PRZEPROWADZKA
Zadzwonił pan Adam W. z Brampton, aby zapytać, czy czasem nie oglądałam programu o przeprowadzkach, emitowanego w lutym, w programie ”W-FIVE” (moim skromnym zdaniem, jednym z najlepszych w kanadyjskiej TV). Potwierdziłam. Oglądałam. Zawsze oglądam. Otóż p. Adam został służbowo przeniesiony do Alberty i z końcem czerwca podejmuje nowe obowiązki w Calgary. Dom i samochód są już sprzedane, pozostaje kwestia zaaranżowania przeprowadzki. Ile jest w tym prawdy, pyta zaniepokojony p. Adam, że spedytorom nie można wierzyć? Czy jest to w ogóle możliwe, ażeby ładunki mogły ”znikać” w drodze a ich późniejsze odzyskanie było bezczelnym szantażem? I, w efekcie końcowym, płaceniem słonego okupu?
Niestety! Jest dokładnie tak, jak program przekazał. Wszak to byli prawdziwi ludzie z ich autentycznymi problemami. I ciągle bez swojej własności. Bez rzeczy osobistych, bez mebli, bez elektroniki. Rozbój w biały dzień! Co na to policja? Nic. Jest bezsilna. Albowiem jest to sprawa kontraktu i nie do końca doczytanego ”maczka-nieboraczka”. (Ten maczek nie jest przypadkowy. Właśnie w nim czają się wszystkie kruczki i zwolnienia z odpowiedzialności. Inaczej cały kontrakt byłby spisany normalnym drukiem, prawda?) Spedycja w tym kraju znajduje się istotnie w szarej strefie; uczciwy przewoźnik równa się wygranej w totolotka.
Przekonałam się o tym zresztą na własnej skórze. I zapewniam, że przez te 17 lat, jeśli coś się zmieniło, to, jak z tego programu wynika, tylko na gorsze. Gdybym miała wrogów, nie życzyłabym im nagłej śmierci. Nie! Życzyłabym, ażeby musieli zadawać się z adwokatami lub przewoźnikami. Na to samo wychodzi. Bowiem usługi jednych jak i drugich sprowadzają się do ”rosyjskiej ruletki”.
Dowód? Choć mikroskopijne w porównaniu, niech posłuży moje własne doświadczenie. Kiedy zdecydowałam się opuścić rodzinne progi (przypadkowo też w Brampton), w pierwszej kolejności musiałam zorganizować sobie transport. Moje palce rozpoczęły wędrówkę po żółtych stronach książki telefonicznej. Szukałam firmy nie za małej, bowiem te mają paskudny zwyczaj odkuwania się na kliencie za swoje przestoje, ale i nie za dużej, bo te z kolei lubią dzielić się z klientem swoimi kosztami administracyjnymi. Obdzwoniłam prawie tuzin firm przewozowych z prośbą o kosztorys. Jedni podawali cenę przez telefon (jasnowidze?), inni nawet fatygowali się na wizję lokalną. Śmieszna sprawa! Wyprowadzałam się wszystkiego 20 km do Mississauga, ale różnice w cenie przeprowadzki wahały się od $400 do $600. Przy czym, moje dobra doczesne podjęłam się spakować sama, inaczej koszt wynajęcia meblowozu byłby iście horrendalny.
Żądałam kosztorysu na firmowym papierze, z wyszczególnieniem wszystkich świadczeń. Na jaką sumę ubezpieczają moją własność, ile ludzi będzie liczyć ich ekipa, jakich materiałów używają do owijania TV, luster, mebli ze szkłem, etc. W końcu wybrałam firmę reprezentowaną przez bardzo miłą p. Renę. Oferowali najlepsze warunki. Pewną ilość kartonów musiałam wprawdzie zakupić, ale drugie tyle (plus wypożyczenie przenośnych, kartonowych szaf) oferowali za darmo. Te ostatnie mieli przywieźć ze sobą i w czasie, kiedy oni będą wynosić meble, ja miałam tylko zawieszać sukienki i płaszcze na sztangach, a buciki wrzucać do środka, ot tak jak leci, et voila!
