NIEWIEDZA KOSZTUJE
Nie wiem na czym to polega. Ta przedziwna idiosynkrazja rodaków do planowania na wypadek śmierci. Wszak planowanie i prawne zalegalizowanie tych planów powinno być obowiązkiem każdego. Nie tylko tych, którzy mają rodziny i nie chcą im później życia komplikować. Równie obwarowani powinni być ludzie samotni. Ażeby ich, często wieloletnim wysiłkiem zdobywane dobra doczesne, nie padły łupem łakomych łap chciwego rządu.
Niedzielne gazety pełne są ogłoszeń z biura The Attorney General (rządowy pełnomocnik prawny z urzędu) poszukujących bliskich lub wierzycieli osoby, która bez testamentu, odmeldowała się z tego padołu. Nie ma tygodnia, ażebym w tych szpaltach nie znalazła polskiego nazwiska. Ogłoszenia pisane są małym druczkiem; nie ma wątpliwości, że we wspomnianym biurze wszyscy trzymają kciuki, ażeby nikt anonsu nie zauważył, aby nikt się nie zgłosił. Ogłoszenie ukazuje się tylko raz. Aby literze prawa zadość się stało. Jeśli nikt roszczeń nie zgłosi, po siedmiu latach majątek zmarłego przechodzi na skarb państwa. Rząd nie ukrywa, że co roku czerpie z tego źródła miliony dolarów.
Wypadki chodzą po ludziach (nie wspominając o chorobach). Podeszły wiek wiedzie oczywisty prym w masowym odmarszu na tamten (lepszy?) świat. Śmierć jest nieunikniona. Jest wkomponowana w życie. Ba, jest to właściwie jedyny pewnik na tym bożym świecie! I pewnie zaraz oberwę po uchu, że znowu wsiadam na, rzekomo mojego ulubionego, konika, który uparcie nie chce dobiec do mety. Nieprawda! Zaklinam się, że znam dużo ciekawsze zajęcia, dużo większe przyjemności, którym wolałabym poświęcać mój czas.
Nie mniej uparcie będę dalej pisać na ten temat! Bowiem nieprzemyślane pociągnięcia, niewiedza czy zwłoka w uregulowaniu swoich spraw, mogą być nieobliczalne w skutkach. Będę pisać tak długo, dopóki wszyscy nie pojmą, że testament i obydwa ”Powers of Attorney” (plenipotencje dla kogoś zaufanego, kto będzie reprezentować osobę chorą, chwilowo czy permanentnie, niezdolną do podejmowania własnych decyzji), są życiową koniecznością.
Muszę przyznać, że na naszym polonijnym podwórku ”testamentowa” sytuacja ostatnio ulega wyraźnej poprawie. Nie dzięki mnie! Nie! To ludzie uczą się na błędach (i nieszczęściach) innych. Także, w wielkiej mierze dzięki temu, że Polacy kupując domy, mają nagle do czynienia z prawnikami. Ci zaś, z zasady, namawiają takiego nowo upieczonego ”domownika” do spisania testamentu i wypełnienia wspomnianych plenipotencji. Albowiem kupując dom, ni stąd ni zowąd stajemy się kapitalistami. (Jak ładnie ten kapitalizm gnije, co?) Naraz posiadamy nieruchomość a po iluś tam latach, niebagatelny majątek, warty zabezpieczenia.
Przy okazji pisania znowu o testamentach, śpieszę zapewnić, iż nieprawdą jest, jakoby ktoś, kto dzisiaj spisze testament, zaraz jutro odwali kitę. Nie wiem skąd się wziął ten przesąd. Może z tego, że w Polsce ludzie rzadko spisywali testamenty. Może z tego, że tam obowiązują inne prawa spadkowe? Natomiast ja jestem żywym dowodem, że od tego się nie umiera. Aktualnie ”stoję” na moim 22-gim testamencie (odkąd przybyłam do Kanady). Jak się tylko na kogoś wkurzę – zmieniam testament. Co prawda, ja się mogę tym bawić, gdyż znam język prawny. Mam nawet zaklepanych ”etatowych” świadków mego podpisu, w każdej chwili gotowych stawić się na moje impulsywne wezwanie. Ale innym doradzam traktowanie tego dokumentu ze śmiertelną powagą (określenie nader a propos), gdyż on będzie tym narzędziem naszej ostatniej woli, kiedy nas już nie będzie.
I trzeba też koniecznie zainteresować się prawem kraju, w którym przyszło nam żyć. To tak trochę jak z jabłkiem w sadzie. Wszyscy wiedzą, że jabłko z drzewa spada, prawda? Ale tylko jeden Newton zainteresował się: dlaczego spada? Przy czym dokonał epokowego odkrycia! My też musimy odkrywać prawa tego kraju, ażeby nam żadne jabłko na głowę nie spadło. Nie tylko w formie metafory. Wiedza jeszcze nikogo nie zabiła. Ale ignorancja może straszliwie życie pokiciać. Nie tylko obecne, ale nawet pozagrobowe. Nieznajomość prawa jest najczęstszą przyczyną problemów, którymi, w formie niepożądanych legatów, obdarzamy w spadku naszych najbliższych.
