MAMA TEŻ CZŁOWIEK. CHOĆ INNY….

 

          List od p. Leny B. ze Scarborough znajdzie przypuszczalnie oddźwięk w niejednej rodzinie: Pani Nino! Pani bardzo trafne uwagi docierają do wielu ludzi. Od przyjaciół wiem, że liczą się z Pani zdaniem i oni mnie namówili, ażeby do Pani napisać. Chodzi o rolę dorosłych dzieci w życiu starzejących się rodziców. O niezasłużone wyrzuty, z którymi często się spotykają. Mój ojciec zmarł 12 lat temu. Mama, po pewnym czasie, stanęła jakoś na nogi, wróciła do pracy i doskonale dawała sobie radę przez mniej-więcej jeszcze 10 lat. Wtedy nie przejmowała się ani mną ani moimi problemami, co mnie zresztą bardzo odpowiadało. Ale kiedy mama przeszła na emeryturę, odrazu się zaczęło. Wyrzuty, zarzuty, wypominania, pretensje. Przy każdej sposobności. Że za rzadko u niej bywam. Że nie przejmuję się dostatecznie jej dolegliwościami (mama na nic nie cierpi). Że za mało poświęcam jej czasu. Że przestałam się liczyć z jej zdaniem. Że odwracam głowę i nie chcę widzieć jak ona cierpi (na co?!) Proszę Pani! Ja do mamy dzwonię codziennie wieczorem a jeśli z góry wiem, że w danym dniu nie będę mogła - uprzedzam ją o tym. Wpadam do niej, kiedy tylko mogę i ZAWSZE jestem na każde jej wezwanie. Wszystkie święta spędzamy razem. Nigdy nie zapominam o imieninach, urodzinach, rocznicach. Ja naprawdę bardzo moją mamę kocham. Ale ja mieszkam na drugim krańcu miasta. Mam męża (nie Polaka) i dwoje dzieci. Także rozmaite obowiązki, zainteresowania i normalnie rozwinięte życie towarzyskie. Moja odpowiedzialna praca zawodowa wyczerpuje mnie psychicznie. A do tego nie jestem młódką; mam swoje lata i przechodzę (może trochę przedwcześnie) bardzo trudny okres, znany każdej kobiecie w tym wieku. Ręce mi opadają. Mój mąż, którego matka jest wyrozumiałą, zaradną, mądrą i cudowną kobietą pod każdym względem (mimo, że jest znacznie starsza od mojej mamy), zaczyna się powoli buntować. A dzieci, które od dawna nie są dziećmi (jedno wróciło do domu po rozwodzie, drugie kończy uniwersytet), też zaczynają zajmować negatywne stanowisko w stosunku do babci. W czasie każdego jej pobytu u nas, słyszą tylko krytykę pod swoim adresem. Nigdy ciepłego słowa. A ja sama po każdej rozmowie z mamą, czuję się jak mała, skarcona dziewczynka. Rodzina obserwuje to niechętnie, z pod oka i zaczyna pozwalać sobie na sarkastyczne uwagi. Ja wiem, ja to czuję, że w niedługim czasie oni postawią sprawę na ostrzu noża i boje się, że mogą postawić ultimatum: albo oni albo mama. Ja nie mogę do tego dopuścić a z drugiej strony nie wiem jak się przed tym ustrzec. Usiłuję przekonać mamę, że tak już w życiu jest, że mąż i dzieci grają pierwsze skrzypce i, że mama musi się z tym pogodzić. Mama cały czas skwapliwie mi przytakuje, ale zanim dojdę do drzwi już mi robi wyrzuty, że pewnie znowu przez tydzień lub dwa mnie nie zobaczy. Moja mama jest, dzięki Bogu, zdrowa i na niczym jej nie zbywa. Może tylko na przyjaciołach, którzy jakby się od niej odsunęli. Moja mama wpadła kiedyś na ”genialny pomysł”, że sprzeda swoje condo, mnie przekaże pieniądze ze sprzedaży, a w zamian wprowadzi się do naszego domu. Rodzina z miejsca zgodnie orzekła, że tylko po ich trupie. Mnie przypadła w udziale niewdzięczna rola wybijania tego mamie z głowy. Nie muszę chyba Pani opisywać tych szlochów przeplatanych gorzkimi wyrzutami. Że po tym wszystkim, co ona dla mnie zrobiła, teraz nikt jej nie kocha i nikt jej nie chce. Znalazłam się pomiędzy młotem a kowadłem i piszę do Pani w zupełnej desperacji. Co ja mogę zrobić ażeby moja mama zrozumiała, że jej pretensje są urojone. Że chociaż ją kocham, jeśli tak dalej pójdzie, to faktycznie będę musiała zredukować nasze spotkania do minimum. Choćby po to, ażebym ja nie zwariowała. Mam doprawdy wielki problem, Pani Nino i wielką nadzieję, że Pani może będzie potrafiła podsunąć jakieś rozsądne rozwiązanie. Co robią inni w takiej sytuacji?.....

