Mowa – trawa?...

 

 

Pan A. (Antoni? Andrzej? Adam? Alojzy? Adrian? Artur? Arkadiusz? Aleksander? Anatol? A może Amadeusz?) Sz. z Toronto, najwyraźniej pracuje na mojej częstotliwości, pisząc:

Szanowna Pani Nino! Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem Pani wywody na temat odmiany obcych nazw geograficznych. Całkowicie się z Panią zgadzam. Dlatego mieszkam w Toronto (w dzielnicy Etobicoke) a nie w Toroncie. Nawiasem mówiąc ciekaw jestem jak wygląda pośród naszych ”twardogłowych” odmiana Etobicoke, albo, na przykład, Scarborough? Pasjonujące, no nie?

Przy sposobności, chciałbym poruszyć inną kwestię, która mnie intryguje. Od pewnego czasu rozpanoszyło się w naszych mediach słowo ”lokalizacja”. Kompletnie rugując słowo ”lokacja”, poprawnie używane na oznaczenie położenia domu, sklepu itp. Dla mnie słowo ”lokalizacja”, chociaż ma prawo bytu, w naszym języku oznacza coś zupełnie innego, niż położenie. Kojarzy mi się ze zlokalizowaniem pożaru, epidemii, zamieszek, czyli z zapobieżeniem rozszerzaniu się jakiegoś zagrożenia. Podobnie jest w języku angielskim, z którego tak chętnie czerpiemy wzory. ”Location” – a geographical situation, address” w przeciwieństwie do ”localization” – limiting, restricting, such as pain (czyli zlokalizować ból). Obydwa hasła zaczerpnąłem z Webster’s Dictionary. Zachodzę w głowę skąd się to słowo ”lokalizacja” wzięło, dlaczego bezpodstawnie zastępuje ”lokację” (jeśli już koniecznie chce się tego słowa użyć) w miejsce naszego zwykłego, swojskiego adresu? Czyżby źle przetłumaczone z angielskiego? Co właściwie oznacza ta dumna informacja: ”sklep ma dobrą, wygodną lokalizację”? Czy to znaczy, że jest łatwo dostępny? A który nie jest? Czyżby chodziło o główną ulicę? A może ma duży, bezpłatny parking? Lub może znajduje się na polskiej plazie, ale to by chyba podano na pierwszym miejscu. Łączę pozdrowienia i wyrazy szacunku.....

 

O Boże! A więc nie zwariowałam kompletnie! Nie jestem osamotniona w mojej fobii do tej wymuszonej nowomowy. Bo ja się już zaczęłam łamać, pomimo, że doskonale wiem, że, oryginalnie nie z angielskiego, ale z niemieckiego, die Lokalisation, oznacza: ograniczenie skutków jakiegoś zjawiska do pewnego miejsca, obszaru, etc.

 

Świadomi, że mamy rację, możemy najwyżej próbować dociec, jakim cudem to nieprawidłowe określenie z taką łatwością opanowało polonijne środki masowego przekazu. Najczęściej spotykamy je w dziale ogłoszeń. Wadliwe tłumaczenie z angielskiego wykluczam. Ktoś, kto dobrze zna oba języki nie potrzebuje sprawdzać w słowniku. A kto korzystał ze słownika, znajdzie właściwą nazwę. Mnie się wydaje, że  ta sublimacja zwykłego słowa ”adres” jest  efektem, a raczej kopią krajowego miszmaszu językowego. Krajowa predylekcja do wszystkiego, co obce, po prostu znajduje poklask świeżo upieczonej inteligencji, która z wielkim upodobaniem szafuje długimi słowami, nie zawsze w pełni świadoma ich znaczenia. Dużą winę ponosi też bierność redaktorów, którzy nie mają odwagi poprawić błędów ogłoszeniodawcy, przypuszczalnie hołdując zasadzie: klient nasz pan, klient płaci, klienta się nie ośmiesza. Jeśli klient, zamiast ”adresu”, życzy sobie ”lokalizację”, (jako, że słowa ”lokacja” ani jego znaczenia, przypuszczalnie nie zna) - proszę bardzo!

