PASZPORTY POD CHOINKĄ
(Nowelka na czasie. O wymarłej klasie)
Historia opisana poniżej jest prawdziwa. Jej bohaterka, a raczej antybohaterka, zafascynowała mnie od pierwszej chwili, kiedy tylko o niej usłyszałam. Skompletowanie jej bajecznie kolorowego życiorysu zajęło mi wiele lat. Nie łatwe było podjęcie decyzji, co z moich zapisków jest ważne a co nie, i ułożenie ich w należytym porządku chronologicznym. Przydały się wypowiedzi nielicznych, (jakich nielicznych? Na palcach jednej ręki można ich było policzyć!) jej ”oddanych przyjaciółek”. Tak oddanych, że suchej nitki na niej nie zostawiały. Tudzież kilku ”gentlemanów”, którzy dawali mi do zrozumienia, że znali ją nie tylko bliżej, ale wręcz najbliżej. A, że wrodzona galanteria zabraniała im o tym mówić, dlatego śpiewali. Jak kanarki. Dzióbki im się nie zamykały. Odnotowałam strzępki wspomnień jej rodziny. Oglądałam stare albumy fotograficzne. Ale najbardziej bulwersowały mnie opowiadania jej córki Marysi, jednej z nielicznych Polek na mojej uczelni (była już odpowiednikiem polskiego adiunkta, kiedy ja dopiero zaczynałam.) W uniwersyteckiej stołówce, nad miseczką budyniu z ryżu (tfu!), Marysia odmalowywała nieprawdopodobne peregrynacje swojej matki a ja zdychałam wręcz z chęci poznania tej fascynującej i niezwykłej, kobiety.
Pierwszy raz miałam okazję spotkać panią Klementynę na ślubie Marysi. Po raz wtóry spotkałyśmy się na jej pogrzebie. Przy składaniu kondolencji starsza pani poprosła mnie abym kiedyś do niej wpadła. Wnet, po następnej tragedii, stałam się jej częstym gościem. Z początku rozmawiałyśmy tylko o Marysi i Januszu i tej pustce po nich. Dopiero po jakimś czasie nabrałam na tyle śmiałości, ażeby zaczepić ją o tą jej szaloną młodość. Żachnęła się. Zrazu odmówiła. Później widocznie zmieniła zdanie. Z początku przekazywała swe reminiscencje półgębkiem. Często urywała w pół zdania. Aż nagle, bez widocznego powodu, rozkręciła się. No i poleciało…..
Boże! W jaki inny i dziwny wprowadziła mnie świat! Biorąc poprawkę na ludzkie uprzedzenia i to, że najczęściej widzimy bliźnich poprzez pryzmat ”3Z” tj. złośliwości, zawiści i zazdrości – teraz, na Święta, w tym okresie pokoju ludziom dobrej woli, postaram się zamienić wymienione wyżej ”3Z” na: zręczność, zuchwałość i zdrowy odruch przeżycia w zwariowanych czasach.
PIERWSZY BYŁ POLSKI
Ich przyjście na świat (z różnicą 40‑tu minut), od razu było inne od innych. Starsza, Klementyna, urodziła się przed północą pod znakiem Strzelca, zaś młodsza, Gabriela, po północy, już pod znakiem Koziorożca. Stąd świadectwa urodzenia identycznych bliźniaczek opiewały na dwie różne daty. Niebywałe! Ich, nie najpierwszej młodości, arystokratyczni rodzice należeli do śmietanki towarzyskiej, z koligacjami w “Who is Who” w kraju i zagranicą. Byli też, oczywiście, nieprzyzwoicie bogaci. A w życiu tak już dziwnie bywa, że dzieci urodzone przez starszych rodziców są, na ogół, bardziej inteligentne i sprytniejsze od innych.
Kama i Ela nie stanowiły wyjątku. Były wcielonymi diabełkami z buziami aniołków. Rzesze rozmaitych Miss, Mademoiselle i Fraulein, dobrowolnie rezygnowały z wysokiego uposażenia oraz komfortowych warunków i wolały pryskać gdzie pieprz rośnie. Byle tylko nie być przedmiotem ich ”niewinnych” figli. Modus operandi zawsze narzucała Klementyna; Gabriela pokornie podporządkowywała się siostrze. W obecności zaślepionych rodziców były arcy‑grzeczne, układne i słodkie jak lukrecja. To też, zrozumiale, uważano je za szczyt dziecięcej doskonałości. Może to było przyczyną, że słowo NIE nie było im znane. W ogóle nie figurowało w ich wokabularzu.
Problemy zaczęły się piętrzyć dopiero wtedy, kiedy jedna po drugiej szkoła w Warszawie, wylewała je na zbite buziuchny, bez najmniejszego żalu wyrzekając się podwójnego, wysokiego czesnego. Dopiero, kiedy nawet prywatne pensje, pobierające bajońskie sumy za kształcenie panien z wyższych sfer, również zamknęły przed nimi swe podwoje, doszło wreszcie, acz nie bez pewnego trudu, do zacnych rodziców, że ich córki mają jakiś poważny mankament. Bardzo tym faktem zmartwieni, zaczęli szukać dla nich edukacji gdziekolwiek, choćby nawet na prowincji.
Taki prywatny zakład, niedbający o ”drobne” detale, znalazł się dopiero na Podkarpaciu. Uszczęśliwieni rodzice, co pół roku wczytywali się z zachwytem w wspaniałe świadectwa, najeżone celującymi stopniami. I odręczne pisane peany pochwalne pani przełożonej, na cześć ich genialnych córek. O czym rodzice atoli nie wiedzieli, był fakt, że pani przełożona, kobieta mądra, z kolosalnym doświadczeniem życiowym, pod nazwą przedmiotów ścisłych, wprowadziła swój własny, zupełnie inny i bardziej przydatny dla jej studentek, program nauczania.
Będąc świadoma, że jej podopieczne nigdy nie zostaną mózgami stulecia, zaniechała nauk matematyki, fizyki czy chemii i po prostu uczyła je życia. Najbardziej zbliżonymi do matematyki przedmiotami były: nauka gry w brydża, sztuka typowania i obstawiania koni na wyścigach oraz wycenianie (na oko) wartości ofiarowanej biżuterii. W tych przedmiotach, obie panienki istotnie okazały się fenomenalnie pojętne.