 

          Cierpią tak jak Pani! Nie ma bowiem magicznego rozwiązania! Spokojne i godne starzenie się jest sztuką, którą nie każdy potrafi opanować. Uzależnione jest to głównie od natury i intelektu. Jeden nie potrafi starzeć się bez zgrzytów, drugi pogodnie rozpoczyna nowe, pozbawione obowiązków, życie. Dam Pani przykład. Przykład w formie wiersza znalezionego na Internecie (z postów wynika, że z początku przypisywano go Wisławie Szymborskiej, ale nasza noblistka stanowczo zaprzecza). Wiersz jest, w moim pojęciu, kwintesencją optymizmu. Dowodzi, że życiem można się bawić i korzystać z niego nawet i w podeszłym wieku. Wiersz nosi nazwę:

 

                                                JESZCZE NIE!

 

                   Dziś otwarcie przyznać mi się trzeba, że mam 87.

                  ”Jak babcię kocham” - i o rok bliżej do nieba.

                   Ale nie chcę jeszcze pukać do niebios złotych bram,

                   aż będę miała 88 sobie poczekam.

                   Ach, co to mówię? 88? To byłoby jeszcze za wcześnie

                   bo bym była jeszcze za młoda.

                   A jeśliby była, jak dziś, piękna pogoda i jak dziś

                   bym się dobrze czuła, nie będę przybierać

                   postaci smutnego anioła. JESZCZE NIE !

                   Poczekam aż będę miała 90, może 92, bo któż wie,

                   co Pan Bóg jeszcze dla mnie w zapasie ma? Już wiem!

                   Odejdę jak będę miała 93 albo 94 bo dopiero wtedy czas

                   odchodzić na wieczne, niebiańskie spacery. JESZCZE NIE!

                   Jednego wszak jestem pewna i was o tym zapewnić mogę,

                   że będę żyć tak długo, aż sam Stwórca mnie zawoła na

                   wieczną, srebrzystą drogę.  Ale - JESZCZE NIE!

 

          Nie wiem kim była autorka, ale z wiersza wyraźnie wynika, że ta pani nie martwiła się powstałą wokół niej pustką. Przytomnie powiększyła grono kulturalnych ludzi, którzy nie czekając na ”łaskę” dzieci, znajdują sobie WŁASNE, zupełnie nowe, zainteresowania. A choćby pisanie wierszy. Nie ważne czy udolnie. Ważna jest inicjatywa. Pani mama tak długo będzie na Pani polegała, dopóki nie znajdzie sobie jakiegoś upustu dla swoich frustracji. I to jest chyba Pani zadaniem. Zająć czymś mamę, zainteresować. (Ja o tym bębnię w co drugim felietonie. Bo ludziom latka lecą.)

