BYĆ ALBO NIE BYĆ

   (OTO JEST... ZMARTWIENIE)

 

Ktoś, kto zna literaturę, wie doskonale, że to wcale nie tak brzmi początek monologu Hamleta: "To be or not to be - that is the question". I ma rację, oczywiście. Dostałam list na ten temat. Tak długo mnie nurtował, że wpadłam w końcu na pomysł, ażeby oprócz zwykłej, rzeczowej mam nadzieję, odpowiedzi, pobawić się nim jeszcze trochę. Myślałam i myślałam. Rezultat tak intensywnego myślenia nie dał długo na siebie czekać.

 

Ja do Szekspira nie mam wielkiego nabożeństwa, ale to nie jest jego wina. Po prostu, kiedyś, dawno, bardzo dawno temu, kosztował mnie całe wakacje. Do egzaminu przygotowywałam się wtedy bardzo starannie. Aliści z jakiejś do dzisiaj dla mnie samej niezrozumiałej przyczyny - wkuwałam wyłącznie dramaty. Zasugerowałam się, że właśnie z nich będę egzaminowana. Ale kiedy, jak to zawsze zwykłam czynić, wybrałam siódmą kopertę z lewej strony, okazało się, że wybrałam komedię. Komedię, której nie przerobiłam: "Much ado about nothing" (Wiele hałasu o nic). Zdechł kanarek! No i oczywiście, z pełnymi honorami, egzamin oblałam. Nasz "literaturnik" powiedział mi później, z bardzo wielkim zdziwieniem i wyrzutem w głosie: ”a wiesz, ja ciebie za zdolniejszą miałem! Jaka z ciebie prymuska? Co ci się stało?”

 

Nic się nie stało. Zrobiłam złe założenie. Nie przyłożyłam się należycie i oblałam. Ludzka sprawa. Dlatego przez całe wakacje, kiedy inni pływali, opalali się, podróżowali, albo po prostu wałkonili, ja zawierałam bliższą znajomość z Falstaff'em, Puck'iem, Petruchiem, Rosalindą, Isabellą, Lysander'em i tuzinem innych. Po wakacjach, egzamin zdałam na medal, chociaż do dzisiejszego dnia nie wiem, po jakiego grzyba. W moim dorosłym (i długim) życiu, nigdy nie byli mi do niczego potrzebni ani przydatni. Dopiero teraz mam znowu okazję przypomnieć sobie te imiona. O kant d... rozbić tę całą szekspiriadę. No ale, że o Szekspirze dla innych dzisiaj muszę pisać, więc nie czas na moje reminiscencje ani płacz nad moim rozlanym mlekiem.

 

Cała ”zabawa z Szekspirem” zaczęła się listem od p. Iwony F. z Chatham, która przysłała SOS: Droga Pani Nino! Chodzę do szkoły i uczę się ESL tj. języka angielskiego dla obcokrajowców, a po tym chcę zrobić TOEFL (wyższa szkoła jazdy – przyp. mój), bo chcę nostryfikować dyplom. Właśnie kończę zaawansowany kurs i, jak dobrze pójdzie, na wiosnę dostanę świadectwo ukończenia. W mojej klasie jest 20 osób, które na codzień posługują się 12-oma językami. Nasz nauczyciel ma niekonwencjonalny sposób nauczania i ciekawe, innowacyjne podejście do nauki języka. Jest bardzo pomocny studentom. Uważam, że bardzo dużo na tym korzystamy. Nawet Szekspira się uczymy. I w związku z tym, piszę do Pani. Właśnie przerobiliśmy sławne ”To be or nor to be". Nasz nauczyciel chce ażebyśmy ten cytat przetłumaczyli na nasze rodzime języki, a na końcu semestru nasze prace, wraz z innymi klasami, zostaną wystawione na pokaz. Próbowałam sama to przetłumaczyć, ale muszę się Pani przyznać, że mi nie idzie. Rozumiem poszczególne słowa, ale nie rozumiem sensu. Chciałam kupić polską książkę. Książki (tak jest, liczba mnoga) można sprowadzić z Toronto, ale jest to komplet ”Dzieł Wybranych” i byłaby to finansowo bardzo kosztowna impreza. Za droga jak na jedno tłumaczenie. Czy Pani nie była by tak dobra i mi w tym pomogła? Przecież dla Pani język angielski nie jest problemem, a każde dziecko ten cytat zna.......