Uczono je, że papierosy pali się tylko w cygarniczce. Ażeby paznokcie nie żółkniały. Wnet wiedziały, w jakich kieliszkach i do czego podaje się rozmaite trunki. A gdy się pije, obojętnie czy herbatę z filiżanki (wyłącznie sewrskiej), czy alkohol z kieliszka, broń Boże, nie wolno unosić małego paluszka. A fe! Uczono jak elegancko zakładać nogę na nogę, jak wsiadać do auta nie pokazując majtek i, że najważniejszą częścią garderoby są jedwabne dessous oraz pajęczej cienkości pończochy. I jedwabne podwiązki. (No proszę, jak w naturze nic nie ginie! Moda wraca jak bumerang!)
Służbę należy traktować grzecznie, ale stanowczo. Nie wolno się spoufalać. Odmawiając tańca jednemu panu ‑ pójście na parkiet z drugim, równa się towarzyskiemu samobójstwu. Uczono jak wychodzić z lokalu: na własnych nogach i z tym, z kim się przyszło. Jak się ubierać? Proste. Sprowadzać żurnale z Paryża lub Wiednia i obstalowywać na miarę. Gotowania lub przyszywania guzika ‑ takich bzdur nie uczono. Natomiast każda panienka umiała tańczyć, grać na fortepianie, malować, znała języki obce. Każda jeździła konno, na nartach, każda umiała pływać. W arkana tańca salonowego (i innych uciech cielesnych) wprowadzał je pułk ułanów, stacjonujący w pobliskim miasteczku. Do kościoła chodziły tylko w niedziele i święta, bowiem w tygodniu, po południu urządzano dla nich ”five o'clocki”. Celem nabrania ogłady towarzyskiej, nieskazitelnych manier i super wprawy we flircie.
Nie wiem, w którym roku panienki otrzymały świadectwo dojrzałości. W każdym razie, szalejący ze szczęścia rodzice wysłali je zaraz po dalsze nauki do Paryża, na Sorbonę. Powróciły w rekordowym tempie. Bez dyplomów wprawdzie, ale za to z kuframi szałowych kreacji (pilnie zaraz kopiowanych przez rodzime elegantki). Do Francji jechały, ściskając w rączkach swoje pierwsze w życiu paszporty, skromne nastolatki: Klementyna i Gabriela. Do Polski wróciły jako Kitty i Gaby, lwice salonowe i damy. (To ostatnie słowo miało odegrać w ich późniejszym życiu niepoślednią rolę. W zależności od sytuacji, było albo rzeczownikiem lub czasownikiem. Lecz najczęściej obietnicą).
Po ich powrocie, kochający rodzice natychmiast zakupili dla nich realność w Alei Róż, w samym sercu eleganckiej Warszawy. Obie panienki, wraz ze służbą, zamieszkały na dwóch piętrach. Dzięki krezusowym zasobom rodziców, mogły oddawać się z kretesem ”dolce far niente”, czyli słodkiemu nieróbstwu. Przyjaźniły się z warszawską bohemą, między innymi z starszą od nich parą sławnych sióstr, Samozwaniec i Jasnorzewską - Pawlikowską. Nie wiem czy to pod wpływem tej ostatniej, nagle wysublimowana, nagle natchniona Ela zaczęła pisać egzaltowane, łzawe wiersze, których nikt normalny i trzeźwy, dobrowolnie czytać nie chciał.
Energiczna Kama nie mogła usiedzieć na miejscu. Życie łapała garściami. Pływała w Sopocie, jeździła na nartach w Zakopanem, polowała z panami w dobrach hr. Michała, jej oddanego ”giermka”. Kupiła sobie samochód i zasuwała po wyboistych szosach aż… 100 km na godzinę. Jako najmłodsza, przeszła przez harem Witkacego. Hemar dla niej napisał szlagier, który wnet cała Polska śpiewała. W nocy tańczyła w ”Adrii”. Dnie spędzała w kawiarniach, otaczając się luminarzami na równi z cyganerią. Popołudnia przeznaczała na sprawy osobiste. Prozaikę dnia powszedniego: fryzjer, szewc, manikurzystka, skrobanka, krawcowa, dentysta czy modystka. Wyścigi konne i rewie mody były jej główną pasją.
Ela, za każdym razem śmiertelnie zakochana, swoje dnie i noce poświęcała kolejnemu narzeczonemu. Związki te nie były długie ani trwałe. Natomiast bardzo trwałe były klejnoty, które na otarcie łez dostawała przy kolejnym rozstaniu. Roztropnie korzystała z pobranych niegdyś nauk. Na jeden rzut oka potrafiła ocenić (z minimalnymi odchyleniem), ilość karatów każdego ”blauweiss'a”, stwierdzić czy nie zawiera skazy a już, broń Boże, węgla. Jej kolekcja brylantów i innych drogich kamieni przybrała tak poważne rozmiary, że w przepięknym (wyłącznie dla dekoracji) kominku w salonie Kamy, zmuszone były zainstalować wcale pokaźny sejf. Kama wyśmiewała upodobania siostry. Nabijała się z niej, że obwieszona biżuterią, wygląda jak choinka.
A jeśli już o choinki chodzi, to ona, Kama, chciałaby pod nią zawsze znaleźć jakiegoś przystojnego pana, albo na przykład… nowy paszport. Dlaczego akurat takie życzenie? – zapytałam. Pani Klementyna nie wie. Sama sobie często zadaje to pytanie.
Niczym za czarodziejskim dotykiem wróżki, jej życzenia zaczęły się spełniać. Tuż przed Świętami, w ”Adrii”, (kto by tam dbał o adwent), podczas szalonego ubawu na rzęsach, bawiący się obok w innym towarzystwie, pewien bardzo przystojny rotmistrz nie spuszczał z niej oka. Kama, z nad fifki, długiej jak jej ramię, i z pod rzęs mało co krótszych, wyznała ze śmiechem hr. Michałowi, że nie miałaby nic przeciwko temu, ażeby tego rotmistrza kiedyś pod choinką znaleźć. O uwadze wnet zapomniała.
Wigilię obie panie tradycyjnie spędzały u rodziców. Ale zaraz po pasterce odmeldowywały się na całe Święta. W pierwszy dzień Świąt, Kama urządzała bankiet u siebie, na drugi dzień ‑ Ela. Oczywiście stroną kulinarną zajmowała się ochoczo załoga hotelu ”Bristol”, (wówczas najelegantszego lokalu w Warszawie), która, dzięki nim, bez wysiłku dorabiała sobie 13‑tą a nawet 14‑tą pensję.
