Echo polskiego Koryntu

 

     Śpiesząc na polski spektakl w teatrze na Front Street, w drzwiach zderzyłam się z jakąś panią. Spojrzałam na nią przelotnie, machinalnie  przeprosiłam i poleciałam dalej. Jednakże przez ten ułamek sekundy odniosłam wrażenie, że ją znam.  Ale, że nie potrafiłam  jej umiejscowić, natychmiast o niej zapomniałam. Przypomniałam sobie znowu, kiedy podczas antraktu uplasowała się pod przeciwległą ścianą i ewidentnie oka ze mnie nie spuszczała. Ki diabeł? Dlaczego? Po co? Ukradkiem, ja też kilka razy zerknęłam w jej kierunku.  Młodsza ode mnie. Trochę przy kości. Ładna szatynka, gustownie ubrana, modnie uczesana. Kim ona jest? Kiedy nagłym ruchem, jakby kogoś wypatrywała, odwróciła głowę w prawo - ruch ten, znowu wzniecił błysk przypomnienia.  Teraz już byłam pewna, że ją znam, acz okoliczności wciąż pozostawały zagadką. Po tem byłam nawet zła na babsztyla, bo zamiast poświęcić całą uwagę drugiemu aktowi sztuki (Kobuszewski – wspaniały!), złapałam się na tym, że ekspresowo przeczesuję przeszłość. I, na dodatek, bez najmniejszego skutku. Nawet zaczęłam się obawiać czy to już aby nie początek sklerozy. O mało co, a w kompleks bym się była wpędziła.

     W życiu już tak dziwnie bywa, że zagadki wyjaśniają się w najmniej oczekiwanym momencie. Najczęściej przez przypadek.  Także i tym razem.  Kilka tygodni później, kiedy dawno o tej pani zapomniałam, właśnie przypadek, jak iskra, spowodował nagły błysk i przypomnienie. Radio w samochodzie mam nastawione na stację, która nadaje dawne przeboje. Bardzo tę stację lubię. Przypomina mi stare, dobre lata, kiedy byłam piękna, młoda i w wieku "poborowym" (czytaj: podrywowym). Śpieszyłam się bardzo albowiem  jechałam na turniej brydżowy, na który nie mogłam się spóźnić. Spięta, skoncentrowana na jeździe, “kiwając” wzmożony ruch na autostradzie, nie poświęcałam zbytniej uwagi muzyce. Ale kiedy usłyszałam pierwsze takty piosenki "Hallo Marylou", śpiewaną przez Ricky Nelsona - jak by we mnie piorun strzelił! Z wrażenia, o mało co nie zniosło mnie na pobocze! To imię! Ależ tak! Oczywście! Ta pani w teatrze to była przecież Marilu! Wiele lat starsza, zupełnie inna, zmatroniała,  ale  wciąż przecież Marilu.

     A z tą Marilu to było tak.  Dawno temu, musiałam pojechać w sprawach rodzinnych do Wrocławia. Albowiem cudem, po długich zachodach i staraniach, poprzez Polski Czerwony Krzyż, na Śląsku właśnie odnalazłam rodzinę po ojcu. W Polsce nie mieszkałam, więc uznałam, że należy uregulować sprawy rodzinno-spadkowe. Zrzeczenia, akty darowizny i konferencje z adwokatami wymagały kilku dni zachodu. O pobycie incognito mowy nie było. Ale o zamieszkaniu u rodziny - także. Raz jeden przed tym, popełniłam ten błąd i wtedy przysięgłam sobie, że nigdy więcej! Never, jamais, mai, nunca, niemals, nikogda! Nie dość, że przy ich małym metrażu wywróciłam im życie do góry nogami i całkiem na pewno zabiłam ich budżet na śmierć, to jeszcze długo po moim powrocie do Anglii dochodziły mnie słuchy jak to jedni oskarżali drugich o to, że mnie monopolizowali lub wręcz ukrywali. Bzdura-gigant! Allbowiem ja wtedy po prostu latałam po teatrach i kabaretach,  bawiłam się na potęgę,  tyle tylko, że nie z rodziną.

