Nina Geysztor-Zawirska

O WIGILII JEDNEJ TAKIEJ…

          Święta za pasem. Okres latania jak z pieprzem, okres radości, okres prezentów, okres przesadnego obżerania się. Religii w nim coraz mniej, komercjalizm króluje. Ale, jak co roku o tej porze, nachodzą nas też reminiscencje. Żal za tym co było i jak bardzo inaczej było. Ja nie jestem wyjątkiem. Dzisiaj, z uśmiechem rozrzewnienia, przypominam sobie jedną taką  “angielską” Wigilię, całe wieki temu.   Przypuszczam,  że Boże Narodzenie dla każdego jest swoistym okresem przeczesywania myśli i szukania w sercu wspomnień tamtych (lepszych?) lat.  Każdy za kimś tęskni, każdy kogoś czy coś wspomina. Chciałby  przez kilka dni znajdować się zupełnie gdzie indziej, i to nie tylko myślami. W tym świątecznym okresie, prawie wszyscy bardzo tą odległość (w czasie i w kilometrach) odczuwamy.  Może nawet  boleśnie przeżywamy.  Jest to bowiem jeszcze jedno oblicze emigracyjnej choroby: acute emigrancitis.

          I pewnie dlatego dzisiaj opędzić się nie mogę od natrętnego wspomnienia mojej pierwszej Wigilii, którą mnie smarkatej mężatce-nastolatce i, na dodatek kompletnej kulinarnej dyletantce, przypadło urządzić dla nieznanej mi dotąd rodziny mego męża. Nie wiele o niej wiedziałam. Ale to co wiedziałam, wystarczyło ażeby mi ze strachu motylki w brzuchu fruwały. To, że ja mam ich podejmować, od tygodni spędzało mi sen z powiek.  Przed wojną byli magnatami, siedzącymi na olbrzymich włościach, z tuzinem (co, tylko tyle?) służby, spełniającej wszystkie ich zachcianki. Przyzwyczajeni do wszystkiego w najlepszym  wydaniu i gatunku. Jadający z antycznych zastaw i, oczywiście, srebrnymi sztućcami. Życie na wysoki połysk. Francja-elegancja! Wyobrażałam ich sobie jako antenatów hr.Bęc-Walskiego, conajmniej do dziesiątej potęgi. Założyłam, że skoro fizyczne atrybuty ich wspaniałej przeszłości legły w gruzach, to na pewno pozostały (dla uzupełnienia strat moralnych i chęci podbudowania oklapniętego  morale), jeszcze większe wymagania od otoczenia. Zadarty nos i fi donc ma chere....

          W tej sytuacji tłumaczenie, że od wczesnego dzieciństwa jestem sierotą, że nikt mnie gotować nie uczył (nie uczył, bo na prywatnej angielskiej pensji, zamiast gotowania, optowałam za jazdą konno), że nawet dobrze nie pamiętam jak powinien wyglądać prawidłowo nakryty stół na uroczyste przyjęcie - na pewno padnie na głuche uszy. O ulgowej taryfie nawet nie miałam co marzyć. A jak my, w ogóle, wytłumaczymy fakt, że pomimo częstych wizyt w Polsce, nawet najbiedniejszego serwisu z Cepelii nie posiadamy? A może nie zorientują się, że nasza wybrakowana, acz fajansowa, zastawa jest rodem od Woolwortha? (Tani magazyn dla mas!)    Po moich rodzicach pozostało mi tylko nakrycie stołowe. Srebrne (o cholera, trzeba będzie szybko odczyścić!) ale za to z koroną. Może to im zaimponuje?

          Żałowałam, że nie wierzę już w bajki i nie mogę przywołać jakiejś dobrej wróżki, która w łaskawym geście, obdarzyłaby mnie w trybie przyśpieszonym, znajomością świątecznej, polskiej sztuki kulinarnej. Bo z tą zwykłą, codzienną, szło mi wcale nieźle. Jakoś ani mąż ani dziecko z głodu nie pomarli. Cordon bleu żarcie to nie było, ale jakoś się nam żyło.