Założyłam, logicznie chyba, że skoro wybrana przeze mnie firma ma koncesję
(franchise) amerykańskiego kolosa przewozowego (vide dumne logo na blankiecie firmowym), to nie będzie próbowała żadnych hopszturków. Boże! Czy ja się nigdy nie nauczę? Że to nie są już ”moje” czasy, kiedy klient był panem. Płacił i wymagał. Klient dzisiaj jest jeleniem, którego oni nawet szukać nie muszą, bo sam się do nich zgłasza i jeszcze potulnie o odstrzał prosi. Ja miałam i tak fart, że przed moją przeprowadzką, zdołałam ”zaadoptować” sobie młode małżeństwo, które, odpłatnie oczywiście, ochoczo pomagało mi moralnie i fizycznie. Tylko ich przyjaźni i pomocy zawdzięczam, że nie wylądowałam w ”czubkach” i dzisiaj nie robię za św. Teresę, markizę de Pompadour czy Katarzynę Wielką. (Ciągle nie jestem zdecydowana, która z nich byłaby najbardziej w moim typie.)
”Dzieci” przychodziły co wieczór, i sprawnie mnie pakowały. Po jaką cholerę ja kupiłam ten serwis na 12 osób, kiedy przy moim stole jadalnym jest miejsce tylko na 4 osoby? Ażeby było więcej do pakowania, a może rozbijania – powinna brzmieć właściwa odpowiedź. Z każdym wieczorem urastała góra kartonów. A kiedy zaczęła sięgać sufitu, uprzytomniłam sobie, że jeden z nich zawiera zawartość szuflady mojego biurka, w której znajduje się kontrakt ze spedytorem i klucze do nowego domu. Przez krótki czas nie byłam zbytnio u ”dzieci” popularna. Dzięki Bogu wnet im przeszło, bo zguba znalazła się już w trzecim kartonie.
No i nadszedł wreszcie ten długo oczekiwany dzień. Padał deszcz. Przed dom, zamiast okazałego, lśniącego transportera (jak na imponującej reklamie), zajechała obdrapana, najbardziej obskurna landara, jaką można sobie wyobrazić. A w niej zakontraktowana, bajecznie kolorowa, załoga. Dwie odmiany Murzynów i jeden Latynos. Mieli wyraźnie trudności z porozumieniem się pomiędzy sobą, stąd pół godziny upłynęło im na ustaleniu kolejności pracy. A za ich czas płaci się jak za zboże. Może właśnie dlatego poruszali się jak muchy w połogu? Obserwując ich ślamazarność, ”dzieci”, z łezką w oku wspominały dobrą, polską fuchę i oświecały mnie, ile taki polski tragarz wyniósłby naraz, podczas kiedy te dwumetrowe dryblasy, kołysząc się w biodrach, niczym w rytmie salsa, wynosiły po jednym krzesełku. Ja, wraz z ”dziećmi”, dosłownie w kilka minut, zdążyłam opróżnić wszystkie szafy z ubrań i przenieść ich zawartość do przenośnych szaf kartonowych. Jak dotąd, byliśmy tylko jedną godzinę do tyłu.
Nasza karawana, sunąca w obłędnym tempie aż…20 k/g, niespodziewanie zahamowała za rogiem. Poinformowano mnie, że panowie tragarze są głodni i, że idą na obiad do McDonald’sa. Pora była faktycznie obiadowa i do kontuaru - kilometrowe kolejki. Nie mając wyboru, my też sprawiliśmy sobie lunch. A co? My gorsi? Kiedy mieliśmy już ponownie wyruszać, jeden z Murzynów przypomniał sobie o potrzebie fizjologicznej i znikł nam z oczu na następne 15 minut. Kiedy wreszcie ruszyliśmy z miejsca (z tą samą szybkością), obserwowałam w lusterku trzęsącą się karykaturę meblowozu i zastanawiałam się, czy toto w ogóle dojedzie. Dojechało.
