Ryby i guziki

      Jesień. Plucha. Liście, jeszcze bajecznie kolorowe, opadają bezszelestnie a ja je muszę zmiatać. Zbieram w kupkę, tylko po to ażeby wiatr je znowu rozsypał. Jestem zmęczona. Jestem przygnębiona. Świat nie wydaje mi się zbyt  różowy. Na biurku także piętrzy się stos listów i straszy.  Lecz kiedy pod ich ciężarem zaczynam się garbić, zawsze znajdzie się taki jeden, który ustawia mnie do pionu. Prostuje. Jakieś jedno słowo czytelnika, nawet nie zawsze a propos tematu, niechcący unosi kurtynę zapomnienia i wtedy galopem powraca jakieś wspomnienie, jakaś dawno zapomniana anegdota z mojego dawnego, tamtego, cywilizowanego  życia.  I od razu chichram się jak szalona.  Tak jak dzisiaj właśnie.

          Pan Marian W. z Toronto (a Pan pewnie myślał, że ja zapomniałam, co?) napisał: Droga Pani Nino! Mam pytanie z dziedziny “bon-ton’u”, co jest zawsze trochę krępujące, bo świadczy o niedostatku wiedzy pytającego. A tymczasem ja zawsze wiedziałem (jeszcze z czasów Kamyczka z “Przekroju”), że ryby je się widelcem lub dwoma, w każdym bądź razie, nie używa się noża. Obecna praktyka restauracyjna tak w Polsce jak i w Kanadzie sprawia, że przy zamówieniu ryby czy krewetek, podają nóż i widelec. Jak do steka. Uważam, że rybę powinno się jeść bez użycia noża (ewentualne odstępstwo: śledź) a krewetki brać w palce i maczać w sosie, podawanym w osobnej miseczce. Czy mam rację czy też nastąpiła rewolucyjna zmiana w sposobie jedzenia ryb?  Wydaje mi się, że jest to  już zwyczaj powszechny, choć niezgodny z konwenansami. Krojenie ryby nożem, a zwłaszcza krewetki,  razi mnie szczególnie.  Pani Nino! Czy ja jestem nadwrażliwy, niedzisiejszy (no cóż, 60-tka na karku) czy spożywanie ryby w ten sposób jest anomalią, czy też obecnie już normą i muszę się z tym pogodzić?  Uprzejmie proszę o wyrażenie opinii jak, względnie czym,  konsumuje się poprawnie rybę w miejscu publicznym….

          Drogi Panie! Gdyby ktoś zechciał napisać dysertację na temat: “Jak wyginęły rybne noże”, sądzę, że jedno zdanie by wystarczyło: dla wygody - wyszły z mody. Przeżytek! Dawniej, istotnie, w domach gdzie nie było rybnych noży, posługiwano się dwoma widelcami. Potwierdzają to wszystkie stare książki traktujące o savoir vivre i o etykiecie stołowej. W książkach kucharskich zawierających ilustracje poprawnego nakrywania stołu - nóż rybny zawsze figuruje na swoim miejscu. Na lewo od łyżki, na prawo od talerza. Doskonale rozumiem Pana frustrację kiedy patrzy Pan na zanik manier stołowych, które wpojono Panu od dziecka.  Lecz na Zachodzie, z nożami rybnymi w codziennym użytku pożegnano się co najmniej pół wieku temu. Oczywiście, od czasu do czasu można jeszcze gdzieś natrafić na enklawę “bon-ton’u” (najczęściej jest to droga, elegancka restauracja, gdzie te noże podaje się raczej dla szpanu) ale obawiam się, że nasze dzieci i wnuki zobaczą je już tylko na rycinie. Albo w muzeum.  (Kiedy przekazałam starą, rodową zastawę mojej córce, wcale nie była przedwczesnym spadkiem zachwycona. “Ciężkie to, nieporęczne, a tylko czyścić trzeba” - burknęła.)

          Rybne noże nie służyły do krajania lecz do filetowania (stąd ten ich specyficzny, szeroki kształt). Ości odkładano na brzeg talerza a powstały filet zjadano widelcem. Krewetkę (tutaj nazywaną “shrimp”, w Anglii zaś “prawn”), kiedy nie można jej jeść palcami, nadziewa się na widelec i wkłada do ust w całości.  Wiele gorących potraw zawiera krewetki.  Choćby hiszpańska paella. Serdecznie odradzam wyławianie ich palcami i to nie tylko z powodu stołowej etykiety.  Jako naród, nawet bez  krewetek, mamy rzadki dar parzenia sobie niepotrzebnie palców.