          Dzisiaj, z perspektywy czasu, panika, jaka mnie wówczas ogarnęła  wydaje mi się arcyzabawna. Ale wtedy była to sprawa życia i śmierci. Chodziło przecież o honor naszego domu. Ażeby nie pytali później z politowaniem: a z kim to też ten biedny Mietek się ożenił? Z taką siusiumajtką bez pojęcia o naszym życiu? Próbowałam sfingować chorobę. Nic z tych rzeczy! Oni nie po to zdecydowali się pół Europy pokonać aby teraz zrezygnować z wizyty w Londynie. Z miejsca  zadeklarowali chęc pomocy w przygotowaniach (sic!). No to stał się cud.  Albowiem  natychmiast wyzdrowiałam.

          Kompromitacja była nieunikniona. Stanowisko Mietka, że histeryzuję nie trafiało mi do  przekonania. Może dlatego wzięłam sobie to wyzwanie na ambit. A właśnie, że ja im pokażę! Ale jak? Zaczęłam gorączkowo główkować. Przecież musi być jakieś wyjście. Spoko, spoko ... no i było.

          Ogromnie lubię, ubóstwiam wręcz, karpia w galarecie. Ale takiego gotowego. Już przybranego. Na stole. (O śniętym nie chcę nawet nic wiedzieć.) Gdybym go tylko mogła kupić! W tamtych czasach karpie trzeba było zamawiać w polskich sklepach już wczesną jesienią. Albowiem sklepikarze sprowadzali je w dokładnie zamówionych ilościach aż z Polski. Były drogie i nikt nie chciał zostać z nadwyżką. Ja się spóźniłam z zamówieniem o głupie trzy tygodnie. Trudno, to nie będzie karpia. Zresztą nie miałam polskiej książki kucharskiej. A angielskiej nie miałam po co konsultować. Karp w żadnej postaci w niej nie figuruje. Anglik  słodkowodnej ryby do ust nie weźmie, za wyjątkiem pstrąga, specjalnie hodowanego. (Tak samo zresztą, jak nie zje borowika z lasu.)  Anglik karpia złowi. I owszem. Zważy, zanotuje w "log book'u", dwóch  przygodnych wędkarzy, patrzących z zawiścią (jeśli sztuka dorodna), potwierdzi zgodność danych i karp, nie wierząc własnemu szczęściu, wraca z pluskiem do wody. Pewnie przysięgając sobie, że już nigdy w życiu nie da się na ten błyszczek nabrać. Literalnie.

          Na domiar złego, mój cudowny mąż, nieugięty jeśli chodzi o polską tradycję, zażyczył sobie kutii. Twierdził, że Wigilia + Lwów = kutia. Równanie dziwnego stopnia, ale co robić!  Owszem, raz kiedyś, jeszcze jako małe dziecko, jadłam gdzieś u jakiejś polskiej ciotki taką czarną bryję. Nawet pamiętam, że z niej orzechy i bakalie wyławiałam. Za co zaraz po uchu dostałam. Bo to nieładnie. Ale nie pamiętałam jak smakowała. Chyba była słodka. Po długich dociekaniach odkryłam wreszcie, że podstawą są ziarna pszenicy, miód i mak. Obleciałam wszystkie sklepy. Anglicy wytrzeszczali oczy. Tak zwane sklepy zdrowotne, dzisiejsze  "Health Stores". wtedy nie były jeszcze nawet iskierką w oku pomysłowego przemysłowca. Więc pytali gdzie ja chcę tę pszenicę posadzić? Bo w zwykłym ogródku nie wzejdzie. A nawet gdyby wzeszła - to się naprawdę nie opłaca. Co? Jeść z makiem? A co to jest mak? Czy to aby nie to świństwo, z którego robi się opium? (Ciekawe, że o tym, to odrazu wiedzieli.)  

          Wreszcie w jednym z polskich sklepów doradzono mi, ażeby zamiast pszenicy zastosować pęcak. Szkoda tylko, że przemiła pani sprzedawczyni, nic o tym nie wspomniała, że mak trzeba naprzód sparzyć i dopiero potem ucierać. Skąd ja to miałam  wiedzieć?! Skoro mak dotąd znałam tylko z ryciny albo z bułki zjedzonej we Francji, Polsce czy Austrii. Mietek przykazał, ażebym kupiła miód, orzechy i bakalie,  no to kupiłam. Razem z cukrem, wymienione ingrediencje wylądowały w końcu w dużej plastykowej miednicy, a ja siedząc, nie wiadomo dlaczego, okrakiem na podłodze  w łazience, z wielkim zacięciem i przez wiele godzin, "ucierałam" równie plastykową chochlą ową burą masę. Szkoda, że bez żadnego skutku. Smaku żadnego nie miała; tylko w zębach trzeszczało. A wyglądała, wypisz - wymaluj, tak właśnie jak ten produkt bardzo a propos w łazience.

