NIE MOJA WINA….
Karnawał w pełni. Ludzie się bawią. Bale, zabawy, prywatki na każdym kroku. Kataklizm (tsunami) w Azji, susza w Afryce, powodzie w Ameryce (USA i u nas) – nie mają większego wpływu na animusz birbantów. Więc się bawimy. Pijemy. Czasami na umór. Po czym ruszamy wozem w Kanadę, bo odległości są tutaj niebagatelne. Policja drogowa grozi. Przestrzega. Zatrzymuje. Kontroluje. Wystawia mandaty. Ale sfrustrowani stróże bezpieczeństwa są świadomi, iż trudzą się daremnie. Ich wysiłek, to głos wołającego na puszczy, w czasie gradobicia. Pijanych na drodze jest coraz więcej. A swoją drogą, z jakim miedzianym czołem może kraj wymagać od swoich obywateli ażeby szanowali prawo, skoro prawo samo siebie nie szanuje?
Dowód? Nawiązuję, do sprawy pani Lindy Leigh Hunt (z przed kilku lat) i najgłupszy w świecie, wyrok sądowy. Absurdalny, niedorzeczny, lecz prawomocny. Prokuratura dopiero w ubiegłym roku obudziła się z letargu i wniosła apelację. Nie mniej, reperkusje tego poronionego orzeczenia mogą pogrzebać nas jak lawina.
Zakładam, że cały świat zna i komentuje historię owej Lindy, która na "Christmas Party" wydanej przez firmę, w której pracowała (Sutton Group Incentive Realty Inc.) zalała sobie dokumentnie pałę, ale uparła się wracać do domu własnym samochodem. Kolegom odmówiła sprowadzenia męża, a szefowi wezwania taksówki. Po czym, w pijackim stuporze wsiadła za kierownicę. I widocznie za mało jej było wódzi, niedapoj takoj, gdyż po drodze, doprawiła się jeszcze w lokalnym pubie. Tam także proponowano jej odwiezienie do domu). Baba oczywiście, spowodowała ciężki wypadek, ładując się czołowo w ciężarówkę. Skasowała oba wozy, powodując na wiele tygodni utratę zarobków, Bogu ducha winnego, "truckera". Sama doznała poważnych obrażeń ale natychmiast po wyzdrowieniu, miała czelność i tupet zaskarżyć swoją firmę o to, że...nie powstrzymała jej od picia. Widocznie firma, poza barmanami, powinna była zatrudnić jeszcze sztab "cerberów" (indywidualnie dla każdego spragnionego gardziołka), którzy łagodną perswazją, względnie na siłę (w zależności od stanu upojenia delikwenta) mieliby wyłuskiwać z jego/jej dłoni szklankę czy kieliszek.
Kiedy ta tragifarsa weszła na wokandę, w jednym z moich felietonów, nabijałam się z tego przewodu, gdyż byłam pewna, że sąd, przestudiowawszy pozew, złapie się za głowę i sprawę w abcugach, oddali. Ba, jeszcze wlepi babsztylowi solidny mandat za jazdę po pijaku i spowodowanie wypadku. Że, potraktuje ją, jak wszystkich innych, w identycznej sytuacji. Że ukarze srodze, zawiesi prawo jazdy, może nawet wsadzi do kicia. Boże! Czy ja się już nigdy nie opamiętam? Czy ja się już nigdy nie nauczę, że mieszkam obecnie na kontynencie, na którym prawo odbija na lewo i działa na wariackich papierach?!
Albowiem pozwu nie tylko nie oddalono, ale wręcz przeciwnie, podtrzymano. Jakby na urągowisko, jakby ktoś wcierał sól w krwawiącą jeszcze ranę, sędzia uznał, że gospodarz odpowiada za stan upojenia swojego gościa i przyznał jej odszkodowanie w wysokości $300.000 (sic!) Pazerna Linda żądała wprawdzie milion, ale sędzia Clair Marchand uznał, że aż tyle jej się nie należy, gdyż częściowo była w tym jej wina(?!) Częściowo? Czy on zwariował? Na lewo od Atlantyku wciąż panuje dzicz!