 

I ja także znam, choć dzieckiem od dawna nie jestem. Język angielski jest moim językiem codziennym. Normalka. Ale w czym dokładnie ja mam Pani pomóc? W przyłożeniu ręki do oszukaństwa? No bo to się przecież do tego sprowadza, prawda? Jeśli Pani sama nie potrafi przetłumaczyć tego cytatu na język polski (choćby nieudolnie), to znaczy, że Pani faktycznie oryginału nie rozumie. Przyznaję, że łatwy nie jest. Pani chyba nie żąda, ażebym ja za Panią to przetłumaczyła, co? Czy nie lepiej by było przyznać się do tego nauczycielowi? Może udzieli jakiejś porady. Może podsunie metodę jak się do tego zabrać. Wszak jest zawodowcem. Trzeba się dowiedzieć czy np. zaakceptuje tekst z mnóstwem bezokoliczników, rodem prosto ze słownika? A może powie, że można przekładać po łebkach, bo tylko rozumienie sensu się liczy, a nie dokładne tłumaczenie.

 

Pani nie jest pierwsza, która boryka się z takim zadaniem. Inne moje czytelniczki też tłumaczyły. Ale głównie prozę, która jest łatwiejsza. A ja ciągle zachodzę w głowę: a po co to wszystko?! Przyznam szczerze, że zupełnie nie rozumiem tej linii nauczania. Przecież on nie zna waszych języków, nie wspominając już o alfabetach. Po co tłumaczyć zadanie na języki obce, skoro wy się  macie angielskiego  uczyć?! Przecież każdy może napisać, co mu ślina na jezyk, a raczej atrament w długopisie, przyniesie. Gdyby Pani była mniej uczciwa, mogłaby Pani napisać "Wlazł kotek na płotek" albo "Lata ptaszek po ulicy" i też by było dobrze. Kto by wiedział, że to pic na wodę? Bardzo to ładnie, że was uczą Szekspira, ale po co? (Ile Pani współ-studentów z Trzeciego Świata wie, kim on był? Że w ogóle był?) Czy was nie powinni raczej intensywnie uczyć jak porozumieć się w sklepie, w restauracji, w autobusie? Jak pytać o drogę i jak się wykłócić w urzędzie? Albo jak, bez niczyjej pomocy, napisać proste resume? CV - znaczy się. Na tym etapie znajomości języka, jest to o niebo  ważniejsze od literatury.

 

Ale za trud zwrócenia się do mnie o pomoc, czuję się zobowiązana, chociaż częściowo Pani dopomóc. Doceniam Pani chęć sprostania zadaniu, bawią mnie też te prawie uczciwe intencje. I rozumiem chęć popisania się przed klasą. A zatem stawiam do Pani dyspozycji kilka możliwości, których kompilacja i odgrzebanie w ogóle, kosztowały mnie sporo czasu i wysiłku. Tuszę sobie, że jedna z nich musi do Pani trafić. Wystarczy, ażeby Pani tylko pojęła, o co tu w ogóle chodzi, a do modyfikacji i własnej interpretacji będzie już tylko krok. Ciągle zakładając, że ci, którzy ten elaborat będą w końcu adiustować, nie zrozumieją z tego ani słowa i chyba tylko jego długość im zaimponuje. Ba, może olśni nawet.

 

Ten sławny monolog Hamleta został przetłumaczony przez tylu polskich luminarzy i najświetniejszych piór naszej literatury, że aż głowa boli. Ale dzięki temu - jest  z czego wybierać.