          Mietek uważał, że chyba w tej kutii ma być jakiś alkohol. Więc naprzód nalał trochę koniaku. Bez zmian. No to może trochę rumu? Nic. A pół butelki wódki? Trochę w język szczypało, ale to ciągle nie to - zawyrokował rozczarowany Mietek. No to jeszcze trochę koniaku. I trochę rumu. I trochę wódki. I da capo. W sumie kutii na Wigilię nie podałam, bo nijak nie nadawała się do konsumpcji.

          Ale to wcale nie był koniec jej kariery. Dwa dni po Wigilii, w "Boxing Day", urządziłam wielką party dla moich przyjaciół.  Moje koleżanki, w tym także dwie Polki, sporo starsze ode mnie, zaintrygowane moją relacją, zażądały degustacji "ciemnej masy". Polki twierdziły, że uświadomią mnie w czym i gdzie nawaliłam; Angielki spróbowały bez przekonania, z czystej, babskiej ciekawości. W sumie nikt mnie nie uświadomił, bowiem pół godziny później - legły wszystkie! Dokumentnie urżnięte! Żadne z moich późniejszych przyjęć nie skończyło się w tak rekordowo krótkim czasie. Z tego też powodu zmuszeni byliśmy, przez co najmniej tydzień, sami spożywać "dary boże"  przygotowane na ponad 20 osób. Aż nam uszami wyłaziły. W rezultacie tego feralnego wieczoru, przez wiele lat później, ani Mietek ani ja nie jadaliśmy wędzonego łososia, faszerowanych jaj, pasztetów z gęsi, sałatek ze skorupiaków i wielu innych skądinąd doskonałych potraw. Patrzyć na nie nie mogliśmy. Ale, ad rem:

          Myślenie ma przyszłość! Nareszcie wymyśliłam jak zażegnać dylemat, wyjść z twarzą z tej sytuacji. Po prostu postanowiłam salwować się fortelem (jakby napisał Sienkiewicz). Trzy tygodnie przed Wigilią udałam się po pomoc do Stasia. Stasio, wspaniały facet, niezrównany kawalarz, dusza i serce każdej imprezy, był naszym najlepszym  przyjacielem, Mietka wieloletnią "parą dyszlową", jeszcze z uniwersytetu. Staszek, także prawnik z wykształcenia, szybko zrozumiał, że w obcym kraju nie ma szans na uprawianie swej profesji. A, że miał rodzinę na utrzymaniu, nie spoczął na laurach, tylko szybko się przekształcił. Teraz jego nowa,  nabyta w Anglii profesja, miała mnie wybawić z opałów.

          Stasio zastartował w doskonałej, londyńskiej restauracji jako pomoc kuchenna. Jego żona, starsza pani, w wieku co najmniej lat 29, (tak, tak - w oczach nastolatów, ktoś kto dobiega trzydziestki jest już wapniakiem, nieomalże emerytem) także prawniczka, zatrudniła się jako manikurzystka (przydała się bystra obserwacja z czasów kiedy to jej manicure robiono).  A kiedy uzbierali trochę grosza, z pomocą banku otworzyli własną, ale od razu ekskluzywną, prestiżową restaurację. W doskonałej dzielnicy. W samym sercu prawniczej części City. Niedaleko osławionego sądu Old Bailey. Ze względu na zamożną, snobistyczną klientelę, jego restauracja specjalizowała się w drogich, ale typowo angielskich, daniach.  Aliści szefem kuchni  był Polak. I to nie byle jakiś tam sobie kucharczyk, tylko chef z prawdziwego zdarzenia, który kiedyś prysnął był z  "Batorego".

          Z okrzykiem na ustach: pomoc dajcie mi, rodacy - poleciałam do nich po ratunek. Wytłumaczyłam co jest grane i powiedziałam, że chcę zamówić u nich najważniejsze dania wigilijne tj. barszcz, uszka, dwa rodzaje śledzi, dwa rodzaje sałatek, dwa rodzaje karpia, dwa rodzaje pierogów i gołąbki. Pomyślałam, że susz chyba sama będę potrafiła ugotować. Ciasta zamówię we francuskiej cukierni. 