     Nauczona tym doświadczeniem, poprułam prosto do "Monopolu". Ale tam był jakiś zjazd; nie mieli miejsca dla osoby "fizycznej". Skierowano mnie do nowiutkiego hotelu, pod miłą wszystkim lwowskim sercom (mam to po ojcu i po mężu) nazwą, "Panorama". Hotel był tak nowy, że w publicznej toalecie można jeszcze było z ziemi jeść, gdyby ktoś miał takie dziwne, niezdrowe, ekscentryczne upodobania.

     Okazało się, że jestem ich pierwszym gościem dewizowym. Byłam nawet zmuszona pokazać panu recepcjoniście co się robi z białą kartą wymiany, bo on jeszcze nie wiedział. (Dostałam za to później kosz kwiatów od pana dyspozytora!) Zameldowałam mój przyjazd rodzinie. Odtąd po codziennym załatwieniu milionów formalności (w Anglii, w jeden dzień bym ten cały majdan obskoczyła), byłam przez nich karmiona i bawiona. A, że ja jestem "honorna", chciałam się zrewanżować. Postanowiłam, że pod koniec pobytu, urządzę dla nich wielki jubel u siebie w hotelu. Z super kolacją, tańcami oraz występem jednej  egzotycznej pani, której co wieczór było tak gorąco, że się do nitki musiała rozbierać.  Ubaw miał być po pachy i na sto dwie fajerki. Zamówienie złożyłam w recepcji na kilka dni przed imprezą,  wszystko zaklepałam co do joty, nikt nie kwestionował moich dezyderatów.  Aliści do głowy mi nie przyszło, że taka prosta sprawa na Zachodzie, jak zamówienie stolika w restauracji (i to w hotelu gdzie się mieszka i od rana do nocy "rzyga" dewizami), w Polsce wymagać będzie istnego machiawelizmu.

     Bozia mnie strzegła, że zeszłam na dół na dobrą godzinę przed przybyciem moich gości (niektórzy jechali nawet z Gliwic i Opola). W sali restauracyjnej, przystrojonej greckimi amforami, korynckimi kolumnami i ślicznymi, plastykowymi kiściami winogron, przygrywał wcale niezły zespół. Ale co z tego, kiedy wszyscy kelnerzy, łącznie z maitre d'hotel,  twierdzili zgodnym chórkiem, że na moje nazwisko nie ma żadnego zamówienia a wszystkie stoliki są zajęte. Bo faktycznie były. Oprócz jednego. Przy jednym stole nie było żywej duszy. Leżała na nim tylko paczka Carmenów i pudełko zapałek. Byłam wówczas bardzo dumna z siebie, że już zdołałam opanować sztukę "rękoczynu", czyli: od ręki na rękę (w Anglii - rzecz nieznana!) Ale, o dziwo! Wypróbowany i niezawodny dotąd sposób, nagle zawiódł sromotnie. Zdesperowana, usiadłam w hallu aby pogłówkować nad sytuacją. Co robić? Co robić?

     Z windy obok wypadła roześmiana córa Koryntu. Poleciała na salę, pogadała chwilę z kelnerem, wyciągnęła papierosa z paczki na tym właśnie stole, zapaliła i skierowała się ku wyjściu. Eureka! (To też po grecku). Zrozumiałam co jest grane. Pojęłam, że jest to po prostu stacja pierwszej pomocy seksualnej, a pan kelner jest kierownikiem pogotowia. No to cześć! Stolika faktycznie nie dostanę. Lecz nagle doznałam olśnienia. Poderwałam się jak oparzona i poleciałam za "panienką". "Chwileczkę“ - krzyknęłam. Odwróciła się gwałtownie. "Co? No co? Męża może poderwałam?" - zapytała czupurnie. Miałam dziką ochotę roześmiać się jej w twarz i powiedzieć, że to co ona potrafi, my wszystkie potrafimy. Nie wiem czy lepiej,  ale za to za darmo.  Chyba też się liczy, co? Tylko, że w tym momencie nie mogłam sobie pozwolić na żaden sarkazm, albowiem potrzebowałam jej pomocy.

