OBIECANKI – CACANKI

 

          Nie lubię tych "office" czy też "factory parties". Za często są przyczyną komplikacji życiowych. Jako, że pod wpływem alkoholu, wyzwalają się skrywane dotąd sympatie a następstwa mogą być nieobliczalne w skutkach. Po każdych Świętach, podlanych jeśli nie rzeką, to conajmniej potoczkiem alkoholu, dostaję listy od zawiedzionych pań, które nie tak wyobrażały sobie kontynuację jednej upojnej nocy spędzonej w najbliższym motelu. Ciekawe, że piszą tylko panie. Każda prosi o radę, każda błaga o dyskrecję.

W ciągu wielu lat, otrzymałam wiele takich SOS listów. Tematycznie mało różnią się od siebie. Nieodmiennie chodzi o miłostkę w miejscu pracy. Pamiętam panią, mężatkę, która z powodu współpracownika, kontemplowała opuszczenie męża i zamartwiała się czy on jej aby dziecko odda. Inna pani była rozwódką i właściwie nic nie miała do stracenia, oprócz zranionego ego. Jeszcze inną panią, biurowa "aferka" kosztowała utratę alimentów. Wiele takich spraw przewinęło się przez moje biurko.

          Teraz znowu dostałam podobny list i myślę, że odpowiem nań historią Anny (nieprawdziwe imię). Wtedy bardzo młodej dziewczyny, która naprawdę i naiwnie uwierzyła, że jej ukochany, dla niej rozwiedzie się z żoną.

          Historie tych pań są tak do siebie podobne, że aż wierzyć się nie chce, że w pierwszej dekadzie nowego stulecia, mężczyźni nie tylko nie wymyślili nic nowego, ale jeszcze ciągle wyśpiewują fałszywie, acz głośno, tą samą oklepaną piosenkę: Moja żona mnie nie rozumie!! I, nie do wiary, ale ciągle znajdują się jeszcze takie naiwne, które tą piosenkę podchwytują i wtórują jej, wierząc, że ten radosny duet będzie trwał do końca ich życia. A kuku! Kukułeczka kuka ‑ podrywacz do drzwi puka.

          List od Anny (z Mississauga) brzmiał: Pani Nino! Pracuję w olbrzymiej fabryce, która zatrudnia setki ludzi. Tu spotkałam człowieka, którego pokochałam bez pamięci. On jest Kanadyjczykiem, kierownikiem innego oddziału. Od Wielkanocy ubiegłego roku, kiedy zaowocowała nasza miłość, spotykamy się w moim mieszkaniu. Zawsze po pracy, kiedy tylko jest to możliwe. Staramy się być dyskretni, nigdzie razem niewidziani, dopóki on nie rozwiąże swoich skomplikowanych spraw rodzinnych. Szkopuł w tym, że on jest jeszcze ciągle oficjalnie żonaty. Jestem pewna, że mnie kocha; jest bardzo uczuciowy i bardzo o mnie zazdrosny. Ja muszę tylko uzbroić się w cierpliwość, odczekać jego rozwód, abyśmy byli wreszcie szczęśliwi i razem. Jego z żoną od dawna już nic nie łączy (ona go zresztą nigdy nie rozumiała), ale mają troje dzieci a za chwilę urodzi się czwarte. On jest taki dobry, ma takie miękkie serce, że nie chce żony denerwować przed porodem. Boi się o jej stan psychiczny. Piszę do Pani, bo moje koleżanki mówią, że on mnie zwodzi, że zanim zaczęłam tutaj pracować on sypiał z inną dziewczyną, też Polką. Mówią, że on się nigdy dla mnie nie rozwiedzie i że ja sobie tym czekaniem tylko życie marnuję. Ja myślę, że one mi zazdroszczą, bo po rozwodzie ja już nie będę musiała pracować. Piszę do Pani, bo Pani nie jest stronnicza. Pani dobrze radzi i wierzę, że mi Pani odpisze jak Pani to widzi. Z góry dziękuję...

          Odpisałam wtedy: ”Jak to widzę? Hm. Marnie widzę. Ja wiem tylko o jednym niepokalanym poczęciu. Nie przypuszczałam, że akurat tutaj, w  Mississauga, biblia znajdzie groźną konkurencję! No bo jak należy wytłumaczyć fakt, że ten Pani najdroższy, który nie znajduje wspólnego języka ze swoją żoną, robi jej pod rząd kupę dzieci? Jak? Na milcząco? Na migi? Może listownie? Albo przez fax (słowo dziwnie a propos). Czy Pani nie potrafi policzyć do 9‑ciu? Pani jest z nim ponad rok a jego żona będzie rodziła za miesiąc. Czy łopatą muszę to Pani wyłożyć?

Kochana Moja! Konkluzja jest oczywista! Koleżanki, niestety, mają rację! Dam sobie łeb uciąć, że facet jest nałogowym dziwkarzem. Wykorzystuje fakt, że ma pod sobą (dosłownie) młode, naiwne, z różnych krajów i kultur wywodzące się kobiety i tanim kosztem, wygodnie, uprawia całkiem miły (dla siebie) proceder. Wpierw była tamta, teraz jest Pani, a po Pani będą następne. Natomiast jego żona była, jest i będzie na zawsze jego świętością. Szanowaną, hołubioną i ukochaną małżonką. Matką jego licznych dziatków. Z którą on się nigdy nie rozwiedzie! Żona na pewno nie ma pojęcia, że mąż ją zdradza a spóźnione powroty do domu, spowodowane rzekomymi nadgodzinami, przyjmuje jako dobrą monetę. I jeszcze się pewnie rozczula, że jej biedaczek tak się dla niej i rodziny zabija. Proszę ani na chwilę się nie łudzić, że on dla Pani przeprowadzi rozwód! Bujda na resorach! Ale jeśli Pani zacznie mu truć, popędzać lub czynić wyrzuty ‑ on się murowanie postara  o to, ażeby Pani wyleciała z pracy. I tak to ładnie z innymi kolesiami‑ kierownikami (na pewno nie lepszymi pod tym względem od niego) zaaranżuje, że się Pani nawet od tego odwołać nie będzie mogła. Tacy hedoniści bardzo kochają przyjemności, ale okrutnie nie lubią komplikacji życiowych.