Aby zobrazować, do jakiego stopnia niewiedza może być kosztowna, zrelacjonuję problem spadkobierców (ano właśnie, że nie spadkobierców) śp. Ireny Ł. z Toronto. Zadzwoniła do mnie rozżalona córka, pani Julia, z prośbą ażebym publicznie naświetliła tę sprawę. Ażeby przestrzec innych, którzy mogą znaleźć się w podobnej sytuacji. Sytuacji bez wyjścia. Jeszcze jednej z serii: zdechł kanarek!
Historia rodziny Ł. zaczyna się typowo, ale nietypowo kończy. Ojciec rodziny przebywał akurat w Kanadzie, kiedy nastąpił stan wojenny. Został. Zalegalizował pobyt. Znalazł świetną pracę. Sprowadził żonę z dwoma córkami. Pracowali oboje i szybko się dorabiali. Kupili dom, samochody, elektronikę. Córki studiowały. Zdołali odłożyć i dobrze zainwestować spore sumy. Życie było im przychylne. Oczywiście, państwo Ł. przezornie spisali testamenty. W wypadku śmierci, cały majątek przechodzi na pozostałego przy życiu małżonka/ę. W razie zgonu obojga naraz (wypadek samochodowy?), obie córki mają dziedziczyć po połowie.
Ojciec zmarł na raka kilka miesięcy po przejściu na wczesną emeryturę. Korzystna polisa ubezpieczeniowa nie tylko natychmiast spłaciła hipotekę, ale wypłaciła jeszcze pokaźną gotówkę. Po załatwieniu wszystkich formalności, pani Irena (teraz wyłączna właścicielka całego majątku), upewniła się u adwokata, że jej własny testament pozostaje nadal prawomocny. Uzyskała zapewnienie.
Pani Irena po kilku latach wdowieństwa, dobiegając 60-tki, zaczęła powoli ”wracać do żywych”. W grupie przykościelnej poznała sympatycznego wdowca, pana Mariana. Zaczęli się spotykać. Wnet coraz więcej czasu spędzali ze sobą. Szarmancki p. Marian, od pierwszej chwili ich znajomości nigdy nie ukrywał, że jest, jak to mówią, goły i wesoły. Mieszka w bloku. Samochodu nie posiada. Oszczędności (w porównaniu) ma mizerne. Jak wielu emerytom, nie przelewa mu się. Też ma dwoje dorosłych dzieci, ale żadne nie kwapi się wziąć tatusia do siebie.
Po jakimś czasie oświadczył się p. Irenie, pomimo, że poza uczuciem, nie miał jej nic do zaoferowania. Pani Irena porozmawiała z córkami. Znały już Mariana i lubiły go. Cieszyły się, że mama ma towarzysza. Kochały matkę; nie chciały ażeby na starość była samotna. To głównie one przekonały matkę, że powinna wyjść ponownie za mąż. O spadek się nie martwiły, wszak znały treść testamentu.
Starzy ”państwo młodzi” wszystko z dziećmi omawiali. Ślub odbył się cichy, w gronie rodziny. Miesiąc miodowy spędzili na Florydzie. Zamieszkali w przestrzennym domu p. Ireny, która nie chciała się przeprowadzać. Dzieci obojga małżonków ze zrozumieniem przyjęły do wiadomości oświadczenie nowożeńców, że każde z nich, swój osobisty majątek pozostawia swoim własnym dzieciom.
Przez kilka lat byli bardzo zgodnym i szczęśliwym stadłem. Aż do czasu kiedy p. Marian doznał zawału. Przeżył, lecz nigdy kompletnie nie przyszedł do siebie. Pani Irena okazała się troskliwą pielęgniarką. Ale widocznie wysiłek był ponad siły starszej pani, gdyż pewnego dnia, po prostu już się nie obudziła. Szok! Przecież mama nigdy nie chorowała! – mówi, ze łzami w głosie, pani Julia.
Po pogrzebie, obie córki udały się do adwokata po testament. I tutaj doznały kolejnego szoku. Mamy testament okazał się nieważny! Jej adwokat nie wiedział o jej wtórnym zamążpójściu. Inaczej z miejsca byłby przypilnował, ażeby spisała nowy. Albowiem w momencie, kiedy małżonkowie wypowiadają sakramentalne ”I do” – ich dotychczasowe testamenty stają się automatycznie ”null and void” – czyli nieważne. (Pisałam o tym niejednokrotnie – przyp.mój). Tak więc w oczach prawa, p. Irena umarła ”intestate” tj. bez testamentu. A wtedy automatycznie dziedziczy mąż, a po nim - jego dzieci.
Ach, ta cholerna niewiedza! Każda kanadyjska prowincja ma swoje prawa, ale akurat w tej dziedzinie wszystkie są wyjątkowo zgodne. W Ontario, przy braku testamentu, pozostający przy życiu małżonek/a i tak dziedziczy pierwsze $200.000. Córki Ireny mogły liczyć tylko na dobrą wolę i uczciwość p. Mariana. Ale p. Marian nie kontaktował. Jego sprawami zawiadywał starszy syn. Jakiekolwiek prawne roszczenia do spadku, byłyby nie tylko kosztowne, ale zupełnie bezcelowe.
