PIERWSZA KOMUNIA - WIDZIANA Z UKOSA

 

     Kilka lat temu dostałam ciekawy list. List, który do dzisiaj nic nie stracil na aktualności. A, że właśnie historia się powtórzyła, bowiem nasi milusińscy masowo przystępowali do I-szej Komunii, pomyślałam sobie, że warto by się tym listem podzielić z czytelnikami odwiedzającymi naszą stronę. Pani Krystyna Ł., wtedy przebywająca chwilowo w Mississauga, napisała:   

     Synowi zawdzięczam, że Panią odkryłam. Bardzo mi się podoba Pani styl. Taki niewymuszony. U nas tak nie piszą. Pani Nino! Korzystam z tego, że do Pani każdy może pisać, więc piszę aby się komuś wyżalić. Sądząc po Pani artykułach, po sposobie pisania, myślę, że to właśnie Pani najlepiej mnie zrozumie.

     Przyleciałam do Kanady aby być obecną na Pierwszej Komunii mojej jedynej wnuczki. Przywiozłam ze sobą welon i sukienkę w której do pierwszej komunii szły moja matka, ja i dwie córki. (Córki mają tylko synów, ale syn ma dwóch synów i córeczkę.) Serce Jezusowe na sukni haftowała własnoręcznie jeszcze moja babcia, która zginęła bohaterską śmiercią w Powstaniu Warszawskim. Myślałam, że w ten sposób zapoczątkuję i przekażę do obcego kraju tradycję rodzinną. Że sprawię rodzinie wielką radość. Że będzie powód do dumy. Myślałam, że docenią. Tu muszę dodać, że sukienka jest śliczna. Długa, styl empire, z surowego jedwabiu i wykończona prawdziwą walansjenką. Przez kilkadziesiąt lat była przechowywana pieczołowicie w bibułkach i staniolowym opakowaniu. Wszystko się spaliło a sukienka ocalała. Palec Boży?

     A tutaj synowa spojrzała na nią jednym okiem i od razu orzekła, że jest niemodna, że się nie nadaje. I pojechała kupić wyfiokowaną szmatę za $452. Czy Pani potrafi sobie wyobrazić jak ja się czułam? Jak przeżywałam ten policzek? Wydaje mi się, że w ogóle zostałam tutaj zaproszona tylko po to, aby przygotować wystawne przyjęcie na 46 osób i tyle. No i opiekować się dziećmi przez okres wakacji. A tak po za tym, to mogło by mnie tu wcale nie być. Nikt by nie zauważył.

     Do tego wszystkiego, ja moich wnuków w ogóle nie poznaję. Jestem przerażona gwałtowną zmianą w ich zachowaniu. W Polsce zajmowałam się całą trójką. To ja ich wychowywałam. Nauczyłam pacierzy. Zajmowałam się ich manierami przy stole, ułożeniem, kulturalnym sposobem zachowania. Uczyłam skromności i grzeczności. Dużo im czytałam, dbałam i troszczyłam się o nich. Tutaj, w ciągu kilku lat, zrobili się samolubni, pyskaci, knąbrni, niegrzeczni. Banda młodych ordynusów. O nic nie proszą, wszystkiego żądają. Słowo "proszę" - słowo nieznane! Synowa nie reaguje, syn toleruje. Czy Pani może mnie uświadomić czy wszędzie w Ameryce jest przyjęty taki zwyczaj "wychowywania" (tylko cudzysłów się tutaj nadaje), gdyż zdążyłam już zauważyć, że w innych domach dzieci zachowują się podobnie. Zamartwiam się przyszłością moich wnuków. Co z nich wyrośnie? Samej komunii nie będę Pani opisywać bo pewnie wszędzie jest tu tak samo. Tłoczno, krzykliwie, ludzie opryskliwi i tylko flesze aparatów oślepiają. W Polsce jest to ceremonia podniosła. A tutaj? Porównania nie ma..."

