MAŁE OCZY DUŻO WIDZĄ
Chandra mną trzepie. Za oknem pada śnieg. Jest
szaro, do wiosny daleko. Jestem zmęczona, zapracowana. Mam katar. Nic
specjalnego się nie dzieje. Może to dlatego? Ale zbliża się
rocznica śmierci Mietka; jak co roku ciężko ją przeżywam.
Roztkliwiam się. Zaczynam nad sobą litować, użalać na
własny los. Kwestionować co ja tutaj właściwie robię?
W tym luksusowym prymitywie? Wkurza mnie ontaryjski klimat. Denerwuje nachalny,
ogłupiający amerykański komercjalizm. Męczy latanina. Ta
nieustanna, acz bezcelowa, pogoń za spokojnieszym ”jutrem”. Zwariować
można.
Ale natura, ta cudna natura, widocznie nie życzy
sobie ażebym już teraz w ”czubkach” się meldowała, więc
dla przeciwwagi zsyła mi natychmiastowe antidodum. W postaci fury
wspomnień. Z mego cudownego ”wczoraj”. I
ażeby chandrze zrobić na poprzek, nachodzą mnie nagle pogodne
reminiscencje. Myślami wracam do innego, tamtego świata. Do mojego
raju utraconego. Raju, który zwie się Anglią. I Europą. I
nagle jest mi lżej na duszy. Nie przestaję się uśmiechać!
Czyżby dlatego, że przypomniała mi się ta koperta?
Przez ponad dziesięć lat po śmierci męża, nie
potrafiłam zdobyć się na likwidację jego gabinetu. Dopiero
emigracja do Kanady zmusiła mnie do tego drastycznego kroku. Na przykład,
Mietek miał sporą kolekcję białych kruków. Należało
zadecydować o ich przeznaczeniu. Musiałam je skatalogować przed
rozesłaniem do rozmaitych instytucji
i odłożyć te, które chciałam zatrzymać dla
siebie. W trakcie tej żmudnej pracy, z pomiędzy dwóch opasłych
tomów "Prawa Rzymskiego”, wysunęła się duża, gruba,
brązowa koperta. A na niej widniał Mietka odręczny napis:
"Private and Confidential". Ki diabeł? Nigdy tej koperty nie
widziałam.
Hmm... Obracałam ją w ręu podejrzliwie.
Jaki sekret zawiera? Kompromitujące fotografie? Czyje? Mój Mietek był
niezwykle przystojnym facetem. Wysoki, elegancki, dowcipny, tańczył
jak młody bóg, więc był zawsze rozrywany przez wszystkie panie.
Może są to jakieś listy miłosne? A jeśli tak, to
murowanie od moich najserdeczniejszych przyjaciółek! Bo zdrada zawsze
czai się w pobliżu domu. Powąchałam kopertę. Nic! A
jednak serce wpadło mi w majtki i nieubłaganie zaczęło wędrówkę
w stronę kolan. Bowiem wyobraźnia, szybka niczym taniec wirującego
derwisza, podsuwała mi kalejdoskop perfidnych, skandalicznych obrazów.
Stałam tak przez chwilę, niepewnie obracając kopertę w
palcach. Jeszcze się wahałam, jeszcze nie byłam pewna czy
powinnam. Czy mam prawo. Po czym – nagła decyzja i ciach, jednym ruchem
małego sztylecika, kupionego kiedyś w Toledo, (czyżby nomen
omen?) rozcięłam tajemniczą kopertę.
Co za rozczarowanie! Zamiast liliowych liścików
pachnących perfumami, zamiast
"niebieskich" czyli pornograficznych fotografii, z koperty wysypały
się luźne, perforowane kartki, wyrwane ze zwykłego, szkolnego
zeszytu. Kartki pisane wielkimi kulfonami naszej córki, jeszcze z czasów jej
dzieciństwa. Każde Adzieło@ zaopatrzone było w starannie wykaligrafowane
nazwisko, klasę oraz tytuł wypracowania. Widocznie szło jej
niesporo, gdyż nie wszystkie były zapisane do końca. Niektóre
zaczynała kilka razy i nie kończyła. Ale
były też i całe elaboraty. Jak na przykład: "CO TO
JEST TATO?" Tak właśnie. Nie kto, ale co. Jako, że po
angielsku "What's a dad?" ma zupełnie inny wydźwięk
aniżeli miałby po polsku. W duchu przeprosiłam jego pamięć
za haniebne podejrzenie. Szybko przejrzałam te kartki i dłożyłam
oburzona. Moja wyemancypowana dusza
wyła: co jest do cholery? A gdzie mama? A MAMA to co? Guzik?