W tym roku, kiedy u Kamy otwarto uroczyście drzwi do salonu, jarzyła się tam kolorowymi świeczkami ogromna choinka. A pośród paczek i paczuszek leżał w stroju adamowym, tylko z olbrzymią, czerwoną kokardą przez piersi, tenże pan rotmistrz z ”Adrii”. Urżnięty do nieprzytomności. Oklaski i śmiechy zapowiadały wspaniałą zabawę. Kama rzuciła fachowym okiem na możliwości pana rotmistrza i jęła dziękować hr. Michałowi za uroczy prezent gwiazdkowy. Niestety, prezent, tj. pan rotmistrz (zaraz okryty obrusem), po względnym wytrzeźwieniu, wcale nie okazał się pysznym kompanem. Zrobił karczemną awanturę, wyzwał hr. Michała na pojedynek, i zażądał zwrotu munduru. Ubrał się w sąsiednim pokoju, po czym trzasnąwszy, nie obcasami, ale drzwiami ‑ wyszedł bez pożegnania.
Po paru godzinach zjawił się, nieanonsowany, jakiś przystojny, elegancki pan. Przedstawił się łamaną polszczyzną: August von Bruck. Austriak, przyjaciel rotmistrza z licznych zawodów hippicznych. Przeprosił, że nachodzi. Przyjechał prosić o zwrot pamiątkowej papierośnicy rotmistrza. Zapewne wypadła z kieszeni przy przebieraniu. Papierośnica istotnie znalazła się pod krzesłem. Biedny pan rotmistrz tej nocy miał nie tylko potężnego kaca, ale nawet zapalić sobie nie mógł. Bowiem pan August nie opuścił mieszkania Kamy ani tej nocy, ani przez parę następnych.
DRUGI BYŁ AUSTRIACKI
Kilka miesięcy później, Kama, ku olbrzymiej radości rodziców, z wielką pompą i paradą wyszła za mąż i została baronową von Bruck. Pod choinką znalazł się austriacki paszport. Przez rok kursowała pomiędzy Wiedniem a Warszawą. Urodziła córeczkę Marię-Teresę i, ku zdziwieniu wszystkich, stała się wzorową żoną i matką. Kiedy nastąpił ”Anschluss”, Kama z dzieckiem i boną przebywały akurat w Warszawie. Ustalili telefonicznie, że August dołączy zaraz po zlikwidowaniu swoich spraw i domu. Niestety, zamiast do Warszawy, trafił do Dachau i nigdy więcej już go w życiu nie ujrzała.
Nad Polską zbierały się chmury. Przewidujący rodzice, którzy mieli także willę we Lwowie, tam się ewakuowali. Pełni niepokoju, namawiali córki, aby pojechały z nimi. Ale obie panie, zapewniane przez swoich kompanów z ”Adrii”, nie wierzyły w możliwość wojny. (Po pierwszych bombach, ci sami panowie pierwsi wybyli w siną dal).
Teraz już nie czekały. Kama, za ciężkie pieniądze, zdołała jeszcze obstalować u swojego rymarza, nierzucającą się w oczy, skromną walizkę, lecz z podwójnym dnem. Tam ukryły Eli klejnoty i dokumenty. Spakowały, co się dało i z Marysią i jej boną, pojechały Kamy autem do Lwowa. Tam, ku swemu zdziwieniu, odnalazły pół eleganckiej Warszawy i życie, jak na wojenne warunki, upływało im całkiem znośnie. Beztrosko nawet i wesoło.
TRZECI BYŁ RADZIECKI
Trzeciego pszportu Kama nie znalazła pod choinką. ”Dobrowolnie – zmuszona” sama go sobie wyrobiła. Po wejściu Rosjan, każdy, kto żyw, musiał mieć ich paszport. Brak takowego równał się zsyłce na Sybir, aczkolwiek posiadanie go niczego nie gwarantowało; ”krajoznawczej wycieczki” wcale nie wykluczało. Bona pewnego dnia, po prostu znikła. Obie panie, które w paszportach podały się za nauczycielki, niepewne jej politycznych intencji, na wszelki wypadek, Lwów szybko opuściły.
Zakotwiczyły się na Wołyniu, biorąc się, po raz pierwszy w życiu, do uczciwej pracy. Wysportowana Kama uczyła gimnastyki, madame Ela języka francuskiego. Sympatyczny komandir, który stacjonował w tym samym domu, stał się teraz częstym gościem. Za prywatną naukę i konwersację po francusku (czy tylko?) znosił artykuły żywnościowe, niedostępne cywilnym śmiertelnikom. Czy to jemu zawdzięczały, że się od wywózki uchowały? ‑ tego pani Kama nie wie. Ich rodziców, niestety, ze Lwowa wywieziono i wszelki słuch o nich zaginął. Marysia była wtedy kilkuletnią dziewczynką. O manierach hrabianki, ale języku ulicy. I, jak miliony jej rówieśników ‑ jeszcze jednym tragicznym dzieckiem, pozbawionym dzieciństwa.
CZWARTY BYŁ NIEMIECKI
Po natarciu Niemców na Rosję, natychmiast powróciły do Lwowa. Kama, ukryła radziecki paszport w skrytce walizki. Legitymując się teraz paszportem austriackim, dowiedziała się od władz niemieckich, że jako obywatelka Ostmark (nowa nazwa Austrii), ma automatyczne prawo do paszportu Rzeszy. To też na Boże Narodzenie pod jej choinką znalazła się ”Kennkarte”. Nie paszport sensu stricto, ale bardzo ważny jego odpowiednik. Z jednej strony coś znienawidzonego, a z drugiej strony coś cholernie przydatnego.
Pojechały do Warszawy. W ich luksusowych apartamentach mieszkali niemieccy dygnitarze. Ela swoje mieszkanie straciła bezpowrotnie, ale Kama nie dała za wygraną. Uzbrojona w swoją Kennkarte, tak długo pani baronowa po ”Wohnamt'ach” chodziła, tak długo trzepotała długimi rzęsami przed rozmaitymi prominentami, aż sobie w końcu swój apartament na powrót wychodziła. Było trochę zdewastowane, ale było. I to w nietykalnym, ”niemieckim” sektorze. Właściwie wtedy dopiero pojęła, że ten dokument jest na wagę złota. Miał jednakże wysoką cenę. Starzy przyjaciele nie podawali jej ręki; znajomi udawali, że jej nie poznają.
