JA BAJKI TAK LUBIĘ OGROMNIE…   

 

           

          Czytelnicy nadal chętnie zwracają się do mnie po pomoc. No, niby od tego jestem. Ale bywa, że negatywną odpowiedzią, narażam się komuś. Wtedy, zrozumiale, dostaję OPR. Ale za co ten dzisiejszy? Albowiem p. Mariusz A. z Chatham, po przedstawieniu swego problemu (już rozwiązałam, już załatwiłam), ku mojemu zdziwieniu, żegna mnie litanią niezasłużonych zarzutów: dlaczego Pani z taką wrogością odnosi się do biednych? Do głodnych? Na przykład do tych "squeegie kids"? Bo inaczej wyglądają? Bo nie opływaja w dostatki? Czy to jest aż taki grzech? Przecież nie wszyscy są zaradni. Nie wszyscy odrazu spadają na wszystkie cztery łapy. Trzeba mieć trochę serca, trochę zrozumienia, trzeba umieć ludziom współczuć….

          Ale heca! Pan chyba dopiero od niedawna czyta moje felietony. (Ten akurat jest przedatowany. Musiał go Pan znależć na internecie, po opublikowaniu przez jedną z redakcji krajowych). Wtedy "squeegie kids" nie tylko były na tapecie ale mnie osobiście, mocno za skórę zalazły. A skoro już mówimy o "squeegie kids" (tych nieproszonych, tych na chama, przednich szyb ”myjców”) - Pan mieszka daleko i pewnie nie wie, że choć są teraz nielegalni, to ich niedobitki jednak nadal wykorzystują np. okres świąteczny i rezygnację umęczonych kierowców, ażeby nas tyranizować na ulicach Toronto. Z tym, że obecnie nie mają stałych stanowisk, jak dawniej. Teraz co pół godziny, aby wykiwać policję, przemieszczają się z jednej ulicy na drugą. Nie tak dawno, w ciągu dwóch godzin aż trzykrotnie napatoczyłam się na te same nachalne typy.

Aliści z tymi pretensjami, Pan doprawdy trafił jak kulą w płot. Myślę, że moi stali Czytelnicy poprą moje oświadczenie, że ja to "dusza-czełowiek". Zresztą Pan też był ”potrzebowski”, prawda? Bardzo wątpię ażeby Pan tak szybko znalazł kogoś o większym sercu od mego. I nikt bardziej nie współczuje, nie ma większej empatii dla ludzi którzy cierpią, aniżeli ja. Acz, głośno przyznaję, że uczucie to dedykuję wyłącznie tym, którzy na nie zasługują. W moim pojęciu są to ludzie chorzy, starzy, świeżo owdowiali lub tacy, którzy przeszli jakąś tragedię; jakieś własne, swoiste piekło. Ludzie nieszczęśliwi mają w moim sercu zarezerwowane specjalne miejsce. I nigdy nie przejdę obok nich obojętna. Szczególnie przed Świętami wiele o nich myślałam i ubolewałam, że nie każdemu mogę pomóc; nie do każdego mogę wyciągnąć pomocną dłoń.

Nie, proszę Pana! Ja nie gnoję biednych dlatego, że są biedni. Przeciwnie. Lituję się nad nimi. Ja gnoję zawodowych biednych. Za to, że wolą być biedni! Ba, oni wręcz tarzają się w tej przez siebie stworzonej biedzie. Naszym kosztem zresztą. Oni potrafią tylko zazdrościć. Pyszczyć. Żądać. Świnię podkładać. Ale, broń Boże, rączki uczciwą pracą pokalać. Uparcie je tylko wyciągają, bo "im się należy". Żerują na nas! Ja nie gnoję "squeegie kids" (jakie tam znowu "kids"?! Niektórzy mają po 30 lat i wiecej!) za ich wygląd. To co napisałam wtedy – do dzisiaj ciągle podtrzymuję. Nie mam dla nich ani jednego dobrego słowa. Nie za ich wygląd, tylko za to, że mnie straszą i szantażują, kiedy przumusowo stoję na czerwonych światłach i uciec im nie mogę. Są młodzi i zdrowi (jeśli nie liczyć narkotyków) ale furt nie wiedzą co to uczciwa praca. A pracy jest przecież od groma! Jestem też na nich wkurzona za to, że wbrew pozorom, byli i są kastą uprzywilejowaną. A choćby dlatego, że ze swoich wcale nie małych zasiłków społecznych i stokrotnie większego haraczu, wymuszonego na nas, nigdy nie zapłacili złamanego centa w formie podatku. A skoro oni nie płacą acz korzystają z rozmaitych serwisów, płacić za nich muszą Pan i ja. Nie, proszę Pana. To nie są żadne biedusie. Ale jak Pana przekonać?