          Stasio nie był  uszczęśliwiony moją prośbą. Tłumaczył, że polskie dania nie są przecież "specialite de la maison", że nie wie czy zdobędzie potrzebne wiktuały w tak krótkim terminie, nie wie jak miałby obliczyć koszt i czas przygotowania, no i to, i tamto, i owanto, i w ogóle. Zrezygnowana, już miałam zrobić w tył zwrot, kiedy nagle, niespodziewanie, znalazłam sprzymierzeńca w osobie pana Jana. Pan Jan gotował wprawdzie "to angielskie świństwo", ale serca w to nie wkładał. Aż tu nagle zjawiam się ja, z propozycją przygotowania czysto polskich dań. Coś, za czym on tęsknił od miesięcy! Od lat! Oczko mu zabłysło, drgnęła w nim polska dusza. Staś ciągle perorował, furt mi odmawiał, kiedy pan Jan już głośno kombinował gdzie zdobędzie surowce. Karpie u Żydów na Whitechapel. Suszone grzyby u Włochów na Soho. Kapustę kupi się u Niemców na Edgware a barszcz zakisi sam, choćby jutro. Staś, zdaje mi się, że bardziej ze strachu, ażeby nie antagonizować pana Jana, z miną żyrafy, którą boli gardło, przyjął w końcu moje zamówienie. Rozbestwiona sukcesem, poprosiłam jeszcze ażeby pożyczono mi półmiski (własnych jeszcze nie posiadałam) i bardzo a bardzo prosiłam, aby potrawy nie były za profesjonalnie wykończone.  Bo, przyznałam się naiwnie,  mam zamiar podszyć się pod ich autorstwo. Idiotka! Debilka! Kretynka!

          Stasinek na pożegnanie zażyczył sobie ażebym zamówienie odebrała przed godz.18-tą, albowiem jego restauracja (chyba jedyna w mieście) będzie w wieczór wigilijny nieczynna. I na tym stanęło. W Anglii, dzień wigilijny jest normalnym dniem pracy. No, może nie całkiem normalnym, gdyż popołudniu w każdym biurze urządza się tańce, swawole i hulanki. Wszystkie lokale są otwarte,  puby czynne dłużej, wytworne bale, jak i pospolite zabawy  są normalką. Wszędzie odbywają się  "office party" czy "factory party", po czym niedopoje idą w Anglię.  Pracodawcy  mają w tym dniu obowiązek postawić jadło i picie w wielkich ilościach, pracownicy zaś bawić się ochoczo. Do upadłego.

          Moja uczelnia nie była wyjątkiem. Mimo zimowych ferii, zbieraliśmy się na uniwersytecie właśnie na "Christmas Eve". Tyle, że tam zabawa była "na ściepę". Ja nie znoszę takich ubawów na siłę, picia na umór, góralskich (szkockich?) tańców,  ale nie chciałam odstawać od reszty.  Mietek, zgodnie z umową zadzwonił  dokładnie o godz. 15 –tej, "with a little white lie", to jest takim małym, nieszkodliwym kłamstewkiem. Powiedział mojemu wykładowcy, że odebrał dziecko ze żłobka, ale dziecko gorączkuje, prosi więc o wysłanie mnie do domu. Rektor też "kupił" i nie oponował.  I pewnie  dlatego, że było jeszcze stosunkowo wcześnie, udało mi się bez większego trudu złapać taksówkę aby na czas odebrać  "wigilię - wędrowniczkę".

          Na widok "moich" półmisków - szczęka mi opadła. Każdy jeden, to poemat kulinarny! Szczyt wykwintu garmażeryjnego! Garnirowana poezja! Nawet kolaż z jarzynek był dziełem sztuki. Marzenie wariata po bezsennych nocach! A całość spoczywała na papierowych ale kunsztownych, sztywnych, koronkowych serwetach. Cudo!

          Lecz w parę godzin później, kiedy cała rodzina śpiewała, unisono, peany pochwalne na moją cześć, podziwiała i wychwalała mój artyzm - ruszyło mnie sumienie. Tak nie można! To nie jest fair!  I choć łyso mi było strasznie, wzięłam jednak głęboki oddech  i, trzepotrząc rzęsami, wyznałam, że nic z tej "wystawy" nie jest mojej roboty.  Że, ze względu na studia,  dziecko, męża, kota, psa i nawały innych obowiązków,  nie wyrobiłam się w czasie i zmuszona byłam zamówić to wszystko w restauracji.

