczas o wiele pełniejsze, ciekawsze i łatwiejsze.

 

A wyrozumienie - jest to piękna sprawa. Tak jak ”Live and let live” (żyj i pozwól żyć innym) ‑ jest mądrą angielską dewizą!