| Nina
Geysztor-Zawirska
JA BAJKI TAK LUBIĘ OGROMNIE... Pan Ziutek ostatnio bardzo się zmienił. Przestał pouczać mnie o Zachodzie, o Kanadzie, i o życiu w ogóle. Jakoś mniej się puszy, mniej wymądrza. Przygasł jakby, zcichł i wysubtelniał. Przyszedł do mnie po poradę, gdyż ma problem nie lada. Jestem przecież tą panią od porad, chyba nie odmówię staremu znajomemu, co? – pyta przymilnie. Jego problem nazywa się Mariola. Przyszła do niego parę lat temu na jeden upojny wieczór i dotychczas nie wyszła. Łatwo zdołała go przekonać, że on ma w tym apartamencie aż nadto miejsca i, że we dwójkę będzie im raźniej i taniej. Nawet niezła z niej dziewczyna - mówi pan Ziutek. Tylko czasem ma felerne zagrania. Mariola pracuje gdzieś w "Polaczkowie" jako fryzjerka/kosmetyczka i doskonale zarabia. Do tego, zaraz po przyjeździe tutaj dostała duże mieszkanie, dzięki koleżance z tej samej wsi, która w tym budynku jest superką. (Superka jest to zwykła cieciowa, tyle, że zagraniczna.) Mariola nawet po licznych podwyżkach, jak na dzisiejsze czasy płaci śmiesznie niski czynsz bo tylko $800 miesięcznie, a chatę odnajmuje 6-ciu chłopakom po 300 dolców od łebka. Czyli, za bezdurno, dorabia sobie jeszcze "kółko" miesięcznie. Superka tego przeludnienia nie widzi, bo nie chce. Superka lubi się napić, zabawić i pobalować (mieszka ze starym, stetryczałym mężem dzięki któremu zresztą tutaj została, a ochotnika na następnego i młodszego jakoś nie widać). Więc korzysta z tego co ma. Lokatorami tego mieszkania są zawsze Polacy. Samotni, głównie pracujący na budowach, zarabiają wystarczająco dobrze ażeby na weekend wóda i piwo mogły lać się strumieniami. Jak dotąd, wszyscy mieli klawe życie. Ale teraz Marioli się rypło. Jeden z tych chłopaków okazał się być strasznym cudakiem. Nie chciał pić ani brać udziału w rozkosznych balangach. Przeciwnie. W dzień pracował, wieczorami chodził na jakieś kursy i stale prosił o ciszę, bo on się uczy do egzaminu. Nieudacznik taki! Reszta chłopaków miała dosyć tego trucia i zażądała od Marioli aby go wywaliła. Mariola, nie w ciemię bita, wiedziała z której strony ma chleb grubo masłem posmarowany. Kazała mu się wyprowadzić i zażądała zwrotu klucza. Facet wcale nie oponował, tylko poprosił o zwrot $300, które to dwa dni temu z góry był jej zapłacił. Durna baba odmówiła i teraz ma bigos - mówi szczerze zmartwiony pan Ziutek. Albowiem nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, niespodziewanie wkroczyła w ich życie Revenue Canada - czyli Urząd Podatkowy. Skarbowcy coprawda twierdzą, że ich dochodzenie spowodowane jest jej tegorocznym, ciut niedokładnym, zeznaniem podatkowym, ale ani Mariola ani on nie potrafią jakoś w to uwierzyć. Jeden, wyjątkowo złośliwy, inspektor wyliczył biednej Marioli ile tysięcy dochodu "zapomniało" jej się zadeklarować w ubiegłych latach. Dołożył procent składany od tych zaległych sum oraz odsetki od całości. Dodał nawet roczną wysokość czynszu, który ona na formularzu podatkowym dzielnie spisywała jako swój własny "rent" i wymierzył jeszcze sążnistą karę. W sumie zażądał czeku na ponad $25.000 z groszami. No i właśnie pan Ziutek chce wiedzieć czy Mariola ma rekurs, czy może się gdzieś odwołać i co powinna w ogóle zrobić? Jak to co? - pytam niepomiernie zdziwiona. Zapłacić! Płakać i płacić! Nie jutro, tylko wczoraj. Przecież za każdy dzień zwłoki, naliczają dalsze odsetki. Pan Ziutek ma oczy pełne łez. Jak ONI na to wpadli? Skąd? Skąd? - powtarza w kółko, niczym nakręcona katarynka. Jak to skąd? Toż to jasne jak słońce! Z rozgłośni BBG (Bezinteresowne Bliźniego Gnojenie) – uświadamiam go uprzejmie. Ktoś nadał. I to