Ewidentnie uradowana tym faktem ekipa, z entuzjazmem w oczach, lecz niewidzialnymi kulami u nóg, zaczęła powoli, z namaszczeniem, wnosić rzeczy do domu. W tej chwili byliśmy już 2 godziny do tyłu. Podczas kiedy oni poruszali się jak flaki w oleju, pan Latynos ofuknął mnie, że tak powoli opróżniam ich kartonowe szafy. Aby mi pokazać jak to się poprawnie robi, bezceremonialnie odsunął mnie na bok, i wywalił całą zawartość na dywan. A w ślad za nią poleciało sześć następnych. Na środku sypialni powstał kopiec z płaszczy, futer, sukien, apaszek i bucików. Facet popatrzył na mnie z pogardą, po czym majestatycznie wyżeglował z pokoju. Miałam ochotę krzyknąć za nim: ole! – ale się powstrzymałam. Lepiej nie zadzierać. Kopiec wyglądał wcale malowniczo, co zawdzięczam wyłącznie mojej predylekcji do żywych kolorów. Ale jak to usunąć, za nim wniosą moje duże łóżko?
Draka wybuchła, kiedy po opróżnieniu ciężarówki, panowie tragarze zażądali wyrównania zapłaty, wbrew umowie, w gotówce. Przy czym koszt przeprowadzki w magiczny sposób urósł o $500, ponad ustaloną kwotę. Po długiej i bezcelowej pyskówce, połączyli mnie w końcu z właścicielem firmy. Jego znajomość języka angielskiego okazała się pod ”zdechłym Azorkiem”. Rozmawiała gęś z prosięciem… Przypuszczalnie miało to na celu mnie zmiękczyć. Ja miałam się poddać, a oni dobrać do mojej kieszeni. Lecz facet się naciął. Nie ze mną te numery, Brunner!
Awansowałam stojącego obok Latynosa na nadwornego tłumacza i zażądałam wyjaśnienia. Okazało się, że firma wymyśliła sobie, że jestem im jeszcze dłużna za jazdę na drodze (?!), za ileś tam więcej kartonów i cztery ekstra godziny pracy. Zapytałam z sarkazmem w głosie, jaka jest ich definicja przeprowadzki? Jak oni przeprowadzają klienta bez ”jazdy drogą”? Czyżby latali? Tłumaczyłam, że wybrałam ich firmę właśnie dlatego, że oferowali więcej kartonów. I, że zapłacę kartą kredytową, tak jak to uzgodniłam z miłą p. Reną. Powiedziałam, że trzymam w ręku kontrakt, w którym wyraźnie figuruje liczba kartonów płatnych i niepłatnych. Także przewidziany czas przeprowadzki (przez nich samych wykalkulowany), ale nie czas stania w kolejce u McDonald’sa. A w ogóle, to ja chcę mówić z p. Reną.
Ku mojemu zdziwieniu usłyszałam, że nie mogę, bo p. Rena już tam nie pracuje. Hmm, ciekawe, gdyż jeszcze wczoraj tam urzędowała. Wobec tego oświadczyłam facetowi, że nie chce mi się dłużej z nim handryczyć, że jego ludzie mogą sobie tutaj sterczeć choćby i do sądnego dnia, ja zaś zajmę się zaraz pisaniem zażaleń do Związku Zawodowych Przewoźników, do ”Ministry of Consumer & Business Services” i do ”Better Business Bureau” – do wszystkich tutejszych obrońców konsumenta. Podniesiony głos w słuchawce opadł do minimum decybeli. Spokorniał sk…ubany!