Wie Pan co? Napiszę Panu bajeczkę. Ja jej nie wymyśliłam. Ja tylko pozwolę sobie bajkę, starą jak świat, trochę zmodernizować i przekazać w bardziej przystępnej dla Pana formie.

 

                * WŁAŚCIWA WERSJA BAJKI EZOPA - TA Z MORAŁEM *

 

          Wszyscy znamy bajkę Ezopa o mrówce i pasikoniku, prawda? O tym jak to biedna mrówka ciężko pracowała przez całe lato ażeby na zimę mieć pełną spiżarnię. A pasikonik śmiał się, bawił, spiewał, tańczył i nabijał z mrówki, że marnuje słoneczne dni. Że taka nudna, że taka pracowita. Ot, mrósia-pracusia i żadnego z niej pożytku dla wesołego pasikonika z polotem. Ale po tem przyszła zima. Mrówka zaszyła się w ciepłym mrowisku. Beztroski pasikonik nagle stał się "troski". Zażądał  od mrówki ażeby się z nim podzieliła swoimi zapasami. Ażeby dała mu chatę, wikt i opierunek. Wszak jemu też się coś od życia należy.

Nawet nie ze złej woli, tylko niepewna czy zdoła oboje wyżywić ze swoich zapasów, zmęczona mrówka odmówiła pomocy namolnemu pasikonikowi. Ten zaś, zmarznięty, nie mając co jeść ani gdzie mieszkać – wkrótce po prostu zakrył się nogami i wykitował. W myśl porzekadła, że bez pracy - nie ma kołaczy!

          Ta bajka Ezopa (VI wiek przed naszą erą), która powinna czynić sens po wsze czasy, nie znajduje wszelako zastosowania w Kanadzie, z początkiem XXI-go wieku. Ech, niech ja stracę. Dopomogę wielkiemu Ezopowi przełozyć jego starożytne dzieło na nowożytne realia.

 

                * WERSJA NIEWŁAŚCIWA, Z MORAŁEM a la NINON *

 

          Mrówka tyra jak durna w pocie czoła i robi zapasy na zimę. Nie wie co to sen, co to odpoczynek. Urlop - rzecz nieznana. Na szczęście jesień jest ciepła i długa. Ale kiedy sroga zima przychodzi, nasza mrówka niczym się nie martwi. Siedzi sobie w ciepłym mrowisku i odpoczywa. Leniwie ogląda TV i od czasu do czasu coś tam sobie podjada. Ma z czego. Wszak po to tak harowała i robiła zapasy.

          Ale pasikonik nie ma nic! Więc idzie do mrówki na żebry. Tylko, że on nie prosi. O nie! On żąda. Głośno. Aliści nic nie wskórał. Przeciwnie. Za frajer dostał tylko paternoster i został pouczony jak należy chodzić wokół swoich spraw, jak zabiegać o dobrobyt i swoją przyszłość. Wkurzony jej gadaniem, nie otrzymawszy żadnej doraźnej pomocy od zołzy-kapitalistki, głodny i trzęsący się z zimna, wpada na szatański pomysł.