     Wyłuszczyłam jej szybko o co mi chodzi.  Że odpalę jej parę "kółek" jeśli mi ten swój stół-rekwizyt na jeden wieczór wypożyczy. Bez chwili wahania odparła, że nie ma sprawy i że już się robi. Zrobiła w tył zwrot i balansując niebezpiecznie na 3-calowych obcasach, pobiegła na salę. Pokonferowała chwilę z kelnerem i zanim skończyła mówić, kelner już zaczął dostawiać krzesła, już zmieniał obrusy, już ustawiał kwiatki. Czekając na jej powrót, obserwowałam ją przez zwykłą babską ciekawość. Nie mogła mieć więcej niż 16 lat. Platynowa, wytapirowana blondynka (mimo, że ta fryzura i kolor dawno z mody wyszły), ładna i jeszcze dziecinna buzia, bez śladu makijażu.  Do tego bajecznie długie nogi (plus te obcasy), biust “na warcie” pół metra do przodu i figura jak klepsydra. (Cholera, to też po grecku!)

     Wyciągnęłam portfel z torebki. Roześmiała się perliście i  powiedziała, że od kobiet pieniędzy nie bierze. Ale, jeśli ja mam może samochód na parkingu  to będzie mi wdzięczna jeśli ją do "Monopolu" podrzucę, bo tam na nią klient czeka. Anglicy mają porzekadło: "One good deed - deserves another", co znaczy, że należy płacić pięknym za nadobne. Poczułam się w obowiązku ją odwieźć. Szczególnie, że teraz, dzięki jej uprzejmości, miałam nawet więcej niż pół godziny na zbyciu. W drodze na Świdnicką dowiedziałam się, że nazywa się Maria-Lucyna, ale wszyscy znają ją jako Marilu. Ma faktycznie 16 lat. I rocznego synka, którym opiekuje się mama. Była sympatyczną dziewczyną i miło mi się z nią rozmawiało. Grzecznie podziękowała za podwiezienie a ja, naiwna, myślałam, że na tym zakończyła się nasza tranzakcja i nasza znajomość.

     Mój wieczór z rodziną był więcej niż udany. Może dlatego, że wóda lała się strumieniami, korki szampana strzelały; pan kelner spozierał na mnie coraz łaskawszym  okiem. Widocznie nie spodziewał się, że ta samotna facetka, ani gejsza ani tutejsza, da mu tyle zarobić. A moje oczy mówiły: a ku ku! Nie wolno sądzić książki po okładce. Ale co tam! Tymczasem, moja zawsze tak dystyngowana rodzina, po prostu szalała. Nie poznawałam jej. Do tego stopnia, że po paru godzinach zabawy usłyszałam nawet zapowiedź, jakby żywcem wyjętą z wyimaginowanego, oczywiście, duetu Młynarskiego z Połomskim: "Dla sympatycznej niewątpliwie, kochanej kuzynki Niny - cała sala zap... o, pardon, tańczy walca". Tańczyliśmy do rana.  Pan kelner zacierał rączki.  Orkiestra także. Rodzina rozbawiona. Ja – zadowolona.  Everybody happy!

     Nazajutrz, Marilu z dwoma koleżankami po fachu, siedziały w hallu. Marilu przywitała się ze mną serdecznie jak ze starą, dobrą znajomą i zapytała czy one mogą zabrać się ze mną do śródmieścia. Nie wiedziałam  jak odmówić, więc powiedziałam OK. I nagle w moim małym, dwuosobowym, sportowym  samochodziku zaczęły się kotłować nogi i ręce; biusty wylewały się przez otwarte okna. "Panienki" radośnie machały do wszystkich panów, piszczały, kwiczały, rozsyłały całusy na lewo i prawo. Jakaś starsza pani rzuciła w wóz kamieniem. Na moje szczęście - chybiła. Nie wiem czy miała jakąś zadrę do tych dziewczyn czy też miała tylko takie hobby rzucania kamieniami w zagraniczne samochody.  A może akurat nie lubiła czerwonego koloru?