          Obecne spożywanie ryby przy pomocy zwykłego noża nastąpiło nie drogą rewolucji lecz ewolucji. W Anglii, zaraz po wojnie, kiedy panowały szalone braki żywnościowe i system kartkowy formalnie głodził ludzi (nie wszyscy wiedzą, że zwycięska Anglia zniosła książeczki żywnościowe jako ostatnia w Europie, dopiero w 1956r. Co wcale nie znaczyło, że półki z miejsca się zapełniły). Wtedy największym mniam-mniam dostępnym bez przydziału, i to po długim staniu w kolejce, były tylko “fish and chips” (smażona ryba i frytki), pokropione octem i keczupem, spożywane bezpośrednio z gazety zwiniętej w trąbkę. Jadło się to bezceremonialnie stojąc na ulicy, lub biegiem cwałowało z gorącą zdobyczą do domu. Za najlepsze uchodziły te zawinięte w brukowiec “News of the World”, bowiem ich farba drukarska była pochodzenia roślinnego i ryba była o niebo smaczniejsza od innych.  Nierzadki był widok wytwornych dam w długich sukniach i panów w smokingach, którzy prosto z opery w Covent Garden, zasuwali do budki najbliższego “chippie” gdzie, na ulicy, na stojaka, zażerali się dymiącą rybą i frytkami. Czy tak Pan sobie wyobrażał kolebkę zachodnio-europejskiego “bon-ton’u”? Angielskiej elegancji? Wątpię.

          Może właśnie z powodu tych braków żywnościowych, zwykli zjadacze chleba zaczęli masowo emigrować do kolonii, w tym także i do Kanady. (High-life nie emigrował. Nie miał potrzeby). Reszta, jak to mówią, jest historią. Kulinarny postęp “do góry nogami” i wygoda (czyli bary szybkiej obsługi = fast foods) zrobiły zawrotną karierę. I to one sprawiły, że rybę jemy pospolitym nożem! A i tak dobrze, jeśli  nie plastykowym.

Dziękuję Panu za to pytanie. Bowiem dzięki niemu, nagle odżyło pewne hecne wspomnienie.  które choć tylko luźno zahacza o temat, pełne jest jednak sentymentu. I, po tylu latach, daje mi dzisiaj powód do szerokiego uśmiechu. 

Otóż ostatni raz jadłam rybę rybnym nożem 20 lat temu, jeszcze w Londynie.  W bardzo sławnej, ekskluzywnej, rybnej restauracji “Scott’s of Piccadilly”.  Jadało się tam srebrnymi sztućcami. A jakże! Właściciele mogli sobie spokojnie pozwolić na takie zaufanie w stosunku do klientów, albowiem stolik mogli zamawiać tylko stali, “who is who” znani im bywalcy. I nawet oni - też z conajmniej z miesięcznym wyprzedzeniem.  Dla nieznanego nazwiska (a już, broń Boże, z amerykańskim akcentem) mieli standartową odpowiedź: “sorry, sir, niestety wszystkie stoliki mamy już zamówione. Do roku 2012.”  Nawet status idola srebrnego ekranu  i nieprawdopodobny szmal – nie otwierał tam drzwi.

          Na kolację zaprosił mnie mój przyjaciel, autentyczny lord (potomek jednej z najstarszych rodzin), sympatyczny facet ale potworny snob, który od dłuższego czasu mnie emablował (fajne slowo, co? W zwykłym świecie oznacza pospolitą podrywę.) Zapraszając, nie omieszkał nadmienić conajmniej z dziesięć razy, że zabiera mnie do “ostatniego bastionu gastronomicznej kultury”. Taaak? A guzik! W dosłownym tego słowa znaczeniu, jak się miało wnet okazać.

          Ja jestem krótkowłosa. Tak lubię. Tak mi wygodnie.  Przez lata całe czesałam się a la Audrey Hepburn w “Rzymskich Wakacjach”. Ale co z tego, kiedy w tym akurat momencie na krótko, na jeden sezon, powróciła moda na “wodnice”. To znaczy na długie, przylizane, proste włosy, conajmniej do połowy pleców, którymi przy kręceniu głową, wachluje się otoczenie (tak jak to dzisiaj czynią te damulki reklamujące szampony). Albo z iście kobiecą kokieterią, omdlewającym ruchem dłoni, odsuwa się je od twarzy, trzepotrząc kusząco rzęsami. Ja się do tego zupełnie nie nadaję. Nie leży w moim charakterze.  Nie jest w moim stylu.  Ale co miałam robić? Jak każda baba, chciałam być modna. Więc nie zastanawiając się długo, poleciałam do Harrods’a i sprawiłam sobie długą perukę. Sądząc po fotografiach, zdaje mi się, że całkiem nieźle w niej wyglądałam.