Zwołuje konferencję prasową! Domaga się wytłumaczenia dlaczego nasz rząd zezwala tej cholerze-mrówce mieszkać w cieple i opływać w dostatki, podczas kiedy inni zamarzają i nie mają co do gęby włożyć. Podnosi się nieludzki raban.  Wszystkie nasze stacje telewizyjne: CTV, Global, TVO i inne, rzucają się drapieżnie na nowy (?!) temat. Stoją w kolejce po wstrząsające wywiady z pasikonikiem. Szczególnie szokujące są dwa (odpowiednio dramatycznie przybliżone) kadry: na jednym pokazują trzęsącego się z zimna (i wściekłości) pasikonika, a na drugim - zadowoloną ze siebie mrówkę, w jej przytulnym mrowisku.

          Cała Kanada, od Atlantyku do Pacyfiku, jest wstrząśnięta tym potwornym kontrastem! Jak to jest możliwe, ażeby w tak bogatym kraju, biedny pasikonik musiał tak straszliwie cierpieć?! - rozlegają się zewsząd podniesione głosy dobrogłupków (tych, co to każdemu chcą nieba przychylić, bez względu na koszt. Byle nie ich.) Więc natychmiast powstaje KPZO (Kanadyjskie Stowarzyszenie Zielonych Owadów), którego pyskata reprezentacja pierwsza zabiera głos na każdym zebraniu, oskarżając biedną mrówkę o "dyskryminację zielonych" (nie pieniędzy, oczywiście). Dr. A. Glupek z miejsca udostępnia swoją pracę doktorską na temat ”zielonych” (która dotąd nie ujrzała światła dziennego tylko dlatego, że to nudy na pudy i nigdy nikogo nie interesowała). Jego badania wykazują niezbicie, że pasikonik jest ofiarą 10 milionów lat uprzedzenia rasowego do "zielonych" i, że nadszedł czas, ażeby teraz, w 2004r, położyć kres tej potwornej niesprawiedliwości.

          Telewizyjny prezenter Mike Bullard nie wyrywa sobie włosów z głowy, tylko dlatego, że jest łysy. Ale za to ma temat do pół tuzina programów. Gęba mu się nie zamyka. Inne kanały też wałkują i komentują ten skandal. Nawet w USA robi się potężny szum. Oprah, Leno, Letterman biją się o pierwszeństwo wywiadu z pasikonikiem. Podstawiają limuzyny, fetują w studio i luksusowych hotelach. Pasikonik, jest w swoim żywiole, Wciska frajerski kawior i popija szampanem. Wszyscy mu współczują. Ubolewają i ronią gorące łzy nad jego losem. Przy sposobności (tak jakby oni nie mieli własnych pasikoników, nnnno, może nie tak elokwentnych) opluwają Kanadę, odsądzają od czci i wiary za serce z kamienia. Za braki zacofanej opieki społecznej. Na koniec wszystkich programów, widownia z zapałem głośno odśpiewuje nowy szlagier sezonu: "It's Not Easy Being Green" (co wcale nie jest znowu takie nowe, jako, że jest to stara piosenka "Kermita" z programu "The Muppets".) Ale pasuje idealnie do pasikonika, masowej histerii massmediów i nagminnie pranych móżdżków telewidzów.

          Tymczasem w Kanadzie, pan premier (w ostatnich dniach swej kadencji), pojawia się na ekranach naszych stacji telewizyjnych. Oświadcza, że zrobił wszystko co było w jego mocy ażeby pasikonik, któremu niesłusznie zamknięto drogę do dobrobytu za czasów jego konserwatywnego poprzednika (dziesięć lat temu), odzyskał to, co mu się słusznie należy. I, aby nie być gołosłownym, zanim jego następca przejmie władzę (i broń Boże anuluje jego ostatni, hojny gest), od razu ciepłą rączką, odpala wysoki "grant". Na rozwikłanie problemu "zielonych". I opracowanie nowej ustawy gwarantującej im dobrobyt na równi z wszystkimi innymi owadami w ogólności, a mrówkami w szczególności.