na pewno nie ten chłopak. Takim takie przyziemne sprawy latają. Może kogoś w oczy kolą jej szałowe ciuchy? Może jej sportowy wóz, a może futro z norek? Albo może jej liczne wyskoki do Polski, na jeden tydzień tylko? Kogo, oprócz byznesmanów, na taką ekstrawagancję stać? Myślę, że aby łatwiej zobrazować mu sytuację i nakreślić przedziwną psychikę rodaków, zrobię to lepiej serwując mu bajeczkę: Siedzi sobie nad jeziorem, powiedzmy Simcoe, pan Darek i łowi ryby. Pan Darek przybył tu niedawno z USA. Legalnie. Ale jest goły i bosy jak ten święty turecki. Ma prawo do pracy, lecz co z tego skoro nie zna języka. Na Greenpoint w Nowym Yorku (ichnie "Polaczkowo"), nie miał okazji się nauczyć. I nie jego to wina, że wszystkie dotąd oferowane mu prace albo wymagały znajomości języka albo wręcz urągały jego godności osobistej. Co oni sobie myślą, ci Kanadole?! Całe szczęście, że przypadkowo napatoczył się na kolesia, jeszcze z podstawówki. Koleś wprawdzie nie bardzo go pamiętał, nie mniej zaprosłl do swojego domku, tutaj nad jeziorem. Koleś przebywa w Kanadzie od 12tu lat. Dorobił się domu w Toronto, domku nad jeziorem, własnego interesu, dwóch samochodów i ciężarówki. (To, że na tych wszystkich dobrach doczesnych ciąży potężna hipoteka - o tym pan Darek nie myśli, może zresztą nawet nic na ten temat nie wie). Żona kolesia pracuje jako pielęgniarka. Koleś rzadko ma czas na bywanie w domku nad jeziorem, nie denerwuje się więc, że wizyta pana Darka przeciąga się w nieskończoność. Wędka drgnęła i, jak w każdej szanującej się bajce, pan Darek wyłowłl złotą rybkę. I, jak w każdej bajce, rybka, oczywiście jęła prosić go aby darował jej życie. W zamian za co, ona spełni jego trzy życzenia. Hm - zamyśla się pan Darek. Ale tylko przez chwilę. Czy widzisz rybko ten piękny dom z tarasem? – pyta. Widzę, odpowiada rybka. A tego Mercedesa przed garażem? (Mercedes furt uchodzi za symbol statusu). Widzę, mówi rybka. I ten olbrzymi las wokoło? Aha - potwierdza rybka i zaraz dodaje domyślnie: i ty pewnie chcesz mieć wszystko takie same, tylko dużo większe, co? A właśnie, że nie – triumfalnie wykrzykuje pan Darek. Nic z tych rzeczy. Ja mam tylko jedno życzenie: ażeby koleś też nic nie miał! Rozumiesz? Rybka, gdyby mogła, poskrobałaby się w głowę. O takich cudakach ani ona ani nikt z jej licznej rodziny jeszcze nie słyszał. Nawet ich biblia, św. Ichtiologia, o takich wariatach nic nie wspomina; o niczym podobnym nie traktuje. Ale te rybki z bajek są zawsze bardzo mądre, ta zaś, na dodatek, otrzymała bardzo staranne, demokratyczne, kanadyjskie wykształcenie. Coś tu jest nie tak! Musi to przemyśleć. Lecz wpierw musi wywiązać się z zaciągniętego zobowiązania. Machnęła ogonem. Z jasnego nieba spadł grom i w okamgnieniu do szczętu spalił dom, las i Mercedesa. Pan Darek pokraśniał z radości i wrzucił rybkę z powrotem do wody. Aliści rybka, wierna swym zasadom, kiedy tylko odpłynęła na bezpieczną odległość, machnęła ogonem po raz wtóry. Na własne konto. Pana Darka coś oślepiło, po czym coś zalało. Nie, nie krew troista. Coś czarnego, mazistego. W pięć minut później zleciało się pół miasteczka. A godzinę potem, helikopterami, motorówkami, samochodami, zjechały niezliczone ekipy TV, ażeby podziwiać i utrwalić dla potomności nowopowstały, ontaryjski cud natury. Niech się Niagara Falls schowa! Tam, gdzie był las, tryskała teraz ropa (no co, no co? - w bajce może obyć się bez wiercenia, OK?) a w rumowisku gdzie przed tym stał dom, w wyrwie po nim błyszczała pięciometrowej szerokości żyła złota (od razu 24-karatowego, bo to przecież wciąż jest bajka). Koleś nie mieszka już w Kanadzie. Jego