     Droga Pani! Przyczyna, dla której u nas jest tak tłoczno i głośno leży w tym, że podczas kiedy w Polsce stoi kościół niemalże na każdym rogu, w Mississauga jest tylko jeden. Jeden, jedyny polski kościół, który służy ponad 100-tysięcznej Polonii. I musi przyjąć na swe łono ponad pół tysiąca dzieci w jednym tylko miesiącu. Myślę, że Pani frustracja spowodowana jest raczej osobistymi przeżyciami, aniżeli komunią. Chociaż, uczestnicząc we wielu, były chwile, kiedy zastanawiałam się nad tym ile jest w tym religii a ile chęci "pokazania się", szpanu i następnej okazji do popicia. Ba, czy w ogóle o religię tu chodzi? (Szczególnie kiedy wiem na pewno, że do komunii przystępuje dziecko z niepraktykującej rodziny). Nie mam siebie za babską mantykę ale przyznaję, że były momenty kiedy twardo musiałam sobie przypominać gdzie i po co ja tu jestem.

     Jeszcze do niedawna, przed kościołem bywały trzy "salony": samochodowy, elektroniczny i mody. Panowie z podniesionymi maskami wisieli na swoich samochodach, wymieniali fachowe uwagi na temat ilości cylindrów, przechwalali się ile który pali na 100, prześcigali w opisach jakiegoś gadżetu. Inna grupa panów zachwalała zalety swoich "camcorderów" (obecnie już cyfrowych). Ważone na dłoni, przechodziły z ręki do ręki, przykładano je do oka, porównywano, omawiano parametry. Mamusie, wystrojone na tą okazję jak modelki, dzielnie rywalizowały strojami z własnymi pociechami. Pamiętam ten rok, kiedy jedna pani zaprezentowała suknię ze znanego domu mody haute couture. Gołe ramiona, pół biustu na wierzchu i takie mini-mini, że aż strach!. Zaś kokarda, wielkości poduszki, nie pozwalała oderwać wzroku od wcale zgrabnej pupy. Przypadkowo wiedziałam skąd ten model pochodzi i wiem, że kosztował ponad $2.500. Nie chcę brzmieć jak ta ciocia-Klocia co ma wszystko za złe, lecz muszę przyznać, że pomyślałam wtedy, że ktoś tej pani powinien był podszepnąć, że tego rodzaju kreacja nadaje się na wystrzałową imprezę, ale nie do kościoła. A synek tych państwa miał na sobie jedwabny (sic!) biały fraczek z połami. Biedny stary-maleńki. W ogóle odniosłam wrażenie, że te dzieci, zbite w grupkę, jakby się nie liczyły. Że odgrywają rolę rekwizytu w widowisku pt. “Wielki Szpan”. Nie mniej świadome tego, że są obfotografowywane i filmowane, krygowały i mizdrzyły się niemiłosiernie. A kiedy jeszcze usłyszałam jak jedna pani chwali się drugiej, że z powodu nadmiaru pracy, wynajęła sobie katetera (?!!) zajęło mi dłuższą chwilę, zanim do mnie doszło, że jej chodzi o "caterer'a" (jest to angielskie słowo określające kogoś, kto zawodowo para się sztuka kulinarną. Poza przygotowaniem jedzenia, dostarcza też zastawę, często alkohol w komis; w ogóle organizuje przyjęcia).

     Dzisiaj niewiele się zmieniło. Niestety, nasze uszy ciągle są narażone na głośne (wbrew zakazowi księży) okrzyki w kościele: "Shirley! Odwróć głowę. Waldemar! Spojrzyj na lewo. Bernardetko! Złóż rączki. Patryku! Podnieś głowę. Wyżej. Jeszcze wyżej. Robert! Uśmiechnij się!", a nasze oczy na bezceremonialne włażenie na stopnie ołtarza, po lepsze ujęcie miglanca!