 

Najbardziej klasyczny przekład wyszedł z pod pióra Leona Ulricha (1811-1885), poety i tłumacza, który specjalizował się w tłumaczeniu dramatów Szekspira, i brzmi:

          "Być albo nie być, oto jest pytanie, czy dla umysłu szlachetniej jest cierpieć

Ciosy i strzały zawistnej fortuny, niż broń uchwycić przeciw cierpień morzu,

Skończyć je walką? Umrzeć - spać - nic więcej! Powiedzieć, żeśmy snem

Mogli zakończyć boleści serca, tysiączne wstrząśnienia, których dziedzicem ciało!

O ten koniec któż by nie błagał pobożnie?"

(Tak jak ja pojmuję szekspirowską angielszczyznę, która tylko szczątkowo przypomina współczesną - ten tekst wydaje mi sie być najbardziej akuratny. Jeśli się nie mylę, wielki aktor, Aleksander Zelwerowicz właśnie ten użył do wystawienia Hamleta.)

 

Kolejnego poważnego tłumaczenia dokonał Władysław Broniewski (1897-1962) poeta, żołnierz Legionów, więziony później w ZSSR (skąd szczęśliwie zdołał powrócić do kraju), który tak przełożył ten monolog:

Być czy nie być - ach, to jest pytanie! Czy uginać się jak każe los

Czy wyprężyć zwycięskie swe ramię i odeprzeć w walce każdy cios?

Nie umierać, nie spać, towarzysze! Nam już serca nie ukoić snem!

Ciało nie jest już więcej - dziedzicem! Już ten kres wywalczył nowy dzień!

(Tekst uproszczony - ale ciągle sensowny i chyba nadający się do prostej przeróbki)

 

Następny, który dokonał przekładu tego monologu celem wystawienia w Barbakanie, zamiast "Igrców" na Dni Krakowa, był Adam Polewka (1903-1956), pisarz i publicysta, współzałożyciel teatru "Cricot", także autor szopek krakowskich, etc. A oto jego wersja:

Bydź lubo nie bydź, to ci jest demanda! Wzdyć umysłowi nobliwiej sufryzyć tarany,

          Kusze załużnej Fortunii, niż bych przecz zaliż orężyć wbrew woli, sufryzy kiełznąć?

Zamrzeć-li? Li-drzemać? Rankorzyć, izbych śpiączka finiszyła sercowe wzdychy,

Wszystkie wstrząsowidła, kędy mocarem ciało. O kres onże zaś nie petenciłby kto immanentnie?

(Za chińskiego boga nic z tego nie rozumiem. Najwyraźniej w świecie nie jestem ani w połowie tak ”gramotna" za jaką siebie miałam. I tylko pomyśleć, że to nas w Kanadzie  regularnie obcyndalają za nagminne posługiwanie się przebrzydłą ”kanapolką”. ”Kanapolka” jest to słowo, które dawno kiedyś sama ukułam na ”kanadyjsko-polski" żargon. Znam dużo wyrazów obcych, ale przekład pana Polewki przekracza moje wykształcenie. Ale może właśnie ten tekst Pani wybierze do obróbki, gdyż wiele jest w nim słów z łaciny, brzmiących z angielska: demanda, rankorzyć, sufryżyć, finiszyła.)

 

Julian Przyboś (1901-1970), poeta, współredaktor "Odrodzenia", czołowy kontynuator Krakowskiej Awangardy nie pozostał w tyle. Jego przedziwny i zupełnie inny przekład brzmi:

Albo o to. Dla cierpień i fortuny. Niż uchwycić morzu jest umrzeć?

Spać nie żeśmy zakończyć serca  których! O któż by.