Jestem pewna, że to właśnie nieznajomość prawa sprawiła, że p. Irena, będąc pewna, iż jej testament jest prawomocny, nie poczyniła koniecznych zmian. Ta niewiedza okazała się dla jej córek katastrofalna. Albowiem, kiedy zabrakło Ireny, stan p. Mariana wybitnie się pogorszył. Jego dzieci były zmuszone umieścić go w dość kosztownym ”Domu Spokojnej Starości”, oferującym cało-dobową opiekę pielęgniarską. Z kosztami specjalnie się nie liczyły, wszak tato był teraz zamożnym człowiekiem. Na pozór bardzo współczuły córkom p. Ireny. I owszem – przyznały, pamiętają to słowne oświadczenie rodziców. Ale cóż - prawo głosi coś innego. Im jest niezmiernie przykro, że tak się stało, ale one muszą przede wszystkim zająć się dobrobytem swojego chorego ojca. A, że nie wiedzą jak długo tato będzie jeszcze żył, ani ile pieniędzy pochłonie jego pobyt w ”nursing home”, odmówiły podzielenia się spadkiem. Koniec pieśni.
Pani Julia i jej siostra mają wyższe wykształcenie, ale nie prawnicze. W pierwszej chwili nie mogły uwierzyć adwokatowi, że zostały na lodzie. Chciały się procesować. Wyjątkowo uczciwy adwokat, odwiódł je od tego zamiaru. No i bardzo dobrze, bo nic by nie wskórały. Prawo jest prawem. Mnie zaś nie pozostało nic innego jak tylko złożyć kondolencje i wyrazy współczucia. Podwójne. Z powodu śmierci matki. I utraty znacznego majątku.
Pani Julii, oprócz słów, nie mogłam niczego zaofiarować. Ale innym – mogę. Na przestrzeni lat, wiele moich przyjaciół (i Czytelników), weszło w ponowne związki małżeńskie. Nie mnie pytać czy mają swoje prawne sprawy pozapinane na ostatni guzik. Ale, na wszelki wypadek radzę się im przyglądnąć, poddać analizie.
Co powinna była zrobić p. Irena, aby zabezpieczyć swoje córki?
1. Powinna była odwiedzić adwokata i spisać testament ”in contemplation of marriage”. Ten testament podpisuje się przed ślubem. Po ślubie pozostaje ważny; nie ulega automatycznej terminacji.
2. Mogła spisać nowy testament po ślubie, w myśl którego, mogła coś podarować mężowi. Samochód? Jakąś kwotę pieniężną? Mogła zadysponować ażeby p. Marian mieszkał w jej domu przez, powiedzmy, 5 lat po jej śmierci. Dopiero po tym terminie, córki miałyby prawo wystawić dom na sprzedaż.
3. Ale najmądrzejsze, co mogła (i co oboje powinni byli) zrobić, to spisać u adwokata, ”prenuptial agreement” – czyli intercyzę. Jest to forma ślubnego kontraktu, która sprowadza się do: ”co przed ślubem było twoje – to twoje, a co moje - to moje”. Jako, że odtąd wszystko będzie wspólne.
W dzisiejszych czasach, kiedy kobiety pracują na równi z mężczyznami i w małżeństwo nie wchodzą gołe i bose - taki kontrakt jest normalką. Nie tylko w Kanadzie. Jest korzystną formalnością, która zresztą obie strony zabezpiecza. Niestety, p. Irena tego nie wiedziała. Za jej niewiedzę zapłaciły córki.
W innych przypadkach (w szczególności w Ameryce Północnej, gdzie połowa małżeństw kończy się rozwodem), dzwonkiem alarmowym jest ”szczere” oburzenie kandydata na małżonka/ę, na propozycję spisania intercyzy: ”jak to? Nie wierzysz mi? Nie masz do mnie zaufania? Przecież my się kochamy! Pieniądze nie odgrywają żadnej roli. Nie będę się poniżał/a. Nic nie podpiszę.” Ano, ja bym takiemu/takiej ani chwili nie wierzyła. Prawdziwie kochający człowiek, nie powinien tej propozycji kwestionować. Ba, nawet pierwszy powinien ją zaproponować. A choćby właśnie po to, ażeby udowodnić, że żeni się z miłości, a nie dla materialnych korzyści.
Małżeństwo (zwłaszcza rozwodników) jest nie tylko potwierdzeniem uczuć. Jest także, nolens-volens, prawnym ujęciem skomplikowanego układu finansowego nowych małżonków, często obarczonych ”bagażem” życiowym. Samą miłością człowiek nie żyje. Wspólne życie kosztuje. Nikt nie wie, co jutro przyniesie. Ale dzisiaj wiemy, co prawo i rozum podszeptują: intercyza jest błogosławieństwem!
Jak, z emfazą, potwierdzą pani Julia i dwie moje przyjaciółki.