 

A przy sposobności chcę zapytać: czy Pan zwrócił uwagę na to, że my już nic nie ”mamy”? My teraz wyłącznie ”posiadamy”. Zyzio ”posiada” czyrak na nosie (?!) Albo, stół ”posiada” cztery nogi. Coś pięknego! I, czy Pan wie, że my także niczego już nie ”dostajemy”? My teraz wszystko ”otrzymujemy”. A propos, jak Pan myśli? Czy można ”otrzymać” po mordzie? Ogromnie mnie bawi, kiedy stojąc w kolejce w polskich ”Delikatesach” (bo ”sklepu spożywczego” też już nie ma), słyszę od miłej ekspedientki: ”pani otrzymuje?”. Wtedy muszę mocno przygryzać język, aby nie chlapnąć: ”nie, złotko. Ja nic nie otrzymuję. Ja za wszystko płacę”! Co by jej szkodziło zapytać: ”czym mogę służyć?” Zwykłe ”proszę” - też by mi zupełnie wystarczyło. Ale widocznie to za proste, za swojskie. Nie ”posiada” zagranicznego ciężaru gatunkowego.

 

Jeszcze gorzej jest, kiedy w polskim tekście, co drugie słowo jest angielskie. Ewentualnie z polską końcówką. Typu: ”wracam z shoppingu”, czyli z zakupów, lub ”jadę do downtown’u” a nie - jadę do miasta, do centrum. Już nie wykupujemy polisy ubezpieczeniowej tylko ”insurę”, a brudny talerz wkładamy do ”sinka” a nie do zmywaka. Powstała potworna ”kanapolka” (kanadyjsko-polski żargon; określenie, które ukułam ponad 15 lat temu,) która, niestety, codziennie wzbogaca się o kilka nowych słów. ”Kanapolka”, oprócz zaśmiecania i przekręcania pięknego, polskiego języka, nie ma żadnego innego zastosowania.

 

Ażeby było śmieszniej, zapewniam, że każde angielskie słowo używane w mowie potocznej, ma swój poprawny odpowiednik w języku polskim. Lecz odnoszę wrażenie, że mało kto kwapi się do korzystania ze słowników i leksykonów. Najgorsze są anonsy ”realtor’ów”. Tak jakby w języku polskim nie było sprzedawcy nieruchomości czy agenta sprzedaży domów. Za długie? Trudno. Nasz jest widocznie bardziej opisowym językiem.

 

Po przybyciu do Kanady (wnet stuknie mi 20 lat. Boże, jak ten czas leci!) jeszcze jakoś tolerowałam to ”semi” (bliźniak, dwa połączone, identyczne domy), te duże ”loty” (wielka działka), tę ”drugą podłogę” (pierwsze piętro), te trzy ”bedroomy” (sypialnie). Nie interesując się specjalnie rynkiem nieruchomościami, założyłam, że nie ma tutaj za wielu polskich sprzedawców. A jeśli są jacyś polskiego pochodzenia, to jest to już któraś tam z rzędu generacja Polaka i tylko chwała mu za to, że w ogóle chce jeszcze język ojców swoich jako-tako pamiętać. Ale teraz? Teraz, kiedy co drugi ”realtor” psiakrew, nazywa się Rafał, Mariusz, Waldemar i Robert? Nie, to nie są ”starzy” Polacy. Tamci nazywaliby się: Mieczysław, Roman, Jerzy lub Tadeusz. Nie! Jest to bezsprzecznie ostatni rzut emigracyjny. A więc jaki mają ”excuse”, że tak bez litości mordują rodzimy język? Co to jest na Boga? Jeśli nie lenistwo ażeby w słowniku odszukać polski odpowiednik potrzebnego im słowa, to ani chybi, tylko szpan! Mający na celu olśnienie potencjalnego klienta. Ma sugerować, że facet na codzień już tylko po angielsku ”spika”. Komu to imponuje? Mnie na pewno nie. Przeciwnie. Ja bym z takim nie handlowała. Skoro facet nie potrafi sklecić poprawnie ogłoszenia we własnym języku, to jaką miałabym rękojmię, że opanował wszystkie (bardzo skomplikowane), szczegóły kontraktu w języku angielskim? W życiu już tak dziwnie bywa, że niechluj w doborze języka, jest na ogół równie niedokładny w pracy zawodowej. A przecież jedna pomyłka agenta, jedno jego niedopatrzenie w kontrakcie, może być kwestią straty tysięcy dolarów. Wóz albo przewóz.