Społeczeństwo do dzisiaj jest wściekłe. Prasa hasa. A my som- bezsilna masa! Policja jest ogłupiała. Nie wierzy, że coś takiego mogło zaistnieć. Podczas kiedy policja dwoi się i troi, urządza obławy, ażeby (dla naszego dobra) usuwać pijanych kierowców z drogi ‑ sędzia Clair Marchand, chyba sam na niewąskim cyku, robi jej (i nam) na poprzek, ferując tak potwornie bzdurny wyrok.
Co ta sprawa ma wspólnego z tytułem mojego felietonu? Bardzo wiele! Bo teraz, ino patrzeć, kiedy wlany w 4 d... przyłapany za kółkiem, Marek, Jarek czy Darek, będzie się tłumaczył: ”sososososzczak, paaanie władzo ‑ ale to nie moja wina. Nina nie odebrała mi kluczyka”. Tym samym, efektywnie skończyły się ”zakrapiane” imieniny u Niny. I choć mój barek jest obficie zaopatrzony, na wszelki wypadek zamykam go teraz na cztery spusty, bo nie chcę być za nikogo odpowiedzialna. A, że na piechotę nikt tutaj nie chodzi, więc good bye Władziu, good bye wódziu!
Urodzin nie obchodzę (śmierć frajerom!), ale huczne imieniny co ileś tam lat chętnie wyprawiam. Teraz stoję przed dylematem: nie urządzać wcale, czy też urządzać bezalkoholowe? Polskie imieniny i niezakrapiane? Toż to profanacja imienia patrona! Sama wprawdzie nie piję, ale, jak wspomniałam, dla gości mój barek prezentuje się całkiem imponująco. No to co? Wylać? Podarować? Wynieść z domu?
Nie wiem czy wszyscy pojmują, jakie następstwa niesie ten idiotyczny wyrok. Nakreślę hipotetyczny scenariusz: umęczona, z rozwianym włosem, usługując moim miłym gościom, zauważam kątem oka, że mój kumpel Siunio tankuje jakby jutra miało nie być. Siunio ma prawie 2 metry wysokości, waży 110kg. Wypicie butelki koniaku jest dla niego betką. Wyskokową zakąską. Po opróżnieniu następnych kilku butelek z rozmaitymi trunkami (przepraszam, że żyję, myślałam, że dwie butelki koniaku dla niego samego, wystarczą. Nikt inny z moich przyjaciół za koniakiem nie przepada), widzę, że spożyta ilość mieszanych alkoholi, zaczyna działać. Kiedy nad ranem podskakuję do niego z jazgotem, niczym ratlerek do bernardyna, i żądam oddania mi kluczyka do samochodu, Siunio, więcej z rozbawienia aniżeli z przekonania, wręcza mi kluczyk. Bo mój przyjaciel Siunio jest gentlemanem. Ktoś inny, wlany równie dokumentnie, (acz we własnym mniemaniu, trzeźwy jak świnia), nie tylko by mi nie oddał, ale gdyby jeszcze w pasji szpurnął mną o ścianę ‑ długo by mnie jeszcze z niej zeskrobywano. Czy ktoś już zauważył, że pijane, najmniejsze nawet chuchro, nagle nabiera siły Herkulesa? Więc wzywam taksówkę i z góry płacę za kurs (Siunio nie ma przy sobie portfela. Nie musi mieć; wszak jechał na imieniny do przyjaciółki) i oddycham z ulgą. Uff! A tymczasem Siunio taksówki nawet nie odprawił. Wleciał tylko do domu, złapał portfel i zapasowy kluczyk, po czym kazał zawieźć się na mój parking. "Co mi, kurde, durna baba będzie życie komplikować" ‑ pewnie pomyśli czupurnie. Szkopuł w tym, że w myśl tego nowego, idiotycznego prawa, gdyby Siunio w drodze do swego domu miał wypadek, ja nadal byłabym za to odpowiedzialna. Albowiem ja mu w moim domu POZWOLIŁAM przed tym pić! Różnica w czasie niczego nie zmieni.