          No to KPZO, wraz z kilkoma nowo powołanymi w tym celu rządowymi komisjami do spraw "zielonych" (każda z prezesem, zastępcą prezesa, rzecznikiem, skarbnikiem i armią urzędasów) ochoczo rzuca się przygotowywać  projekt ustawy, która będzie odtąd znana jako: ESKAZ (Ekonomiczna Sprawiedliwość i Karalność Anty-Zieloności). Wypłacone zostaną odszkodowania, przy czym będą one, oczywiście, retroaktywne do początku jesieni, kiedy to problem zaistniał. W pierwszym rzędzie ma na tym skorzystać inicjator i bohater dnia, biedna ofiara niesprawiedliwości,  nasz znajomy pasikonik.

Ale na razie członkowie owych komisji odwiedzają (1-szą klasą, oczywiście!) różne zamorskie kraje, celem zorientowania się czy tam też mają podobne problemy i co tam  się robi ażeby ulżyć doli pasikoników.  Chcą w przyjacielskiej atmosferze omówić i porównać ich ustawy z ustawami proponowanymi w Kanadzie i z niedowierzaniem przyjmują do wiadomości, że nikt nie jest świadomy jakiegoś problemu.  Ba, co gorsze, nikt nie rozumie o co w ogóle tym zwariowanym Kanadolom chodzi.

W międzyczasie, jakiś dociekliwy reporter odkrył, że mrowisko znajduje się na rządowej polanie. Nooo, teraz KPZO ma bombę-argument! Postuluje, że mrówka nie powinna tam w ogóle mieszkać, albowiem mrowisko (jak wszystko co państwowe) winno być subsydiowane i oddane do użytku, biednym.

 Mrówka staje przed sądem pod zarzutem, że: 1) mieszkała tam nieprawnie, 2) gromadziła zapasy, imputując tym samym, że w Kanadzie mogą wystąpić jakieś braki 3) nie przyjęła do siebie "zielonego", czym dała oczywisty dowód uprawianej dyskryminacji.

Mrówka zostaje ukarana wysoką grzywną. A, że nie ma z czego zapłacić (wszak całe życie pracowała za darmo) tedy władze, bez nijakiej żenady, konfiskują jej mrowisko. Niech świat widzi jaka u nas sprawiedliwość! Eksmitowana mrówka chce się bronić, chce założyć apelację ale, bez pieniędzy, żaden adwokat nie kwapi się z podjęciem jej obrony. "Legal Aid" jej się nie należy, gdyż w chwili gdy ją oskarżono, opływała w dostatki. Aliści my żyjemy w demokracji (czyżby?!) Więc w końcu, po długich ceregielach, przyznają jej jednak obrońcę z urzędu. Niestety, obrońcą jest pewna samotna matka, która może swój cenny czas ofiarować tylko w godzinach pomiędzy 14-16tą, tj. gdy kończą się w TV "mydlane opery" a zanim dzieci powrócą ze szkoły. Żaden sąd na tak specyficzne godziny zgodzić się nie może, wobec tego proces odbywa się bez obrony. Mrówka w wyniku wyroku zaocznego – apelację przegrywa.

          W epilogu, pasikonik dostaje wysokie odszkodowanie i subsydiowane mieszkanie. Gdzie? W mrowisku biednej mrówki, oczywiście. Radośnie i łakomie wyżera resztki jej pożywienia, ale...Ale nawet przy swoim nowym statusie "świętej krowy", wszystko wokół niego zaczyna się wnet nieubłaganie walić. Dlaczego? Bo pasikonikowi nic się nie chce robić. Po co? Wszak jemu się należy! Na przykład, nie uzupełnia braków w spiżarni. Czeka ażeby hamu-papu ktoś mu dostarczał do mrowiska. Do banku żywności ani mu się śni pofatygować, bo za zimno i za daleko. Nie potrafi utrzymać porządku w mrowisku, więc brud i smród panuje tam niebotyczny. Pasikonik nie myśli o sprawach przyziemnych. O tym, że nawet symboliczny czynsz, trzeba jednak uiszczać. Okazuje się, że życie jest brutalne i nie wszystko w nim jest tak całkiem za darmo!