 

Mnie się wydaje, że to silenie się na długie, zagraniczne słowa, jest spowodowane kilkoma stuleciami polskich kompleksów. A może sporą dozą osobistej niepewności, stąpając ostrożnie w nowo przyswojonej profesji? Im facet mniej wie, tym bardziej usiłuje zabajtlować nowomową. Często licząc na to, że jego interlokutor (jeszcze jedno z tych długich słów, tak nagminnie teraz używanych. Jako, że słowo ”rozmówca” też stało się przeżytkiem), zagubi się w tych elokwentnych wywodach i nie będzie niczego dochodził, względnie kwestionował. Ot! Imponowanie - za pieniądze tanie.

 

Niedawno natrafiłam w krajowej prasie na taki kwiatuszek: ”przy aktualnej tendencji lingwistycznej, fani faworyzują moderny trend na rapidalną anglonizację”.  Co to jest? Ja bym tego s…syna-dziennikarza, na najbliższej latarni powiesiła. Ale czy to jest naprawdę tylko jego wina? W końcu on pisze dla chleba. Może pisze takie bzdury, bo się tego po nim spodziewają? Może gdyby pisał dobrą polszczyzną, nikomu by nie zaimponował, straciłby na estymie; nikt by jego wypowiedzi nie czytał?

        Polska zawsze miała ciągoty do obcych języków i wszystkiego, co obce. Od zarania, cierpiała na acute zagranitis. Byle zagraniczna k... była traktowana z większą rewerencją aniżeli polska arystokratka. Przez stulecia czołobitnie kultywowano wszystko, co obce. Zajęło nam to wieki, zanim liczne narzecza Polan zdołano scalić w jeden język. I co? Ano, nic. Bo wnet kler przywlókł łacinę. Więc zaczęliśmy mówić po łacinie. (Niektórzy nawet do dzisiaj finezyjnie nią rzucają!) Później parę królów i królowych wniosło nam w posagu języki swoich krajów i stworzyło niemały galimatias językowy. Kiedy Mikołaj Rej pisał, że: Polacy nie gęsi- własny język mają, król Stefan Batory porozumiewał się z dworzanami po łacinie. Nie dla fasonu, tylko z musu. Nie znał, biedak, języka polskiego, języka narodu, któremu królował. Parę stuleci później -  fi donc, już tylko po francusku rozmawialiśmy. Byle łachmyta, ale ”parlujący”, bywał proszony na pokoje, podczas kiedy szlachcic, posługujący się tylko językiem polskim, nie zawsze.

 Aktualnie, do Polaków na stałe osiadłych w Kanadzie, USA i na Antypodach, doszlusowali tymczasowi “Anglicy z Kołomyji”. To znaczy Polacy z kraju, którzy (w setkach tysięcy) wielką falą zalewają Wielką Brytanię i Irlandię. Pisze mi rodzina, że ci się jeszcze angielskiego nie nauczyli, ale już język polski, nie, nie zapomnieli, tylko celowo kaleczą. Po co? Cholera ich wie. Bo ja nie!

 

Wracając do nas - może ktoś z tych ogłoszeniodawców przeczyta moje słowa. Może skoryguje swoje ogłoszenie. Może dojdzie do niego, że ”dobra lokalizacja” wcale nie znaczy ”dobry adres”. Może? Może? Może…

 

Prawdę powiedziawszy – bardzo wątpię. Jest to w końcu takie ładne, długie słowo i tak zagranicznie brzmi. No i zawsze jest ta szansa, że mnóstwo ludzi tego felietonu nie przeczyta, nie dowie się, że jest nieprawidłowo używane (wszak tyle ludzi je używa), a więc po co się obcyndalać! Czy wyjaśniłam coś Panu? Dygam wdzięcznie, choć w kolanie strzyka... Ale czego nie robi się dla miłego Czytelnika!