Dlaczego Mietek zbierał te jej wypociny? Dlaczego
chomikował je w sekrecie? Co nim kierowało? No cóż ‑
pewności nigdy mieć nie będę. Mogę się najwyżej
domyślać. Starannie pozbierałam kartki, włożyłam
z powrotem do koperty i odłożyłam do jednej ze skrzyń,
przeznaczonych do transportu ”za wielką wodę”. Wnet o niej
zapomniałam.
Kilka lat później, już w Kanadzie, przed Świętami
szukałam polskiej kantyczki w w mojej biblioteczce. Kantyczki nie znalazłam.
Ale z pomiędzy "Pana Tadeusza"
i "Historii Anglii" wysunęła się wielka, gruba
koperta. Przypomniałam ją
sobie. A, że akurat miałam
trochę czasu, tym razem postanowiłam ułożyć luźne
kartki w jakąś logicznie powiązaną całość.
Zaczęłam czytać te bazgroły. Przypominać sobie różne
sytuacje. Wkrótce śmiałam się i płakałam na przemian.
Nie do wiary jakie te dzieci są jednak "rozumne". I
spostrzegawcze!
Pomyślałam sobie, że może warto by
przetłumaczyć i przelać na papier niektóre ”światłe”
myśli kilkuletniej dziewczynki. Głównie ku przestrodze innych
tatusiów. Okazuje się, że dzieci mają wprawdzie małe oczy,
ale bardzo dużo widzą! I choć mają małe uszka, biada
nam, jeśli myślimy, że mało słyszą.
Mój zamiar z miejsca wprowadziłam w czyn. Zaowocował
następującą ”perełką”:
" CO TO JEST TATO?
"
Tato, to jest taki strasznie duży, fajny facet, który
nosi na barana i nigdy na mnie nie krzyczy. Mój tato to raz pachnie ślicznie
a raz śmierdzi strasznie.
Kiedy byłam mała (?!) a on rano golił się w łazience
żyletką, robił mi na czubku nosa białą
plamę, pachnącą miętą. Odkąd goli się
maszynką, już mi plamki nie robi ale czasem spryskuje wodą po
goleniu. ”Paco Rabanne”. Tak się nazywa. Ja ją mu kupiłam
na Gwiazdkę. To znaczy, mama kupiła, ale ode mnie. Czasem tato kropi
mnie wodą z umywalki a ja uciekam z piskiem a tato udaje, że mnie
goni. Tato rano zawsze pachnie cudnie. Ale wieczorem, kiedy wraca z miasta,
śmierdzi strasznie. Jego włosy
i ubranie też śmierdzą. To wszystko przez te papierosy. Mama też
pali, ale jakoś mniej śmierdzi.
Mój tato jest bardzo wysportowany. Mój tato wszystko
umie (akurat! ‑ przyp. mój) tylko na nic nie ma
czasu. I dlatego jak się coś zepsuje, to trzeba wołać pana
Lancastera. Lubię go, bo ma zawsze dla mnie czekoladkę. (No, ja
myślę! Za te pieniądze, które z nas łupił!)
Moja mama mówi, że najlepiej to tato umie gadać. Nieprawda. Mój
tato jest chodzącą encyklopedią. On wszystko wie.
Mój tato jest zapalonym wędkarzem. Kiedy tylko może, jedzie na ryby do Virginia Water z
wujkiem Daltonem. Raz mnie wzięli ze sobą bo się im strasznie
napraszałam. Teraz mam to
z głowy. Nudy na pudy. Mój tato łowi wiele dużych ryb, ale
tylko te mniejsze przywozi do domu. Mój tato ma bardzo dobre serce i pewnie
te duże ryby oddaje jakimś biednym ludziom, bo ja ich nigdy u nas w
domu nie widzę. Tylko o nich słyszę. Wujek Dalton, jak każdy
szanujący się Anglosas, swoje ryby tylko waży i wrzuca z
powrotem do wody. Mówi, że tylko barbarzyńcy jedzą słodkowodne
ryby. Nie wiem dlaczego tato mu nie powie, że tak wcale nie jest. U nas
się je! Moja mama klnie na
czym świat stoi, bo te małe
rybki, nazywają się okonie, mają bardzo
ostre łuski i mama zawsze się na nich kaleczy. Ja nie lubię ryb.