          Bozia mnie strzegła! I zaraz wynagrodziła za uczciwość. Gdyż w miarę opróżniania półmisków, na ich spodzie coraz bardziej zaczęły uwidaczniać się jakieś kształty, jakieś litery. Aż w końcu okazało się, że na każdej z tych pięknych serwet-podstawek jak byk, wydrukowane były nazwa i adres restauracji. Kawalarz Stasinek znowu nie wytrzymał! Ażeby było śmieszniej, Mietka rodzina moim przyznaniem się do niedoszłej mistyfikacji wcale a wcale nie zdawała się być przejęta. Przeciwnie. Odniosłam wrażenie,  że im zaimponowałam. Czym?  Czy moją roztropnością czy rangą renomowanej restauracji? Nie wiem. Mietek chciał Stasinkowi za ten głupi kawał nieco buziuchnę przefasonować ale ja zaoponowałam. Zdołałam go przekonać, że właśnie jeśli draki nie zrobimy, jeśli zupełnie sprawę zignorujemy, nie zrobimy mu żadnego wyrzutu, a wprost przeciwnie – pochwalimy, Staś będzie skonfundowany i rozczarowany. Miałam rację.

          Ale to były dopiero zakąski. Największy problem dopiero czyhał na mnie w kuchni.  Ledwo nastawiłam wszystkie palniki - zgasło światło. Mietek poleciał po latarkę, po czym oświadczył grobowym głosem, że jest bezsilny, bo to nie nasze, zwykłe bezpieczniki wysiadły, tylko te w zaplombowanej skrzynce, należącej do elektrowni. Po paru telefonach, doczekaliśmy się wreszcie wozu naprawczego.

          Nie denerwowałam się nawet, albowiem czekaliśmy w bardzo sympatycznej atmosferze. Z kominka płynęła jasność, radośnie ulatywały skry. Polana trzaskały, rozchodziła się cudowna woń. Prawdziwe świeczki, na równie prawdziwej choince, też wydawały błogi zapach. Szybko ustawione świece w strategicznych miejscach, pachniały i łagodnie oświetlały biesiadników. Nawet nasza latarnia z przed garażu, dzielnie udająca 19- towieczny antyk (na baterie (sic!), po raz pierwszy znalazła się we wnętrzu domu. I to od razu w salonie, na "honorowej warcie" przy drzwiach. Alkohol chyba też już zrobił swoje, bo wszyscy tryskali humorem. Nikt się niczym nie przejmował.  Ja też nie, bo nie wiedziałam co mnie jeszcze czeka.

          Przy miłej i wcale nie takiej "z góry" rozmowie, jak się spodziewałam, jakoś mijał nam czas, Oni wspominali dawne czasy; mnie najbardziej interesowały epizody z Mietka dzieciństwa. Poznawałam nowy dla mnie świat. Słuchałam i słuchałam. I o bożym świecie zapomniałam.  Niestety, zapomniałam także o garnkach pozostawionych na kuchni. (To one zresztą, nastawione na pełny regulator, były przyczyną awarii.) Każda bardziej ode mnie doświadczona gospodyni, świadoma tego, że elektryczne palniki jeszcze długo będą utrzymywać gorąc, choćby przy świetle latarki, dawno te garnki zdjęła i odstawiła. Gdziekolwiek. Na stolnicę, na kaflowy blat, czy choćby do zlewu wstawiła.  Ale nie ja! Przez głowę mi nawet nie przeszło.

          Kiedy światło ponownie zabłysło, polecieliśmy z Mietkiem do kuchni dokończyć gotowanie. Za późno! W kuchni zastaliśmy obraz nędzy i rozpaczy. Barszcz, który do niedawna był cudownie czerwony, zdołał się  zagotować i teraz był tylko brunatną cieczą. Gołąbki rozlazły się równomiernie, tworząc białawą, miejscami  ciut przypaloną, masę. Pierogi zamieniły się w nieciekawe placki, z których, niczym grzeszna dusza, uleciało całe nadzienie.

          Ale od czego mój genialny mąż? Mietek spojrzał, poskrabał się w głowę i bez słowa sięgnął do szafki, gdzie trzymałam rozmaite dodatki do pieczenia. Zanim zdążyłam zaoponować, wlał do barszczu parę kropel koszenili. Barszcz w okamgnieniu zaczerwienił się cudowną purpurą.  Ja także, tylko, że ja ze strachu. Wiedziałam już ze smutnego doświadczenia, że teraz każda plama na obrusie czy ubraniu - jest na wieki. Nie do wywabienia. (Koszenili używa się głównie do kolorowania kremów, ciast i marcypanów - vide te czerwone jabłuszka na torcie).