 

          Czy mama będzie grała w bingo czy odwiedzała ludzi chorych – to nie jest istotne. Ażeby tylko COŚ robiła! W każdym ”Senior Center” oferują wiele kursów. Do koloru, do wyboru. Ceramika, brydż, japońska ikebana, robótki ręczne, malarstwo, nawet ”line dancing”. To ostatnie - samo zdrowie! Nasze polskie szkoły i rozmaite organizacje też stale poszukują woluntariuszy. Mamy wiele kół ”Pań Polek” i grup przykościelnych, które bezustannie modlą się o ”nową krew”. Nad tym niech by Pani popracowała.

 

          To, co Pani opisuje, jest społecznym, ale i nagminnym niestety, dramatem. Samotne, starzejące się matki (ojców to nie dotyczy – ci są z miejsca rozchwytywani i na nic czasu nie mają. Sporadycznie skarżą się tylko malkontenci), widzą wszystko w krzywym zwierciadle. Przez pryzmat ich własnego spojrzenia. Istotnie, ich najczęściej urojone, pretensje w stosunku do rodziny i przyjaciół, potęgują się niewspółmiernie po przejściu na emeryturę. Kobieta, która dotąd przez całe życie coś robiła, była komuś potrzebna, wiecznie zajęta, zalatana - nagle znajduje się w próżni i formalnie nie wie, co ze sobą począć. Nie znam Pani mamy, ale pewna jestem, że gdyby zapytać o powód nieustającej krytyki pod adresem rodziny, na pewno znalazłaby względnie rzeczową odpowiedź, acz zupełnie niebiorącą pod uwagę różnicy wielu aspektów: pokoleń, problemów związanych z życiem w innym kraju, rozwoju technologii (a choćby kuchennej), zmianą dotychczasowego ”modus vivendi” i wszystkiego tego, co dla Pani jest tylko zwykłym dniem. Normalką.

 

          Otrzymuję wiele listów na pokrewne tematy. Rodzice się skarżą na obojętność dzieci. Lub ich pazerność. Często odczuwają, że dzieci się ich wstydzą, gdyż nie mają takiego wykształcenia, jak one. Dzieci uskarżają się na utratę spójni z rodzicami. Męczą ich nużące utyskiwania Wścibstwo. Wtrącanie się w małżeńskie sprawy. Nieproszone ingerencje. Krytyki na temat wychowywania dzieci, typu: ”bo jak ty byłaś mała, to….” - nie bacząc na to, że ta "mała" jest teraz sama matką i jelce-jele  a może przyjdzie jej zasunąć identyczną gadkę swojej córce. Bo w naturze nic nie ginie!

 

          Jest to konflikt generacji, który z upływem lat zatacza coraz to szersze,  socjologicznie umotywowane, kręgi. Śmiertelnym wrogiem samotnych starszych Polaków są: zły stan zdrowia, problemy finansowe i wyobcowanie. Nie każdy zdążył się nauczyć na tyle po angielsku, ażeby na starość znajdować nowych przyjaciół w niepolskim środowisku. Pani zaś nieszczęściem jest to, że mama obraziła się nie tyle na Panią ile… na życie! A, że nie ma komu wylać swoich żalów, prawdziwych czy urojonych, bo jej znajomi są pewnie w podobnej sytuacji (i może dlatego od niej stronią) tylko Pani pozostaje na placu boju. I pada ofiarą tych ”gorżkich żali”.