Mają ości. No, i za każdym razem znam
je przecież osobiście. Patrzą na mnie z kuchennego stołu.
Choć martwymi oczami, to jednak z wyrzutem. Jak dorosnę i
wyjdę za mąż, to w moim domu ryb nie będzie się jadało.
(Niestety, dotrzymuje słowa. A szkoda, bo ryby są takie zdrowe.)
Mój tato, choć taki wysportowany jest jednak trochę
chorowity. Ma regularne ataki czegoś, tylko ja nie wiem czego. Najczęściej
w poniedziałki. Mama dzwoni do jego sekretarki i mówi, że
tato dziś chory. Tato leży na kanapie, zasłon w oknach nie
wolno rozsuwać i wszyscy
chodzą na paluszkach. Radio i TV włączać nie wolno, bo
tato bardzo cierpi. Nawet Bessy, naszą kotkę trzeba wyrzucać na
ogród, bo tato skarży się obolałym głosem, że to złośliwe
bydlę jemu na złość, tupie po dywanie. Ja tego nie słyszę
ale to pewnie dlatego, że mnie jeszcze słuch nie wyrósł. Tato
wtedy przez cały dzień nic nie je, tylko bardzo dużo pije.
Mama, przed wyjściem do instytutu, przygotowuje mu tacę z olbrzymim
dzbanem soku pomidorowego z Worcester sosem i wbija do tego jeszcze surowe
jaja. Brr, to musi być straszliwe świństwo. Ale chyba rzeczywiście
leczy. Bo wieczorem tato jest już zdrów. Widocznie to prawda, że
pomidory są takie zdrowe. Po każdym takim ataku, tato mamie święcie
obiecuje, że to już był ostatni
raz. Ale ja nie jestem taka pewna czy on to z góry może wiedzieć z taką
pewnością. Bo jak ja zachorowałam na odrę, to nie wiadomo
było kiedy się zaczęła i nikt nie wiedział kiedy się
skończy. Miałam grać w szkole na popisie fortepianowym. Miałam
fart. Upiekło mi się!
Bardzo lubię kiedy rodzice grają w brydża.
Normalnie, to mnie wolno oglądać telewizję tylko przez dwie
godziny dziennie. Po odrobieniu lekcji i tylko do kolacji. Uważam, że
to stanowczo za mało. Moje koleżanki oglądają po
kolacji także. Słyszałam, jak tato się za mną wstawiał
do mamy, coś tam było o jakiejś pedagogice i braku logiki.
Niestety, nic się nie zmieniło. Dwie godziny zostały. Ale kiedy
oni grają, wtedy sami mnie do TV napędzają. Idź ‑ mówią,
patrz sobie na TV i nie przeszkadzaj nam. Wtedy oglądam TV
czasem do północy i pies z kulawą nogą mnie nie pędzi. To
jest pewnie ta logika. Nie dawno zasnęłam na dywanie. Tatuś
mnie na rękach zaniósł do łóżka. I chociaż znowu
strasznie śmierdział, tak mi dobrze było w jego ramionach! Ja
bym w nich mogła mieszkać. Tatko często daje mi na cukierki pół
korony (dawna moneta angielska
= 1/8 funta szterlinga) ale mama nic o tym nie wie. To jest nasza słodka
tajemnica. Mama nie toleruje ekstra kieszonkowego. Ani słodyczy na
codzień. Przed tym tatko na urodziny i imieniny kupował mi zabawki.
W tym roku dostałam zegarek. Już go zgubiłam. Na
polu hokejowym. Mama kupuje mi książki
i wyszywanki, ale mnie to już nie bawi. Dlaczego nie może mi kupić
parę dobrych kasetek? Żebym już więcej nie musiała
jej podkradać.