          No i nadszedł ten feralny wieczór. Roger ulokował się pod ścianą (no bo musiał wszystkich widzieć i pozdrawiać), więc mnie przypadło miejsce od strony sali i wąskiego przejścia pomiędzy stolikami. Podczas kiedy on składał zamówienie, ja przyglądałam się ciekawie owym sławetnym, sztućcom, którymi nawet sam Churchill jadał.  Może nawet tym właśnie nożem i widelcem leżącymi przede mną?! Ho, ho, toż to kawał historii!  Na sali słychać było tylko łagodny szmerek. Broń Boże jednego głośnego słowa! Roger zdążył mi już szepnąć konspiracyjnie, że obok mnie, przy sąsiednim stoliku, siedzi lady Beatrice, żona prywatnego sekretarza królowej. O wa! Mecyje! Czy miałam zemdleć z wrażenia?

          Jak dzisiaj pamiętam, że na przystawkę jadłam szkockiego, wędzonego łososia, a na drugie danie “tęczowego” pstrąga.  Deseru już nie dostałam.  Za karę. W pewnym momencie oczy Rogera, patrzącego na mnie, jak zawsze, w niemym zachwycie, zrobiły się nagle duże jak dwa spodki. Ręka z widelcem zawisła w powietrzu a otwarte usta żywcem przypominały tego biednego pstrąga na  moim talerzu. Równocześnie wokół mojej głowy i ramion zrobiło mi się tak jakoś dziwnie lekko i przewiewnie. Machinalnie podniosłam rękę. Peruki nie było! Za to kelner (we fraku, oczywiście) niczym jaki triumfalny Indianin z dyndającym się skalpem, uchodził z moją peruką, zakutaną wokół guzików na jego rękawie. Nieświadomy zresztą tego faktu, gdyż pod tacą, na wysokości piersi, nie mógł jej widzieć.

          Fi donc! Ogólne zgorszenie. Niema dezaprobata w każdym jednym, arystokratycznym oku! Zerwałam się z fotela jak oparzona.  (A fe! Dama nigdy nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów - poucza salonowy bon-ton). “Wait a minute” – wrzasnęłam na cały głos i podskoczyłam do niego. Sala zamarła. To były chyba pierwsze (i ostatnie?), trzy głośne słowa zasłyszane w tej restauracji od chwili jej założenia. Czyli tak, pi razy oko, ze dwieście lat temu.  Kelner skamieniał  z wrażenia. Szczególnie kiedy bezceremonialnie złapałam go za rękaw i zaczęłam tarmosić. Dlaczego jak człowiek chce coś szybko i dyskretnie zlikwidować, właśnie wtedy wszystko się kicia i komplikuje? Cholerna peruka owinęła się wokół tych guzików niczym powój i ani myślała dobrowolnie dać się odczepić. Usłużny kolega odebrał od “mojego” kelnera tacę, a na mnie popatrzył tak jakbym ja była czymś co kot akurat z piwnicy przytargał. Obaj kelnerzy cierpliwie, acz z sardonicznym uśmieszkiem, obserwowali moje nerwowe zmagania z peruką i guzikami.  Jaką właściwie rolę spełniają te guziki? Po jaką cholerę one w ogóle są?  Ażeby żony miały co przyszywać?  A co, za mało roboty mają?

          Po czasie, który mnie wydał się wiecznością. udało mi się wreszcie odczepić nieszczęsną perukę od guzików. Na oczach wszystkich wsadziłam ją sobie, byle jak, na głowę i majestatycznym krokiem (no, czterema) powróciłam do stolika. Roger trwał w tej samej pozycji, w której go zostawiłam. Z otwartą gębą. Tyle, że na mnie już nie patrzył. Całą swoją uwagę koncentrował teraz na talerzu. Sala, po tak straszliwym szoku, powróciła do równowagi i kontynuowała swoją wytworną, szeptaną kolację.  Może komentowała to niebywałe, skandaliczne wydarzenie?  My ją skończyliśmy  w ponurym milczeniu i trybie przyśpieszonym. W drodze do domu, usiłowałam obrócić cały incydent w żart. Nic z tego! Roger chyba nigdy nie przeżył tej, nienaumyślnej przecież, kompromitacji. Nie spotkaliśmy się już więcej.

Ja zresztą wnet wyemigrowałam do Kanady. Z całego tamtego wieczoru pozostała mi tylko jedna drobna satysfakcja.  A mianowicie to, że moja, acz tylko na chwilę widoczna, własna fryzura nawet sans perruque, była, mimo wszystko, o niebo ładniejsza i twarzowa od wyfiokowanej koafiury lady Beatrice!

          I tylko pomyśleć, jak banalnie straciłam absztyfikanta. Odebrały mi go perfidne chochliki. Przez perukę. Przez ryby. I przez głupie guziki.