     Czy ta denerwująca rewia mody, ten szpan i fotografia (względnie video) mają coś wspólnego z religią? Nigdy nie miały, ale zawsze tak było. W kalejdoskopie życia, po pierwszych fotografiach w szpitalu, później po chrzcie św., są pamiątką bardzo ważnego dla dziecka dnia. Dowodem kolejnego etapu, aż do dnia ślubu. A dlaczego nie? Czy Pani nie ma fotografii ze swojej pierwszej komunii? Bo ja mam. Tyle, że wtedy czasy były inne. Wartości były inne. Życie było inne. No i komercjalizm nie wlazł jeszcze do kościoła.

     Chociaż? We włoskim kościele, dwie zakonnice przy wejściu narzucają wszystkim dzieciom coś w rodzaju dużego, białego habitu, przepasują zwykłym sznurem i dopiero wtedy wpuszczają je do zakrystii. Kiedy raz zagadnęłam jedną z nich o ten zwyczaj, odparła, że w oczach Pana Boga wszystkie dzieci są równe. Jednakowo się urodziły, jednakowo zostaną przyjęte na łono kościoła. Tu nie ma różnicy między dziećmi biednych rodziców, których nie stać na szałowy ubiór dla dziecka, a dziećmi bogaczy, których stać na wszystko, Łącznie z białą, rozciąganą limuzyną. Tutaj wszyscy są równi. A jak, po ceremonii, będą celebrować ten dzień po wyjściu z kościoła - to już rzecz poszczególnej rodziny. Wnoszenie aparatów fotograficznych i kamer do kościoła, jest surowo wzbronione. Ku mojemu zdziwieniu - nikt nawet nie próbował. Imponująca sprawa!

     To przykre, że spotkał Panią afront ze strony synowej. Aby docenić tradycję, trzeba się w niej wychować. Widocznie w jej rodzinie nikt o to nie zadbał. A może ona ma po prostu bardziej wyrafinowany gust? Proszę sobie nie psuć pozostałych miesięcy urlopu. Doprawdy nie opłaca się skórka za wyprawkę. Proszę zabrać sukienkę z powrotem do Warszawy. Dla pierwszej prawnuczki będzie jak znalazł.

     Jeśli chodzi o wnuki, zapewniam Panią, iż nie jest prawdą, że we wszystkich domach dzieci są pępkiem świata, że mają ostatnie słowo. Natomiast prawdą jest, że pracujący rodzice często (i niepedagogicznie) uważają, że nadmierna pobłażliwość zrekompensuje dzieciom ich wielogodzinną nieobecność w domu. Obawiają się, że stosując dyscyplinę, będą niepopularni. Także, często-gęsto, po całodziennym dniu pracy, są po prostu zbyt zmęczeni aby użerać się ze szczeniakami. Idą po linii najmniejszego oporu. A dziecko - wiadomo: daj mu mały palec, bierze całą rękę. Na szczęście są jeszcze wśród nas młodzi rodzice (ja mam takie przybrane dzieci), którzy są w pełni tego świadomi, że dobre wychowanie i poprawne maniery są swoistą lokatą kapitału życiowego, która za kilka czy kilkanaście lat stokrotne wypłaci dywidendy. Ci, którzy się dzieciom nie poddają, nie myślą nawet o ich przekupywaniu.

     Niestety Pani syn do nich nie należy. Proszę, niech Pani nawet nie próbuje rozmawiać z nim na ten temat. Jest to temat nad wyraz drażliwy. Natychmiast stworzy kwasy, zepsuje atmosferę i zniszczy do cna resztę Pani pobytu. Jest to jego życie, jego dzieci i jego modus vivendi. Bez względu na to, co Pani o tym sądzi. Dlatego Pani MUSI, choć z oporami, ten stan rzeczy zaakceptować.

     Życzę Pani przyjemnego, mimo wszystko, pobytu w kraju "Klonowego Liścia", pięknego lata i zdrowego, szczęśliwego powrotu do Warszawy.

Powrót do strony głównej