Tato miał wypadek samochodowy i wylądował w
szpitalu. Mama mówi, żebym się nie martwiła, że nic mu
nie będzie. Że jest trochę potłuczony a trzymają go
tylko z powodu jakiejś tam
profilaktyki. Nie wiem co to jest. Ale brzmi groźnie. Całą noc
przepłakałam. Gdyby mój tato umarł, to ja też nie chcę
żyć! Skoczę do Tamizy. Najlepiej z Hammersmith Bridge bo tam
jest niska bariera. Chociaż jak
ojciec Sandry zabił się na nartach, to jej mama dostała od kogoś
straszne pienądze. Sandra teraz nie jeździ już z nami autobusem
do szkoły, tylko limuzyną
z szoferem. (Przypomniałam sobie. To
wcale nie była limuzyna tylko duży Wolseley i żaden szofer,
tylko ostatni absztyfikant jej mamy. Ale niech jej będzie, że
limuzyna.) Hurra! Tato wrócił
do domu. Auto nie. Skasowane.
Poszliśmy do kina na "Kopciuszka". Co za
chała! Przecież ten królewicz na pewno
się z nią zaraz rozwiedzie jak tylko zobaczy jaka z niej ciamajda.
Nie! Ja już nie mogę! A oni mi wmawiają, że to taki ładny
film. W bajki wierzą, czy co?
Mój tato gra fajno na fortepianie. I na gitarze
też. Lubi śpiewać.
Szkoda tylko, że tak niemiłosiernie fałszuje. Tato lubi klasykę
(mama tylko jazz) ale czasem szlagiery też. Wczoraj mordował piosenkę
Elvisa (Presley'a)
"It's now or never". Kiedy mu to powiedziałam, roześmiał
się i powiedział, że to Elvis morduje stary klasyk. Że tak
naprawdę to jest to bardzo stara, włoska piosenka, jakaś tam
canzona, i nazywa się "O sole mio" czy jakoś tak. Czego ci
dorośli nie wymyślą ażeby tylko mieć ostatnie słowo!
Mama Sandry słucha wyłącznie muzyki klasycznej. Dno! Dobrze,
że chociaż moja mama zna się na dobrej muzyce. Ma mnóstwo
kasetek. Poza jazzem lubi Shirley Bassey, Petulę Clark, Cliff
Richards’a, Lulu i Donovan’a. Ma też wszystkie kasetki Elvisa,
Beatles'ów. Rolling Stones'ów, Janis Joplin i Jimmi Hendrix'a. Ja lubię
Dianę Ross i jej grupę Supremes. Little Richard i
Stevie Wonder są dobrzy. Bobby Vinton też może być. Tina
Turner uciekła od Ike'a. Ale nie ma się co martwić, bo ona zrobi
karierę bez niego. Jest świetna. Ma nie tylko głos ale umie się
ruszać. Jest o niebo lepsza od niego. (Moja córka powinna była
zostać krytykiem muzycznym a nie pracować na lotnisku!)
Mój tata jest najlepszy na świecie! Nie zamieniłabym
go nawet na Elvisa! Zresztą Elvis był zawsze w rozjazdach i chyba
nie mógł być dobrym materiałem
na ojca. (Sic!) Ale wolałabym ażeby
tato przestał chodzić ze
mną na ślizgawkę. Przecież wiem, że świetnie jeździ,
(grał w hokeja w reprezentacji uniwersyteckiej), więc
po jakiego diabła tak się
popisuje? W ubiegłym tygodniu kręcił ósemki, wysypał się
i skosił kilka osób koło siebie. Myślałam, że się
pod ziemię zapadnę, że umrę ze wstydu. Nie może, jak
inni rodzice, czekać na mnie spokojnie w kawiarni? Jak mu to powiedzieć?
Na tej złotej myśli kończę tłumaczenie
wybranego przeze mnie eseju mojej córki. I
nagle stwierdzam wzruszona, że przez pryzmat dziecięcego spojrzenia,
powstało najpiękniejsze epitafium dla ojca, którego ubóstwiała.
Ja bym nigdy w życiu nie potrafiła tego tak ująć, czegoś
takiego wymyślić.
Teraz myślę, że już wiem po co on te
kartki zbierał. Aby mieć
je na później. Kiedy ona wyjdzie za mąż, kiedy nas opuści.
(Co zrobiła w ”podeszłym” wieku lat 17). Dopiero
teraz zwróciłam uwagę, że te kartki są mocno sfatygowane.
Musiał często do nich zaglądać.
Fotografie i filmy video kiedyś zblakną, spłowieją.
Słowa pozostaną na zawsze!