          Chciałabym serdeczną perswazją wybić Pani tego człowieka z głowy. Z innych części ciała też. Ale czy mi się to uda? Wątpię. Miłość jest ślepa i głucha, a to mi strasznie utrudnia zadanie. Wszystko zależy od tego czy mi Pani uwierzy czy nie. Ja wszystkim, nie tylko Pani, odradzam miłostki i romansiki w miejscu pracy. Anglicy mówią: "Never mix business with pleasure", czyli ‑ nie mieszaj pracy z przyjemnością (seksem szczególnie). Bo to się zawsze źle kończy. Lokowanie uczucia w człowieku żonatym nie rokuje przyszłości. Ustawiczne spoglądanie na zegarek, próżne czekanie na telefon, frustracja, kiedy on nie może przyjść ani nawet zadzwonić, samotnie spędzane weekendy i święta, (podczas kiedy on je spędza radośnie na łonie rodziny) ‑ to wszystko prowadzi tylko do nerwicy serca albo żołądka. W każdym razie, do niczego dobrego!

Pani Anno! Ja nie jestem ani dewotką ani świętoszką. Ja się nie oburzam, ja się nie dziwię, ja nie osądzam. Ja jestem tylko przyziemną realistką. Za dużo w życiu widziałam, za wiele w życiu "brałam". Niestety, nie potrafię i nie mogę Pani zapewnić, że Pani love‑story będzie miała happy‑end. Obawiam się, że wprost przeciwnie. Szkoda mi Pani młodych lat dla tego starego satyra. Niech się Pani ratuje! Niech Pani wywali tego człowieka ze swojego życia i niech Pani szuka kogoś, kto będzie zawsze na każde Pani wezwanie, kto za Pani uczucie odpłaci się przywiązaniem, miłością i lojalnością!”

          Ciekawa jestem czy pani, na której list odpowiadam cytując list pisany do Anny, zechce zobaczyć jakąś analogię? Czy zadrga jakaś czuła struna? Bardzo bym się ucieszyła, gdyby ta pani, choć częściowo z moich rad skorzystała. Nie dlatego, że ja jestem taka "kształcuna", tylko dlatego, że, powiem nieskromnie, w tym przypadku ja mam po prostu rację.

          Gwoli prawdy - Anna mi nie uwierzyła. A może nie potrafiła uwierzyć. W każdym razie zaczęła coraz częściej ćwierkać o rozwodzie i, oczywiście, doigrała się. Facet nie tylko brutalnie jej powiedział gdzie wysiada, ale rzeczywiście spowodował wymówienie pracy. Pod pozorem redukcji (w czasie, kiedy trwał nabór.) I Anna zrobiła jeszcze jedno głupstwo, jakie często popełniają porzucone dziewczyny. Zadzwoniła do jego żony! I tu dopiero przelała się jej czara goryczy! Bowiem żona zapytała tylko: "A ty, to jak się nazywasz? Anna? Twoja poprzedniczka nazywała się Beata. Ja wiem, że mąż mnie zdradza. On mnie zawsze zdradzał. Ale kochać, to naprawdę kocha tylko mnie! Mnie te jego zdrady nie przeszkadzają. Przeciwnie. On jest bardzo wymagający pod względem seksu (sex crazy ‑ powiedziała), a mnie się po czworgu dzieciach i dwóch poronieniach, seks dawno odechciał. Jak długo on nie lata z tym na Lakeshore czy Jarvis (nieoficjalna, ”dzielnica czerwonych lamp” Toronto – przyp.mój), to wszystko jest OK."

          Wiem o tym z późniejszych listów Anny. Rozmawiałam z nią tylko jeden raz. Kiedy w swojej bezsilnej złości i żałości chciała skarżyć fabrykę o dyskryminację i niesłuszne zwolnienie z pracy. Szczęśliwie udało mi się wybić jej to z głowy. Wyperswadować, że sprawa wywleczona na forum publicum przysporzyłaby jej tylko jeszcze więcej upokorzenia, a pracy i tak by nie odzyskała. Tam przecież sitwa działa! Mafia menedżerów.

Zdołałam ją namówić, aby się stąd wyprowadziła. Aby zmieniła otoczenie. W tym roku na Wielkanoc dostałam kartkę, że mieszka obecnie w Scarborough, ma dobrą pracę i, co najważniejsze, ma fajnego chłopaka, Polaka. Udzielają się w tamtejszym polskim kościele, snują poważne plany na przyszłość. Anna znowu jest zakochana. Ale na fabryczne balangi nie uczęszcza i Jarkowi też nie pozwala.

          Ja się podwójnie cieszę. Tym, że Anna jest szczęśliwa i, że chociaż raz mnie posłuchała. A kto słucha zdrowej rady ‑ wart w zmartwieniu jest porady!