(Ja wiem, ż pewnie nikt, łącznie ze mną, tego nie zrozumie. Ale ”licentia poetica" nie powinna być kwestionowana. Aliści pewna jestem, że zaraz znajdą się tacy, którzy będą się starali mi udowodnić, że nie tylko jest to jasne jak słońce, ale, że ja jestem neptyk. Ciemna baba, jak tabaka w rogu, jeśli tej awangardy nie potrafię ogarnąć. Ja rękawicy nie podniosę. W tym przypadku jestem istotnie ciemna masa i wcale się tego nie wstydzę.)

 

Natomiast bez żadnego problemu i z największą łatwością rozumie się przekład mojego idola, Stefana Wiecheckiego (Wiecha. 1896-1979). Pisarza, humorysty i satyryka, który w chwilach wolnych od utrwalania języka i trybu życia przedwojennej Warszawy, potrafił także parodiować "wielkich" i "największych":

Byt albo odbyt - frajerskie pitańko! Czy facet w umysł szarpany ma cierpieć

Pieskie-niebieskie strzałki fortuniaka, czy jeim w kąty rozstawić rodzinkę

I w morde nakuć? Spać ci się chce, gapo? Łachudra!

Nagłym snem chciałby zakończyć boleści piwskiem ochlanej wątroby! Cholerny dziedzic, na koniec szarpany, tam i z powrotem po swej drętwej mowie!

(Tu się nie ma co szczypać. Jasne, warsiawskie tłumaczenie ” w ząbek czesane". Jedni się pod nim podpiszą - inni odżegnają. Tak jak jedni raczej by pypcia na języku dostali, zanim by się głośno do tego przyznali, że Wiecha kiedykolwiek w ogóle czytali. Drudzy do dzisiaj wypożyczają kasetę video ”Cafe pod Minogą" i kwiczą z ukontentowania. De  gustibus non est disputandum!)

 

Ewa Szelburg-Zarembina  (1899-1986),  pisarka i działaczka społeczna, autorka cyklu powieści psychologiczno-obyczajowych, opowiadań i dramatow, najchętniej pisała dla dzieci. I chyba dla nich powstał ten przekład:

Czy dla bytu czy nie bytu, to pytanie fitu-fitu. Umysł cierpi ciosy, strzały

Do Fortunki hałładrałły. Chwyć broń, zuchu - precz mi, bólu!

Potem będziesz lulu-lulu! Choć serduszko piku-piku, ciało dzielne!

Koniec, smyku!

(Ta wersja nie wymaga żadnego komentarza. Z Szekspirem mało ma wspólnego. Ale jest słodka, leciuchna jak piórko i sądzę, że dzieci, którym to dedykowała pewnie nie wiedziały nawet, na czym jest oparta. No i bardzo dobrze. Im to wcale do szczęścia nie było potrzebne.)

 

Ostatnia parafraza tego najczęściej cytowanego, klasycznego monologu jest nader przyziemna i dlatego będzie na pewno natychmiast zrozumiana Jest arcy-nowoczesną wersją, nieznanego autora. Ściągnęłam ją, z przeproszeniem, z internetu:

Two beer or not two beer?  Co za głupie pytanie?

Trzeba od razu rwać całą skrzynkę, później będzie spanie.

Two beer or not two beer? Cholera, znowu forsy nam braknie

Dlaczego Fortuna zawsze się odwraca, kiedy człowiek łaknie?!

          Two beer or not two beer? Na tylko dwa piwka czasu szkoda.

No to łap ze dwie skrzynki, bo godzina młoda. Siulim!

 

No to, to by było na tyle, proszę Pani. Mam nadzieję, że Pani nie zawiodłam. Sądzę, że z tylu wersji zdoła Pani własną sobie stworzyć. I może własnymi słowami napisze Pani całkiem nowe, kolejne tłumaczenie.

 

A kiedy to nastąpi, mam nadzieję, że nie zapomni Pani o tej, która się walnie do tego przyczyniła i przyśle mi kopię do mojej kolekcji. Życzę powodzenia w egzaminach oraz owocnych korzyści z nauki (tj. znalezienia doskonałej pracy). Good luck!