Albo inny scenariusz: w zapełnionym barze siedzi trzech facetów. Piją równo. Piją długo. Barman uwija się jak w ukropie. Panowie wreszcie płacą i wychodzą. Koniec roli barmana? A g...uzik! W myśl tego kretyńskiego werdyktu, barman powinien wylecieć za nimi na parking, zobaczyć, który z nich wsiada za kierownicę i siłą wyciągnąć go zza kółka. Może, także, niczym Rejtan w progu, rzucić się na ziemię (napluć na śnieg) i lec przed kołami. Doskonały sposób na samobójstwo.
Jeśli każdy barman, każdy kelner będzie uczciwie osądzał, kto i kiedy ma dosyć ‑ zamknie się wiele barów. Tysiące ludzi straci pracę. (Ponad te bary, które już się masowo zamykają. Z powodu zakazu palenia. Ale to jest inna sprawa.) Czy nie prościej by było po prostu wprowadzić prohibicję (choć historia USA udowodniła, że to nie działa), pozamykać wszystkie filie LCBO (sklepy monopolowe) i przestać w ogóle sprzedawać alkohol? A kuku. A cio to ‑ to nie! Tak dobrze nie ma. Rząd jest głupi, ale nie tak głupi. Przez jednego sędziego nie będzie tracił akcyzy idącej w miliardy dolarów.
W bajecznie kolorowym okresie lat 60‑tych ubiegłego stulecia, reprezentowanym przez "dzieci-kwiaty", wszystkie koty na nich wieszano. Suchej nitki nie zostawiono. A, że chorobliwie chudzi, że palą "maryśkę", że uprawiają wolną miłość. A, że Beatlesi, Rolling Stones, Elvis Presley, Janis Joplin i inni, z ich rozpasanymi piosenkami, powodują rozluźnienie obyczajów, a to na pewno niesie ze sobą koniec świata. I co? Toż to w porównaniu z obecnymi czasami, była słodka niewinność. Niegroźna zabawa, rozbrajająca w swej naiwnej prostocie. Nie tylko świat nie zginął. Ale 40 lat później, owa sodoma i gomora, czyli rozpusta, która miała nas zabić, niczego nie zmieniła. Przeciwnie. Urosła do setnej potęgi, obrosła w piórka i jest legalna. I pomyśleć tylko, że tamci nie mieli nawet salonów masaży czy gołych panienek tańczących na stołach. Cofnięci w rozwoju? Chyba tak, drodzy Państwo (wnet wybierający się na emeryturę). Czy pamiętacie jeszcze te czasy, które historia za chwilę określi jako cnotliwe?