Ale za to mogła oficjalnie zatrudnić Elę jako ”guwernantkę do dziecka”, dzięki czemu Ela mogła z nią mieszkać w bezpiecznej dzielnicy. Kama bardzo chciała pracować, ale o pracy – mowy nie było. Ona nie chciała pracować u Niemców, Polacy zaś nie kwapili się do zadrudnienia ”Niemki”. Żyły więc z handlu. Z wysprzedawania mebli i obrazów, złotych dwudziestodolarówek oraz pomniejszych, tych wyśmiewanych niegdyś, ”niegustownych świecidełek” Eli. Kiedy mieszkanie zwolna pustoszało, Kama postanowiła jechać do Lwowa, mając nadzieję, że w willi rodziców uchowały się może jakieś obrazy. Chciała je spieniężyć. Liczyła na to, że ponieważ ich willa we Lwowie też znajdowała się w tzw. deutsches Viertel, czyli dzielnicy niemieckiej - jej obecni lokatorzy nie będą znali się na Siemiradzkim, Wyczółkowskim, Malczewskim czy Kossaku. (Przewidujący tatuś bezbłędnie wiedział jak i w co lokować kapitał!) Marysię zostawiła pod opieką Eli i pojechała.
PIĄTY BYŁ WŁOSKI
Willa była, oczywiście, zarekwirowana i zamieszkana. Ale, o dziwo! Nie przez Niemców. Ordynans zaprowadził ją do pana pułkownika, szaleńczo przystojnego Włocha. Wytłumaczyła mu po francusku (niemieckiego nie znał), kim jest i po co przyjechała. Dla pewności okazała dokumenty.
Włoch był bardzo szarmancki. Zaproponował jej, aby się tutaj zatrzymała. Powiedział nawet, że to on jest przecież w tym domu intruzem. Obrazy były! Zdziwił się, że chce je odebrać, bo jemu się zupełnie nie podobają. Pan pułkownik obiecał, że jutro przydzieli jej kilku żołnierzy do pakowania. A na razie zaprosił ją na kolację do restauracji hotelu ”George'a”. Niegdyś był to najelegantszy (może jest nawet i do dzisiaj) hotel we Lwowie. Patrzyła na salę z rozrzewnieniem. Boże! Żeby ten Włoch wiedział ile, i z kim, szalonych nocy ona na tej sali spędziła!
Po powrocie do domu, popłynęły jeszcze jedna i druga butelka Chianti. A i oni też ”popłynęli”. Kiedy po paru dniach, zakochany po uszy, poprosił ją o rękę ‑ nie odmówiła. Uwierzyła mu, że Włosi są w sercu pacyfistami, że wcale nie chcą polskiej zguby. Że oni chcą kochać, śpiewać a nie walczyć. Dostał urlop. Pojechali do Barletty, skąd pochodził. Tam się pobrali. (Choć nie miała przy sobie żadnego dokumentu stwierdzającego śmierć Augusta – w dokumentach napisała ”wdowa”.) Księżulo zresztą nie sprawdzał. Co on tam wiedział? Była wojna. Una straniera (obcokrajowiec), baronessa na dodatek i miejscowy, włoski oficer - w małym miasteczku był to mariaż stulecia. Jemu wystarczyło, że ta pani jest katoliczką i umiała modlić się po łacinie.
Kama nie zasypywała gruszek w popiele. Od razu sypnęła się do Rzymu, gdzie w tempie przyśpieszonym, acz nie bez pomocy polskiego ambasadora przy Watykanie, Kazimierza Papee (starego przyjaciela rodziców), zdołała wyrobić sobie paszport. Włoski tym razem. Wrócili do Lwowa. Kama owinęła swój nowy paszport w bibułkę i, jako prezent od Enza, położyła go pod choinką.
Ale Niemcom znudziły się ustawiczne raporty o wiecznie znikającej broni (nieznający bimbru, pijani Włosi łatwo dawali się rozbrajać; na czym korzystało polskie podziemie), denerwowalo ich niebojowe podejście do wojny. W rezultacie, garnizon odesłano do Włoch. Kama została jeszcze chwilę we Lwowie ażeby przez znajomego handlarza antykami spieniężyć, co jeszcze wartościowego w willi pozostało. Nawet kryształowy żyrandol. Wiedziała, że po Włochach, willę zarekwirują Niemcy i wszystkie dzieła sztuki wywiozą w głąb Rzeszy. Jej Kenkarta niczego już nie uratuje. Istotnie ubiegła ich o kilka dni i zdobyła pokaźną gotówkę.
Jak grom z jasnego nieba, spadła na nią wiadomość, że Elę aresztowano i trzymają na Pawiaku. Zamiast do Włoch w ślad za Enzem, pojechała natychmiast do Warszawy. Włoski paszport schowała i znowu była ”Niemką”. Dowiedziała się, że Ela, podczas gdy ona była we Włoszech, też wyszła za mąż. Za bardzo aktywnego AK‑owca; sama też była po uszy czynna w konspiracji. Kamie udało się dotrzeć do kogoś wysoko postawionego w AK. Wytłumaczyła kim jest i dlaczego jest. Czy jej z oczu dobrze patrzyło? Nie wiadomo. Dość, że go przekonała, że uwierzył, że nie pracuje dla Niemców. Organizacji również zależało na uwolnieniu Eli. Armia Krajowa obmyśliła sprytny plan, pouczyła ją gdzie, komu, ile i co ma zaproponować i nawet utorowała jej drogę. Jak chorągiewką, wywijając swoją Kennkartą, dotarła gdzie trzeba i za trochę złota i kilka brylantów, sprawę, prawie od ręki, załatwiła.
Zmaltretowaną, uboższą o parę zębów Elę, odwiozła do rodziny jej męża, do Wilanowa. Po tak długim czasie, wreszcie przytuliła do serca Marysię. Zaprzyjaźniła się ze szwagrem. Szczerze się polubili. Zawierzył jej. I odtąd przetarty przez nią szlak, był jeszcze niejednokrotnie przez AK wykorzystywany. Dziesiątki ludzi zdołali uratować.
Nie martwiąc się już o Elę, pojechała z Marysią do Lwowa. Spodziewała się tam zastać listy od Enza. W willi mieszkali Niemcy. Był jeden list. Ale nie od niego. Suche, oficjalne zawiadomienie z Czerwonego Krzyża, że Enzo w Afryce dostał się do alianckiej niewoli. Do Polaków (sic!). Ironia losu?