Przeprowadzka to straszne ziazie. Rozpakowywanie się na nowym miejscu, wcale nie należy do przyjemności życiowych. Znam lepsze. Człowiek potyka się o dziesiątki paczek i o własne nogi. Nosem ryje ze zmęczenia, ale do późnej nocy miota się z obrazkiem w ręku, szukając odpowiedniego nań miejsca. A kiedy wybije parę niepotrzebnych dziur w kilku ścianach, stwierdza z niemiłym zdziwieniem, że koloryt obrazka nie nadaje się do nowego dekoru. I chowa obrazek do szafy.
Urządzanie się na nowym miejscu można przyrównać do 1000 metrowego biegu na bieżni. Tylko, że pod koniec dnia, zamiast laurów, ma się spuchnięte nogi, połamane paznokcie, obolałą głowę i złamany krzyż. Zdalnie otwierane drzwi do garażu odmawiają posłuszeństwa. Kiedy po zmarnowaniu godziny na uruchomienie opornego mechanizmu, decyduję się na wezwanie mechanika, drzwi, jakby wystraszone czekającą je interwencją, nagle się otwierają. Okazuje się, że nic im nie było; to ja przyciskałam niewłaściwe klawisze. Do tego zginęły mi jedyne ostre nożyczki. Odnajdują się po tygodniu w…zamrażalniku. Nienawidzę przeprowadzek!
A jednak, chociaż operujemy tym samym słowem: przeprowadzka, pomiędzy moją a p. Adama – nie ma analogii. Bowiem ja byłam na miejscu. Jechałam wraz z nimi. Miałam jakąś formę kontroli. W razie czego, mogłam interweniować. Natomiast majątek p. Adama pojedzie sam. Wszak to 4-5 dni jazdy, a na takich odległościach wiele ”cudów” może się przydarzyć. Pan Adam z rodziną lecą samolotem i spodziewają się być na miejscu, kiedy transporter zajedzie. Oby! Pan Adam może mieć jeszcze inny problem. Czerwiec tuż, tuż. A czerwiec jest w Kanadzie tradycyjnie miesiącem przeprowadzek. Ze znalezieniem przewoźnika w tak krótkim terminie mogą być trudności. Nawet nie wiem czy już nie jest za późno; przewoźników normalnie kontraktuje z wielkim wyprzedzeniem. No cóż, jest to zapewne pierwsza poważna przeprowadzka p. Adama w Kanadzie i należy liczyć się z zapłaceniem frycowego. Oby tylko małego!
Nasze Ministerstwo Obrony Konsumenta ostrzega przed wyborem spedytora na chybił-trafił. Proszę zwrócić uwagę, że tylko w samym rejonie Peel, na żółtych stronach książki telefonicznej znajduje się, co najmniej, 15 przewoźników na literę ”A”. (W Toronto jest ich 10 razy więcej). Firmy prześcigają się w wymyślaniu nazw na tę właśnie literę. To nie jest przypadkowe. Jest to dokładnie przemyślany chwyt. Chodzi o to, ażeby już dalej nie szukać, tylko łapać pierwszą-lepszą firmę z góry. Aliści reklama, która JEST dźwignią handlu, bywa czasem zwodnicza. Idealnie byłoby znać kogoś, kto stosunkowo nie dawno korzystał z usług firmy przewozowej, jest z jej usługi zadowolony i z czystym sumieniem zechce ją zarekomendować.
W Polskim Przewodniku Handlowym znalazłam 12 pozycji firm trudniących się przeprowadzkami i przewozami. Także w naszym piśmie ogłasza się kilka firm spedytorskich. Nie wiem czy oferują przewozy lokalne czy także ”dalekobieżne”. Może warto by porozumieć się z nimi? Nawet, jeśli sami Alberty nie obsługują, to będąc w branży, zapewne będą potrafili kogoś polecić. Lub przed kimś przestrzec. A to już połowa zwycięstwa! Ja bym stanowczo zaczęła od ”swoich”.
Życzę szerokiej drogi! I cudownego życia na tle malowniczych Gór Skalistych!