 

          U mamy nawarstwia się: pustka, rozczulanie nad sobą, strach przed chorobą (i śmiercią), brak zainteresowań i obsesyjna żądza słownego potwierdzenia, że Pani ją kocha. Ale kiedy to słyszy – uważa za pusty frazes. Jej groźby, że skoro Pani jej nie potrzebuje, to ona popełni samobójstwo są tylko słownym szantażem, mają działać na zastraszenie. Ci, którzy grożą, nigdy tego nie robią. Robią ci, którzy nie uprzedzali. Tego niech się Pani nie obawia ani głowy tym zaprząta. Ale mamę trzeba koniecznie jakoś do pionu ustawić. Mnóstwo ludzi starszych staje się abnegatami. Siedzą i ”mają za złe”. Od nich trzeba trzymać mamę z daleka. Ludzie myślący i przezorni nie czekają na cuda. Długo przed faktem przygotowują się mentalnie do przejścia na emeryturę. A po fakcie, bez wysiłku przestawiają się na inną, równie interesującą, egzystencję.

 

          Trudno jest znaleźć człowieka w starszym wieku, który na nic nie cierpi. Aliści najbardziej cierpią ci, którzy sami sobie stwarzają problemy. Pani sugestia, ażeby mamę zaprowadzić do psychologa, jest nierealna. Po co? Zresztą pewna jestem, że mama odmówi pójścia. Pani mamie, poza samotnością, nic nie dolega. Ponieważ jej charakter przekreśla możliwość mieszkania razem z Wami pod jednym dachem, fakt ten potęguje w niej urojone uczucie, że nie jest kochana. I tak źle, i tak niedobrze.

 

          Pani pyta, dlaczego koleżanki w pracy nie mają tego problemu. Bo tylko Polki są tak przywiązane do swoich rodziców. Kochają, szanują, darzą uczuciem, przejmują się nimi. Tak jak Pani właśnie. Wiele Pani polskich koleżanek nie ma tutaj swoich mam. Anglosasi zaś kontakty z rodzicami często traktują jak szarwark. Dlatego zachodni rodzice na ogół niczego się nie spodziewają i na dzieci nie liczą.

 

          Ale Pani mama do tych ludzi nie należy. Więc mamę trzeba rozerwać. Mamie trzeba sprawić nowe towarzystwo. Mama MUSI przestać żyć Pani życiem! Jeśli mama tego dotychczas sama nie potrafiła zrozumieć, to Pani przyjdzie twardo nad tym popracować. Może nawet otwarcie uprzedzić, do czego prowadzi jej negatywny stosunek do rodziny. Lecz trzeba także zaszczepić w niej jakąś dozę optymizmu. Wytłumaczyć, że wszystko może jeszcze się odmienić, jeśli mama tylko trochę się usamodzielni. Znam szereg podobnych przypadków, które skończyły się happy-endem. Kiedy, rozżalone z początku, matki zrozumiały wreszcie, że wyrzutami niczego nie zwojują, szantaż nie działa a tylko zaognia sytuację - nagle znalazły sobie nowe zainteresowania. Dzisiaj nie mają na nic czasu i diabli je biorą, kiedy drogie dziecię nagle prosi mamę, ażeby przyszła na ”baby-sitting” albo, jeszcze gorzej, przeniosła się do nich na tydzień na ”house-sitting”, bo oni chcą na parę dni wyskoczyć na Kubę.

 

          Fortuna kołem się toczy. Tylko czasami trzeba ją trochę poturlać. Może by odwrócenie kota do góry ogonem odniosłoby skutek? Przyznanie się mamie, że Pani przechodzi przez ciężki okres. Że to Pani jest teraz na życiowej huśtawce i sama poszukuje pomocy.  A jeśli mama nie okaże żadnego zrozumienia, to może faktycznie będzie lepiej, jeśli Wasze drogi na jakiś czas się rozejdą? Choćby dla nauczki.

 

          Mnie moje długie życie nauczyło, że czasami, w specyficznych sytuacjach, zdjęcie irchowych rękawiczek i założenie bokserskich - przynosi nad podziw korzystne rezultaty. Jedno jest pewne: jeśli Pani nie zdobędzie się na jakiś drastyczny krok - nikt z tej historii nie wyjdzie obronną ręką. Good luck! Życzę powodzenia. Pani, mamie i wszystkim czytelnikom w podobnych sytuacjach.