     Jeszcze tak ze dwa razy podwoziłam je pod Monopol, po czym zaczęłam chyłkiem wymykać się z hotelu. Ktoś doniósł mojej wielce arystokratycznej rodzinie, że Nina "wpadła w straszne towarzystwo" (sic!). Moja rodzina nie ukrywała oburzenia i dezaprobaty. Wuj Xawery spuścił mi solidne słowne manto i musiałam dać słowo, że nie będę się więcej z tymi paniami zadawała. Słowa,  z musu, dotrzymałam.

     Równo rok później musiałam polecieć do Wrocławia na pogrzeb cioci, nestorki rodu. Po pogrzebie, cała rodzina, która zjawiła się in gremio z całego globu na tą smutną okazję, udała się na skromną, acz elegancką stypę do "Monopolu".  I nagle, na środku sali, rzuciła mi się na szyję Marilu, rycząc na cały głos: "O! Nina! Nasza Nina wróciła! Nina znowu z nami!" Inne dziewczyny też zaczęły witać mnie wylewnie.  Jakiś pan puścił do mnie perskie oko. O minach i reakcji mojej rodziny, do dnia dzisiejszego wolę nie myśleć ani wspominać!

     Dobiegam do puenty mego opowiadania. A więc Marilu jest w Toronto, względnie okolicy. I pewnie się zamartwia czy to teraz ja, z kolei, nie podbiegnę do niej w jakimś miejscu publicznym i nie przywitam jej głośno, przypominając skąd się znamy. Marilu ma pewnie męża, który może nic nie wie o jej, mówiąc oględnie, barwnej przeszłości. Wygląda tak statecznie, tak nobliwie.  Pewnie gdzieś pracuje i zbiera na dom. A jeśli już ma, to na spłatę hipoteki. Pewnie chodzi w niedziele do polskiego kościoła. Ma mnóstwo przyjaciół z wszystkich stron Polski, aliści starannie unika panów z Wrocławia, tamtych stron w ogóle. Ciekawa jestem czy jej syn też tu jest?  Musi być już dorosłym, młodym  człowiekiem. Co z jej mamą? Jest tutaj czy została w Polsce?

     Teraz rozumiem, że ta baczna obserwacja mnie w teatrze była podyktowana strachem.  Dlatego tak pilnie monitorowała moją reakcję.   A raczej jej brak. I nadal nie ma pewności czy ją  rozpoznałam i co z tego może dla niej wyniknąć.

     Nic nie wyniknie! Nie martw się Marilu, czy jak też się teraz nazywasz. Jeśli się spotkamy, a na pewno się spotkamy, bo byłabyś skończoną idiotką ażeby przeze mnie rezygnować z polskich sklepów, z życia towarzyskiego, z kabaretu, kina czy teatru - obiecuję ci solennie, że nigdy ciebie nie poznam. Okiem nawet nie mrugnę. Twoja dawna profesja to jest twoja prywatna sprawa. Każdy ma prawo do drugiej szansy w życiu. Ty także. Bóg ci świadkiem, że pracowałaś bardzo ciężko.  Zresztą, ze wszystkich profesji na "p" - twoja dawna jest wprawdzie najstarszą na świecie, ale wcale nie najgorszą. Zapewniam cię,  że polityka jest dużo większą k...aniżeli prostytucja.

     Z całego serca życzę ci wiele szczęścia na tym kontynencie i na nowej drodze życia! Bądź zdrowa! Bądź szczęśliwa! I bądź zupełnie spokojna! Z mojej strony nic ci nie grozi. Przeciwnie. Jestem ci wdzięczna za to, że niechcący spowodowałaś całą falę miłych mi wspomnień.  Hej, cała sala…......