Chciała wrócić do Warszawy. Nie zdążyła. Ofensywa pędziła wojsko i ludność cywilną na zachód. W Warszawie wybuchło powstanie. Niesiona falą uciekinierów, podążały z Marysią przed siebie, czym i jak się dało. Dotarły do Katowic. Tam Kama odnalazła starych przyjaciół rodziców, którzy je przygarnęli. Starszy pan był wprawdzie emerytem, ale w czasie wojny wrócił do pracy. Aby przezyć. A, że był lekarzem, Kama została czymś w rodzaju jego pielęgniarki. Naokoło rozpętało się piekło.
Kiedy wraz z Rosjanami weszli Polacy, Kama nie posiadała się z radości. Nareszcie swoi! Ale kiedy przyszli w biały dzień, nie było takiej siły ażeby ich przekonać, że nie jest Niemką. Niemiecki i włoski paszport już wcześniej powędrowały do skrytki w walizce; Kama z płaczem powiewała polskim paszportem. Nic z tego. Byli pijani. Jacyś kałmucy, jacyś słowianie, jakieś żółtki i...Polacy. Pani doktorowa zdążyła Marysię schować na strychu, w balii z wilgotną bielizną. Kama dziękowała Bogu, że dziecko tego nie widziało. Bo oni nie przyszli rabować. Przyszli po coś zgoła innego. Kama płakała, błagała. Na próżno. Oni mówili niczewo i…..dalej. Nawet stara pani doktorowa nie uniknęła tego poniżenia.
Na drugi dzień, podratowana prze doktora jakimś specyfikiem, wykąpana i porządnie ubrana, udała się na skargę do Komendanta Placu. Teraz radziecki paszport torował jej drogę. Siedzący za biurkiem ponury major, znudzony słuchał jej tyrady. ”Jak jego ludzie mogli ją tak podle potraktować?!” – krzyczała. Major sięgnął do szuflady. Wyjął butelkę, wprawnie odbił korek, z głośnym gulgotem upił ze dwie setki. Po czym, bez słowa, nie wycierać szyjki, podał jej flaszkę, uprzejmym gestem zachęcając do picia. Oburzona odmówiła. ”Nie choczesz, nie nada” ‑ powiedział obojętnie towariszcz major i wyszedł zza biurka. Spluwę położył na jego blacie a Kamę, jednym sprawnym ruchem obalił na podłogę i...dokończył sojuszniczego dzieła.
(Pani Kama, nawet po latach, nie potrafiła spokojnie o tym mówić. Uważała ten incydent za najbardziej upokarzający w całej wojnie. A kiedy ja, smarkata, zdobyłam się wreszcie na tyle odwagi, aby nieśmiało zauważyć, że kto, jak kto, ale ona na przejścia wojenne nie może chyba aż tak bardzo narzekać ‑ spojrzałam w jej oczy. Nie! To nie był udawane! Ona naprawdę nie słyszała ironii w moim głosie. Nie rozumiała, o co mi chodzi. Pojęłam wtedy, że ona tylko dobrze zapamiętała lekcje z gimnazjum na Podkarpaciu, że jest jedynie wierna swojemu życiowemu credo. I słowom, które często powtarzała: że oportunizm jest wielką sztuką, którą trzeba szanować i praktykować. Kto z niej nie korzysta, jest dupkiem żołędnym. I sam sobie najgorszym wrogiem.)
Wtedy, po powrocie z Komendy, spakowała ich rzeczy, sprawdziła zawartość walizki, wymieniła polski paszport na Kennkarte. Podziękowała doktorostwu za wszystko i poprosiła o trochę prowiantu. Po pożegnaniu, pobiegły na dworzec kolejowy, skąd na Zachód ewakuowali się Niemcy. Odetchnęła, kiedy pociąg po wielu godzinach oczekiwania, wreszcie ruszył. Po kilku dniach, po dziesiątkach przesiadek i tyluż kilometrach na piechotę, głodne, wymizerowane i u kresu sił, dotarły na wieś, gdzieś koło Frankfurtu nad Menem. Kama wybłagała pracę u bauerki, tylko za wyżywienie. Ale już po kilku tygodniach stwierdziła z przerażeniem, że jest w ciąży. Próbowała wszystkich znanych sobie sztuczek. Nadaremnie. Biedna Marysia, to smutne, małe dziecko, pracowała teraz za dwie.
W maju 1945 weszli Amerykanie. Opodal natychmiast utworzono obóz dla DP (Displaced Persons), czyli uchodźców. Dotarły tam jako jedne z pierwszych. Zewsząd nadciągali wynędzniali ludzie, oswobodzeni z koncentraków i obozów pracy. Kama była znowu Polką. Władająca kilkoma językami, została z miejsca zatrudniona w biurze kierownika obozu. Nareszcie miały dach nad głową, miały co jeść i upragniony spokój.
Po kilku miesiącach, w obozowym lazarecie urodziła dwóch chłopców; słabych wcześniaków, zupełnie do siebie niepodobnych. Lekarz nie rokował nadziei na ich przeżycie. A, że i tak odrazu straciła pokarm, oddano ich do niemieckiego szpitalika, gdzie były lepsze warunki. Kama przez pierwszych kilka dni poruszała się jak w transie. Obolała i otępiała. Nie tęskniła za tymi dziećmi. Nawet o nich nie myślała. Aż naraz jej odbiło. Zaczęła codziennie latać do szpitalika i klepała zdrowiaśki, które, jakimś cudem nagle jej się przypomniały. Patrzyła na nich z prawdziwą czułością. Chłopcy żyli, przybierali na wadze. Jeden miał ciemną skórkę, płaski nosek i skośne oczka. Drugi, dla odmiany, był okazem niebieskookiego, blond Słowianina. Nazwała ich Jan i Aleksander.