Nie płacił, więc odcięli mu dostawę prądu. Jest mu zimno. Głodno. Poza tym pasikonik strasznie się nudzi. To nie jest żadne życie! Nie może oglądać TV. I stąd nie wie nawet, że tam na górze właśnie odbyły się wybory. Że następca "dobrego" premiera, jakiś wredny, pewny siebie facet, przy wielkim aplauzie zapowiada, że jego rządy będą wprawdzie "fair", ale koniec z naciąganiem. Kto nie pracuje - ten nie je! I nie słyszy hucznych braw podatników, nagle przebudzonych z letargu

          Pasikonik usiłuje znowu zainteresować swoim tragicznym losem KPZO oraz inne (z każdym dniem liczniejsze), komisje ESKAZ. Śle jeden list za drugim lecz, o dziwo! - na swoje monity nawet nie otrzymuje odpowiedzi. Pasikonik nie wie, że ażeby utrzymać się przy żłobie, te komisje muszą teraz eksponować następne "ofiary" losu. Do pasikonika nigdy już nie powrócą. Albowiem zajęcie się ponownie jego sprawą ukazałoby światu gorżką i bardzo niewygodną im prawdę. A mianowicie, że ich taka, miłosierna przecież, inicjatywa, poniosła kompletne fiasko. Że niepotrzebnie wydano kupę forsy podatnika na nieudacznika. I jeszcze, broń Boże, nawet najtępszym ciołkom-wyborcom mogłyby się otworzyć oczy na ich zwietrzałą, lewacką ideologię. Jeszcze gotowi zażądać ażeby te komisje (takie intratne przecież!) rozwiązano. Ooo, a co to - to nie! Wobec tego, na wszelki wypadek: "panie pasikonik, proszę wont!"

Czy doszedł do Pana morał mojej bajeczki? Każdy chce. Każdy żąda. Każdemu rzekomo coś się należy. Wszystkim solą w oku jest dobrobyt sąsiada. Czy to ważne, że on ciężko nań pracował? Nie! No to dawaj ten majątek (pośrednio,  choćby przez podatki) odbierać i rozdzielać! Skąd my to znamy, proszę Pana? Gdzie myśmy tą zwariowaną (acz groźną) doktrynę już widzieli w akcji? Gdzie jest ten kraj, w którym oficjalnie nie było żebraków, ale po 8 dekadach tego raju, aż 250 milionów dzisiaj nimi jest? Niezasłużenie, bo ten biedny, za mordę trzymany naród, przecież ciężko pracował. (Stachanow się Panu kłania).

To nie Wałęsa rozwalił komunizm, tylko utopijna doktryna usiłująca ad infinitum czerpać z pustego?! Czy Pan chce ażeby Kanada podzieliła los tych biednych ludzi? Czy po to pryskał Pan z Polski do Kanady? No bo przecież tym się to musi skończyć jeśli będziemy tak dawali bez umiaru. Dobroczynność nie jest obowiązkiem. Jest przywilejem. Więc trzeba zamknąć państwowy trzosik. Nasi politycy nie potrafią spojrzeć nam w oczy (czy Pan widzi ile obietnic złamano w ciągu tylko trzech miesięcy po wyborach?), więc patrzmy im na ręce. Nie pozwalajmy ażeby oni byli tacy hojni (i popularni) naszym kosztem.  Anglicy mówią: "charity begins at home" i mają świętą rację. Młodzi i zdrowi nie mają prawa do biedy!

Ktoś musi to nagłaśniać. Ja się nie cofnę z zajętego stanowiska. Jeśli Pan uważa, że jestem za surowa - życzę Panu zdrowo dożyć do emerytury. I życzę, ażeby rządowe kufry nie ziały wtedy pustką. Ażeby pozostało w nich na tyle, aby jeszcze i dla Pana było. Albowiem utrzymując na zasiłku taką zgraję darmozjadów, dla Pana może już nie starczyć. Pomimo, że Pan na to uczciwie przez wiele lat łożył.  Boziu! Spraw ażebym krakała!

Czego z Nowym Rokiem życzą Panu – kominiarz i ja.