interesów pilnuje sztab doradców. Koleś kupił sobie małą wyspę na Pacyfiku i wraz z rodziną odpoczywa w cieniu palm. Czasem, własnym odrzutowcem udaje się na objazd swoich posiadłości, rozsianych teraz po całym świecie. Nawet w Warszawie kupił bank po Kanadyjczykach! Ale kiedy tylko przebywa w Kanadzie, nigdy nie omieszka odwiedzić pana Darka. Będąc przekonany, że to on właśnie przyniósł mu tyle szczęścia, w podzięce wystawił mu dom po drugiej stronie jeziora i wyasygnował sowite dożywocie. A pan Darek? Pan Darek ma tylko jedno, jedyne hobby. Chce jeszcze raz złapać ową złotą rybkę, aby jej każdą jedną łuskę i łuseczkę osobno z d… powyrywać! Jest znaną postacią nad jeziorem. Z młodego człowieka zrobił się zgorzkniały, słońcem spalony, prawie zasuszony starzec. Pustelnik. Nikogo nie zna, z nikim nie utrzymuje kontaktu. Lokalni ludzie, kiedy o nim mówią, znacząco kręcą kółko na czole. Jeden człowiek, który kilkakrotnie usiłował nawiązać z nim konwersację i zna trochę język ukraiński, uważa, że jemu się chyba w tym jeziorze dziecko utopilo. Albowiem ilekroć do niego podchodzi słyszy tylko: córwa, córwa i córwa. Biedny człowiek! Niniejszą bajeczkę wymyśliłam sobie ot tak, ad hoc, dla pana Ziutka usiłując, bezskutecznie - jak się wnet okazało, zobrazować mu w łatwy i zdało by się, przystępny sposób, tajniki polskiej psychiki. A już szczególnie na obczyźnie. (Obserwując pilnie już 5-ty rzut emigracyjny, uważam, że mam niejakie rozeznanie.) Pytam pana Ziutka czy pojął morał tej bajeczki, czy wie co to pies ogrodnika"? Pan Ziutek, w zamyśleniu, kiwa potakująco głową. Ale po oczach widzę, że jego myśli szybują gdzieś daleko i wcale się nie mylę. Stąd nie jestem zdziwiona kiedy znienacka pada pytanie: a jakim samochodem jeździ teraz ten koleś? Cześć! Poddaję się. Przez pół godziny obśliniałam się niepotrzebnie, dwie herbaty w biegu parzyłam, a do niego nic a nic nie dotarło. Trudno. Takie już moje garbate szczęście bajkopisarki. Ale jak się bawić, to się bawić. Pamiętając, że on ma świra na punkcie samochodów, odpowiadam z poważną miną: jaki wóz? Ba! - ma ich wiele. Ma 2 Rolls Royce'y, ma McLarena, "E-Type" Jaguara (antyk), ma Lotusa. (Nie wytrzymuję ażeby nie wyforować angielskich wozów na pierwsze miejsce, aczkolwiek bardzo wątpię ażeby pan Ziutek wiedział, że McLaren jest najdroższym samochodem świata.) Ma też, oczywiście, całą "stajnię" innych. Niemieckich, japońskich, amerykańskich, no i ma rozciągane limuzyny. Eee - wydyma wargi pan Ziutek - gdybym ja miał taki szmal, to bym sobie sprawił Lamborghini i Ferrari. A Marioli kupiłbym czerwony Maserati. Psiakrew! Zupełnie zapomniałam wpakować włoskie wozy w tę wyliczankę. Ale ma, jucha, cholernie dobry gust, faktycznie zna się na samochodach – myślę w duchu, ale głośno oświadczam, iż jest to przecież kwestia gustu. Pan Ziutek w imieniu własnym i swojej Marioli dziękuje mi za udzieloną poradę i zaprasza do "kołchozu" na następną balangę. Dziękuję grzecznie za zaproszenie, ale przepraszam, nie skorzystam. Nie te lata, nie te oczy, nie to…. Po jego wyjściu, śpieszę do sklepu na mojej plazie. Straszą mnie tym cholesterolem (i mają, niestety, rację) więc jadę kupić sobie rybę na kolację. W tym sklepie sprzedają żywe, słodkowodne ryby. Kupię sobie jedną małą i upiekę pod grilllem. Ale za nim mi ją spreparują, dobrze jej się przypatrzę. A nuż zalśni złotym kolorem?! Za spełnienie tylko jednego, skromnego życzenia, zaraz darowałabym jej życie a ona, uszczęśliwiona, wróciłaby do akwarium. TA rybka nie musiałaby walczyć z sumieniem. Albowiem oprócz zdrowia, nic więcej od niej bym nie chciała. Tak mało - a tak dużo! |