Na terenie obozu zaczęły działać Czerwony Krzyż i UNRRA. Okazało się, że Czerwony Krzyż dysponuje kompletnymi listami polskich Sił Zrojnych na Zachodzie: I‑go korpusu gen. Maczka, II‑go korpusu gen. Andersa, lotników, marynarzy, spadochroniarzy i żołnierzy AK. Ku swojej nieopisanej radości, Kama znalazła nazwisko Eli na liście jeńców wojennych, oswobodzonych przez oddziały gen. Maczka. (Kobiety w obozie myślały, że to nadchodzą Anglicy lub Amerykanie, a tu taka niespodzianka! Polacy! Żołnierze zaś wiedzieli, że mają oswobodzić jakiś obóz jeniecki, ale pojęcia nie mieli, że zastaną tam wyłącznie bohaterskie Polki. Co się tam działo ‑ o tym do dzisiaj zachłystują się kroniki tamtych czasów. I płynie ciepła łza z oczu niejednej babci.)
Zostawiwszy chłopców w szpitaliku, natychmiast ruszyły w podróż do Oberlangen. Ela oszalała z radości! Cały dzień śmiały się i płakały na przemian. Uzupełniały przeżycia. Po kolacji poszły do kantyny. Ela chciała koleżankom niedoli przedstawić rodzinę. Kismet? Albowiem przy barze, znowu ktoś z Kamy oczu nie spuszczał. Wreszcie pan pułkownik podszedł, aby się przywitać. Kamę zamurowało. Kiedyś, w innym świecie, w innym życiu, był tylko rotmistrzem i leżał golusieńki pod jej choinką. Był świadkiem na jej wystawnym ślubie z Augustem. Ten ktoś, kto pierwszy powiedział, że świat jest mały ‑ miał świętą rację!
Od tej chwili pan Jerzy ani na chwilę jej nie odstępował. Stał się ich cicerone, ich opiekunem. Znosił podarki. Opowiedziała mu prawie wszystko. (O tym, że August nie żyje, już wiedział). O swoich wojennych przejściach. O bliźniakach. Tylko o Enzo jakoś jej się zapomniało. Pośród swoich, Włoch stał się nieważnym epizodem w jej życiu.
Na każdym kroku spotykała znajomych. Odżyło mnóstwo wspomnień. Z Grossówną wspominały szalone noce w ”Adrii”, z majorem Galicą ‑ odważne zjazdy z Kasprowego. Jerzy nie czekał i zaraz się jej oświadczył. Nie wyszła, ale wybiegła za mąż. Tak bardzo się bała, że ta bańka mydlana może prysnąć. (O rozwodzie z Enzo nawet nie pomyślała. Wszak małżeństwa zawartego w czasie wojny, celem ułatwienia sobie życia, nie należy brać na serio. Ergo ‑ o żadnej bigamii mowy nie ma!) Zaraz pojechali po chłopców, którzy odhodowani i odchuchani nadawali się już do transportu. Dzięki powiększonej rodzinie, otrzymali większą i wygodniejszą kwaterę.
Kama gdzieś tam w głębi duszy miała wątpliwości czy to, co czuje można nazwać miłością. Chyba nie. Raczej mariage d'raison, małżeństwo z rozsądku. Podsumowała swoje osiągnięcia. Dzięki Jerzemu znowu miała pozycję, znowu brylowała w towarzystwie. Jej dzieci dostały dobrego, oddanego, opiekuńczego ojczyma. Niczego im teraz nie brakowało. A dzięki angielskiemu królowi, mieli zapewnioną przyszłość.
Zresztą na tym małżeństwie nie tylko ona skorzystała. Równie wygrany był pan Jerzy. Szarmancki ułan (teraz czołgista, który konia już tylko na rycinie widywał), był w dalszym ciągu bardzo przystojny. Wysoki, szpakowaty, w mundurze z trzema rzędami baretek, prezentował się fenomenalnie. Ale był też realistą. Zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później, skończy się okupacja Niemiec. Jednostka powróci do Anglii i nastąpi demobilizacja. Co wtedy? Co z tego, że kiedyś był znanym hippistą, że kiedyś dzielnie wywijał szabelką czy, że do niedawna dowodził pułkiem czołgów. O życiu w cywilu nie miał zielonego pojęcia; to też bał się tego dnia jak ognia. Także z językiem angielskim stał na bakier. Po czterdziestce znalezienie nowego zawodu w obcym kraju ‑ nie mogło być chyba proste. Lecz przy Kamie czuł się dziwnie bezpieczny. Pamiętał, co mówili o niej dawni przyjaciele. O jej niespożytej energii, o jej sprycie, o jej zaradności, o jej wpływowych znajomościach. Autentycznie ją podziwiał. Imponowała mu pod każdym względem! Święcie w to wierzył, że przy jej pełnej inwencji rzutkości ‑ oni nigdy nie zginą. Przywiązał się do niej tak, że wnet bez niej życia już sobie nie wyobrażał. A życie wiedli spokojne. Bez wzlotów, ale i bez upadków. Przyzwyczajali się do siebie powoli i poznawali gruntownie. Serdecznie się polubili! Co za cudowne, dojrzałe uczucie!
SZÓSTY BYŁ BEZPAŃSTWOWY
Szósty nie dał długo na siebie czekać. Kiedy jednostka Jerzego wracała do Anglii, Ela dostała zawiadomienie z Czerwonego Krzyża, że jej mąż żyje, że jest w Warszawie. Została w Niemczech, ażeby szukać drogi sprowadzenia go na Zachód. Musiały pożegnać się na chwilę. Już w Anglii Kama otrzymała list, że wszystkie starania Eli spełzły na niczym i, że wobec tego, ona wraca do Polski. Kama spanikowała. Musiała koniecznie do niej pojechać i wybić jej ten krok z głowy! Udała się do Home Office (angielski MSW) i załatwiła sobie ”Travel Document” (odpowiednik przedwojennego Nansenowskiego paszportu dla bezpaństwowców). W Niemczech pracowała nad Elą usilnie od rana do nocy. Prosiła i groziła. Malowała czarne obrazy. Nic nie wskórała. Ze łzami w oczach patrzyła jak uwożąca Elę do Warszawy, PRL-owska wojskowa ciężarówka znika za rogiem.
Jerzy‑cywil miał, jak przewidywał, trudności z asymilacją. Na szczęście obrotna Kama wnet znalazła dla niego idealną pracę. Anglik, którego znała jeszcze z jakiegoś rautu w Paryżu, był właścicielem renomowanej stadniny arabów. Na jej prośbę, na próbę, zatrudnił Jerzego jako koniuszego. Anglik wnet sam sobie gratulował decyzji. Bowiem rychło się okazało, że chociaż za dobrze nie ”spika” po angielsku, to nie ma takiej sprawy związanej z końmi, w której dear George nie byłby ekspertem. Jerzy szybko awansował. Zrazu ujeżdżacza, wnet na menadżera stadniny, a w końcu na prawą rękę chlebodawcy.