A jak nazwać pierwszą dekadę nowego wieku? Ja proponuję: dekada pt ”TO NIE MOJA WINA”. Nazwę opieram na znanych faktach. Pani prowadząc samochód, oblewa się gorącą kawą. Skarży restaurację. Ona wygrywa tysiące - my za to pijemy chłodną lurę. Chłopak popełnia samobójstwo. No to lu, jego mama skarży sklep z kompaktami, że sprzedaje za głośną muzykę, która syna ogłupiła. Wygrywa ciężkie pieniądze. Pan pali papierosy jak smok i umiera na raka płuc. Rodzina skarży monopol tytoniowy o to, że produkuje te wstrętne papierosy i wygrywa miliony. Narkoman złapał AIDS, bo używana strzykawka była zakażona. Nie jego wina. Więc skarży rząd, że nie dostarcza wystarczającej ilości frajerskich, sterylnych igieł narkomanom. Sprawę wygrywa. Odtąd rząd, za nasze pieniądze, przykładnie dostarcza strzykawki uzależnionym (a ja, głupia, myślałam, że posiadanie narkotyków jest karalne.) Dzieci są pyskate, niewychowane, klną, nie mają manier? Nie nasza wina! Wina telewizji. Trzeba zaskarżyć Rogers'a, dostawcę kabla TV. (Przewód w toku.) Cwany facet, zapatrzony w fertyczną dziewczynę w minispódniczce, wywalił się jak długi na ulicy i zwichnął sobie rękę. Jak to wykorzystać? Proste. Skarży się właściciela domu, przed którym ”wypadek” miał miejsce. Wszak to nie jego wina, że drzewo nie rosło tam gdzie powinno. Sprawę wygrywa! Córunia zaszła w ciążę z chłopakiem z tej samej klasy? Nie jej wina. Trzeba tylko zaskarżyć szkołę za niedostateczne dokształcanie młodzieży w dziedzinie seksu. Wygrana murowana. Szkoła będzie utrzymywać niemowlaka aż do pełnoletności.
A skoro już jesteśmy przy seksie, nasuwa się kolejne hipotetyczne pytanie: a co by było, gdyby ktoś dopadł tę Lindę w jakimś ciemnym, ustronnym miejscu (toaleta? Komórka na miotły? Schody?) i tak trochę ją po....? Opierając się na powyższej logice ‑ nie byłaby to przecież jej wina, że była napastowana (i froterowana). Kogoś trzeba by o to zaskarżyć. Ale co by było, gdyby facet uparcie twierdził, że tego drobnego epizodu "nie pamięta", jako, że też był kompletnie pijany (w co chętnie bym uwierzyła, gdyż ta Linda jest wyjątkowo szpetna)? I co by było, gdyby Linda zaszła w ciążę? Czy firma Sutton Group byłaby także odpowiedzialna za alimenty, jako, że do zbliżenia (ładny eufemizm, co?) doszło w ich budynku, na ich party? Biedna ta Sutton Group! Tę sprawę też by pewnie przegrała, jako, że od samego początku nie ma fartu. A chociażby w tym, że pub, w którym Linda ”utrwalała” swoje upojenie, widząc, co się święci, przezornie zbankrutował. Już go nie ma. W efekcie czego, sędzia Marchand nakazał firmie Sutton Group pokryć także tę część odszkodowania, którą wypłaciłby bar, gdyby jeszcze egzystował. Tego też nie rozumie nikt! Nawet kanadyjska palestra.
Ciekawa jestem, czy ja, jako podatnik, mogę zaskarżyć rząd o to, że toleruje kopniętych w móżdżek sędziów, którzy mnie pozbawiają hucznych imienin?
Charles Dickens napisał: "the law is an ass" (prawo jest osłem). Ale co on właściwie miał na myśli? Albowiem w języku angielskim słowo "ass" ma wiele znaczeń. Głównie osioł. Lecz imbecyl, idiota a nawet kozioł ofiarny także pretendują do tego "zaszczytnego" miana. ”Ass” w mowie potocznej, to także ta część ciała, na której siedzimy. No to (po angielsku) ja sobie pozwolę na parafrazę tego sławnego cytatu, pisząc: "the law is an onager". Teraz nie ma już żadnej wątpliwości. "Onager" jest to dziki, perski osioł. A po dzikusach, wiadomo ‑ wszystkiego można się spodziewać.
No to idę do kuchni, przygotować sobie kolację. A możeby tak się czymś oparzyć? Po czym mogłabym zaskarżyć Sunbeam'a, General Electric, Panasonic'a, Maytag'a i fabrykantów pozostałych sprzętów o wygórowane odszkodowanie. Trzeba by tylko twardo obstawać przy tym, że TO NIE BYŁA MOJA WINA. I pewnie bym wygrała.
Niech żyje absurd! Vive la grotesque!