SIÓDMY BYŁ BRYTYJSKI
Dostali ładny, służbowy dom z ogródkiem. Bardzo na czasie, bowiem następna dwójka dzieci powiększyła liczbę obywateli obecnie już Jej Królewskiej Mości. Kama, w trosce o przyszłość dzieci, namówiła Jerzego, aby wniósł podanie o obywatelstwo brytyjskie. W ten oto prosty sposób, w roku pańskim 1956, pod choinką, pośród niezliczonych prezentów, znalazł się dla Kamy jej następny paszport. Tym razem ‑ brytyjski.
Wnet w Polsce zaszły wielkie zmiany. Nawiązany kontakt z Elą i jej mężem był z początku wyłącznie paczkowo‑listowy. Ale kiedy po kilku latach, nagle podniosła się żelazna kurtyna i wolno było jeździć do kraju, natychmiast wcisnęli się do starego combi i pojechali w odwiedziny do Warszawy. Wracali tam jeszcze kilka razy. Ale uszczerbek finansowy zaczynał dawać się we znaki. Byli, jak by nie było, dużą rodziną. Opłaty za wizy polskie i wschodnio‑niemieckie, przymusowe wykupywanie tzw. ”voucher’ów” po kilkanaście dolarów per diem i per capita, czyniło każdorazowo wielką wyrwę w ich budżecie. Pomysłowa Kama stwierdziła, że coś tu trzeba zadziałać. Oszukiwanie komuchów nie jest przecież grzechem. Przeciwnie. Jest nieomalże obowiązkiem każdego szanującego się Polaka.
ÓSMY BYŁ KONSULARNY
Dzisiaj mało kto już o tym wie czy pamięta, ale w czasach ery gierkozoicznej, posiadacze polskich paszportów konsularnych, przebywając na terenie ”soc‑bloku” zwolnieni byli od wszelkich opłat. Ponieważ Polska, i Wielka Brytania uznawała podwójne obywatelstwo, Kama uznała, że skoro tyle razy już się w życiu paszportowo nagimnastykowała, to jeszcze jeden raz, nikomu nie zawadzi. (Wówczas żaden emigrant-patriota, nigdy w życiu nie wniósłby o ten paszport. Brzydziłby się.) Ale Kama nie była ”obrzydliwa”. Kama była rezolutna i gospodarna. To też w 1966 roku, pod choinką znalazł się paszport nr.8. Tym razem - konsularny. Z oszczędności, nie z oportunizmu – z emfazą podkreślała pani Kama.
Jerzy był apolityczny. Nie oponował, w nic nie ingerował. Żonę uważał za geniusza, który zawsze wie, co robi. Odtąd, nowszym już Fordem, jechali przez kraje Beneluxu i Zachodnie Niemcy posługując się paszportem brytyjskim. W Helmstedt, na granicy z Niemcami Wschodnimi chowali paszporty do sławnej walizki, która acz trochę sfatygowana, ciągle jeszcze wiernie im służyła i wyciągali paszporty konsularne. Na nich wjeżdżali do Polski. A w drodze powrotnej ‑ da capo, na odwyrtkę.
Marysi od dawna nie było w domu. Zakochała się w chłopaku z Polski, który ”wybrał wolność” w Anglii. Wyszła za niego za mąż i nareszcie znalazła swoje wielkie szczęście w życiu! Też urodziła bliźniaki. Dwóch chłopców. Później jeszcze córeczkę. W czasie odwiedzin w Polsce, na niestrzeżonym przejeździe kolejowym pod Wrocławiem, w straszliwym wypadku, zginęła na miejscu, wraz z teściową i córeczką. Chłopcy, choć mocno poturbowani, przeżyli. Pani Kama, ze łzami w oczach, pokazuje wycinki z krajowych gazet, opisujące tę tragedię.) Kiedyś specjalnie tam pojechałam. Obok zwiędniętej sterty innych, położyłam moje kwiatki na poboczu. Od miejscowych ludzi dowiedziałam się, że choć przejazd ten jest notoryczny (dziesiątki wypadków), mimo upływu lat, nic tam nie zrobiono, niczego nie zabezpieczono.
Marysi mąż Janusz, przeżył ją tylko o sześć miesięcy. Odebrał sobie życie. W ponurym, hotelowym pokoju, podciął sobie żyły. Zostawił błagalny list do Kamy, prosząc o przebaczenie wraz z gorącą prośbą, aby zajęła się jego chłopcami. Jerzy i Kama, wnuki natychmiast zaadoptowali.
Jej synowie, czule przez resztę rodziny nazywani ”Wania” i ”Sasza”, po ukończeniu studiów, znaleźli szczęście za oceanem. Wyemigrowali do USA. Jeden jest dzisiaj sławnym lekarzem‑plastykiem gwiazd filmowych, drugi wielką fiszą w Microsoft'cie. Ożenili się, pozakładali własne rodziny. ”Angielscy” bracia studiowali w Cambridge. Siostrzeńcy mieszkali z dziadkami.
Z początkiem lat 80‑tych Jerzy dostał zawału. Kama okazała się nadzwyczaj troskliwą i kochającą pielęgniarką. Opiekowała się nim czule i z oddaniem. Niestety, po kilku miesiącach Jerzy zmarł. Kama straciła chęć do życia. Zaczęła unikać ludzi. Musiała opuścić służbowy dom. Przeniosła się do Londynu; po raz pierwszy w życiu nie miała pojęcia, co ze sobą pocznie. Płonne obawy. ”Amerykańscy” synowie sponsorowali całą rodzinę. Jeszcze rok trwało ukończenie studiów i likwidacja wszystkich ich spraw, po czym wszyscy odlecieli do słonecznej Kalifornii.
DZIEWIĄTY BYŁ AMERYKAŃSKI
Długo na 4‑ch literach nie usiedziała. Nie chciała być nikomu ciężarem. Nudziła się zresztą. Pomimo zaawansowanego wieku, poszła do pracy jako ekspedientka i doradca, w dziale perfum ekskluzywnego magazynu. Zawsze znała się na perfumach, była wręcz ekspertem. Szczęśliwie, ktoś się na niej poznał. (Ile kobiet wie, że perfumy idą w parze z wyglądem?!) Po upływie przepisowego okresu, wniosła o obywatelstwo amerykańskie. W roku pańskim 1986, pod plastikową, fuj!, choinkę, położyła paszport nr. 9. Amerykański tym razem.
W międzyczasie, moje własne losy tak się potoczyły, że straciłam z nią kontakt. Ale niedługo po wylądowaniu w Kanadzie, odnalazłam przez ”listing” numer telefonu Saszy, w Los Angeles. Kiedy mu się przypomniałam i zapytałam o matkę, zaczął się śmiać. Powiedział, że nie ma jej, bo pojechała w podróż poślubną. Co? Chyba się przesłyszałam! Ale nie. ”Przecież to wiekowa pani” ‑ wybąkałam niepewnie. ”Czy ty zapomniałaś, że masz do czynienia z moją matką? Kobietą niekonwencjonalną?” – przypomniał mi Sasza. Faktycznie. Zostawiłam mu mój numer telefonu i czekałam.
DZIESIĄTY BYŁ MEKSYKAŃSKI
Dopiero po roku zadzwoniła do mnie. Ogromnie się ucieszyła, że jestem ”tak blisko” (drobnostka, tylko 5200km) i natychmiast zaprosiła do siebie. Zapytałam o nowego męża. Naprzód zachichotała, lecz zaraz się wnerwiła. ”Już go nie mam” - prychnęła. Okazało się, że uciekła od niego. Parskając złością, powiedziała, że ten wredny, stary sknera, ta meksykańska kutwa, miał czelność oddalić służącą i zażądać ażeby ona, Kama, sprzątała mu i gotowała! Z arystokratycznej rodziny facet się wywodzi a taki idiota! Degenerat! ‑ fuknęła. Ale, że w Meksyku za parę dolców można wszystko od ręki załatwić, paszport nr.10 ‑ meksykański, leży już pod choinką.
JEDENASTY BYŁ ZNOWU POLSKI
Rozmawiałyśmy jeszcze kilka razy. Głównie wspominałyśmy tych, których już nie ma (pani Klementyna znała oczywiście mojego Mietka). Dowiedziałam się, że Ela i jej mąż też już nie żyją. Byłam a jour na temat jej dzieci, wnuków i prawnuków. W rewanżu, opowiadałam jej o Kanadzie, o tym jak mnie tutaj leci, o mojej pracy zawodowej a w wolnych chwilach od zajęć - wcale sympatycznym hobby, tj. pisaniu do polonijnej prasy. Opowiadałam jej o mojej rodzinie. Powtarzałam wszystkie plotki z Anglii, przekazywane mi przez rodzinę i przyjaciół.
Na wiosnę jej paszportowe koło się zamknęło. Kiedy chciała polecieć do Polski, odmówiono jej polskiej wizy do amerykańskiego paszportu. Jej stary, przedwojenny polski paszport utracił ważność; konsularnych nie honorują. Powiedziano jej, że musi wyrobić sobie nowy polski paszport. (Szkoda, że nie zadzwoniła do mnie. Ja bym ją oświeciła, że paszport brytyjski nie wymaga polskiej wizy. Mogłaby znowu wywinąć koziołka; wszak całe życie w tym celowała.) Ale nie. Ona była chyba jedyną osobą w konsulacie, która nie pyszczyła na kłopotliwą ustawę. Szybko wniosła i otrzymała nowy (stary?) 11‑ty, paszport. Granatowy, polski. Od którego zaczynała. I na którym skończyła.
W ostatniej rozmowie ze mną żałowała, że nie dociągnęła do tuzina. Przeszło jej bowiem przez myśl, ba, była nawet przekonana, że byłby to jakiś swoisty rekord, godny ”Księgi Guinnessa”. Ale nic straconego ‑ dodała, śmiejąc się perliście. Przez znajomych w Polsce nawiązała kontakt z panem, który osiadł na stałe w Szwecji. Kilka lat temu owdowiał. Kiedyś ją emablował. Ona jego także niegdyś, hm...lubiła. Kto wie? Może z nim da się jeszcze coś wykombinować? Szkoda tylko, że czasu ma tak niewiele.
Milczę. Nie chcę jej odbierać iluzji. Rozumuję, logicznie chyba: jaki stary lowelas, podrywacz z czasów wojny japońskiej, zechce zamienić swój status i pied‑a‑terre dla, jakby nie było, obcej obecnie, starej kobiety? Bo jej się tak chce? Ile ona może mieć lat? Żeby nie wiem co, musi mieć przecież ponad 8 dych. No to daj Boże wszystkim tyle sił, zdrowia, zapału, energii, radości życia. I ciekawego konika. A, że jej, akurat, było kolekcjonowanie paszportów ‑ to nie mój zakichany interes.
I szkoda, że nie udało jej się dociągnąc do upragnionego tuzina!
I na tym kończy się opowiadanie o niepowtarzalnym życiu. O osobliwej, pełnej fantazji kobiecie. O unikalnym rodzaju prezentów pod choinką i ich nietuzinkowej właścicielce. W epilogu śpieszę podkreślić, że ja nikogo nie piętnuję i nikomu sędzią nie jestem. Bo czy my wiemy, kto, co i ile tak naprawdę ma za uszami? W dzisiejszych czasach? Na emigracji?
Pani Klementyna nigdy nie usiłowała się wybielić, nie oczekiwała absolucji ani nie szukała wytłumaczenia dla swojej ”ekstrawagancji”. Jeśli jest to właściwe słowo na określenie jej ”curviculum vitae”. (Łacina jest językiem martwym. Pewnie dlatego tak fajnie nagle ożywa, kiedy nią rzucamy. Za tem ta jedna, mała literka ”v” nie powinna nikogo obrazić.) Ta drobna parafraza łacińskiego słowa, jest idealnym podsumowaniem jednego arcyciekawego życia, które skończyło się nagle. Nawet nie umarła ”na starość”. Czyżby rodzinne przekleństwo? Bowiem, tak jak Marysia, zginęła w wypadku samochodowym. W taksówce, w wielowozowej kolizji na kalifornijskiej autostradzie. Życie płata czasem okrutne figle.
Wnet jej barwny żywot przejdzie w nicość i zapomnienie. Nawet najbardziej kolorowe postacie muszą z czasem spłowieć. Bo taka kolej rzeczy jest. C'est la vie! Chyba, że przez napisanie tego swoistego epitafium zdołałam na jedną, krótką chwilę opóźnić jego przejście w nieuniknioną niepamięć. Oby!