          Całe szczęście, że nie posiadaliśmy saganów i nie mogliśmy włożyć w nie wszystkie pierogi czy gołąbki na raz. Z góry założyliśmy, że będziemy gotowali wszystko  partiami i tylko dzięki temu zmarnowała się nie więcej aniżeli jedna trzecia tych wspaniałych dań. I pomyśleć tylko, że to te nasze wierne, spracowane małe garnki uratowały nas od dużej kompromitacji. Teraz tylko, ażeby uzupełnić straty, Mietek musiał oddać swoją dolę pierogów, którą sobie w zamrażarce już był zachomikował. Trochę się ta kuchenna operacja przeciągnęła, ale w sumie, dzięki kulinarnemu kunsztowi pana Jana, pozostały nam z tej Wigilii tylko "raj, maj i  błogość w gębie"!

          Chociaż jestem z natury niepoprawną optymistką,  podświadomie czułam, że jak tak dobrze mi idzie, to wnet coś się musi skopać.  I rzeczywiście. Ciocia miała na sobie granatową suknię w białe grochy, z kolosalnym białym kołnierzem i równie olbrzymimi, białymi klapami. Przy spożywaniu barszczu, który cioci niezwykle smakował, patrzyłam w niemym przerażeniu jak cioci na klapach przybywa ciapek. Tylko w innym kolorze i  nie w miejscu przewidzianym przez jej krawcową. Już miałam jej na to zwrócić uwagę. Powiedzieć  o tej koszenili, sumitować się strasznie, bić się w piersi, kiedy ciocia nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, stwierdziła cierpko, że choć jestem całkiem "milusia", to jednak stanowczo powinnam pójść na jakiś kurs kucharski. Sama nauczyć się  gotować, zamiast wydawać bajońskie sumy na dania restauracyjne. Moźe nawet powinnam pójść na naukę tam, gdzie ta uczta Lukullusa ujrzała światło dzienne.

          Aluzju poniała. Nie zdałam! Wszystkie moje wysiłki (nie wspominając już o kosztach) poszły na marne. Taaak?  OK. Przestałam przejmować się plamami na jej klapach. Mietek zawsze mawiał, kiedy bujałam w obłokach: "słuchaj uchem a nie brzuchem". No to niech ona je ustami a nie klapami! – pomyślałam ze złością.  W końcu kto to widział ażeby taka dostojna dama, taka Francja-elegancja, jadła tak zachłannie, niechlujnie i z rozpryskiem? Cieszyłam się, że z suszem dałam sobie spokój.  Jeszcze by jej tylko brązowych ciapek przybyło do kompletu. I dopiero byłaby draka.  Podrasowany wermutem kompot z kilku puszek, ciasta, (makowca nie było), tort i kawa zakończyły moją pierwszą, niezapomnianą, i prawie samodzielną, Wigilię.

          W tym roku moja córka będzie na służbie i rodzinnej Wigilii nie będzie. Wobec tego przyjęłam zaproszenie do moich młodych przyjaciół, moich "przybranych" dzieci. Pozostali ich goście są także następną generacją. Będę zatem nestorką tego zgromadzenia.  Będę "robiła" za ich mamy, które pozostały w Polsce. Dzieci moich przyjaciół wołają na mnie "babcia Nina" (szczęśliwe dzieciaki. Mają trzy kochające  babcie! I nie dyskryminują tej przyszywanej.)  I chociaz gotowac już umiem, pewna jestem, że jeszcze wiele mogłabym się dzisiaj nauczyć. Na pewno wszystkie dania, choć przyrządzone własnymi siłami, będą smakowite. Dzisiejsi młodzi potrafią wszystko! I nie boją się improwizować.

          A ja, dla hecy, ubiorę się w granatową sukienkę w białe kraty (nie mam kiecki w grochy) i zawiążę dużą, białą apaszkę. Teraz, kiedy ja jestem w wieku cioci, ciekawi mnie czy wyjdę z tej imprezy obronną ręką.  Bajecznie kolorowa, czy bez szwanku?  Jak przystało  prawdziwej lady.  Lady, także bez włości.  Ot, analogia drobna taka! I dowód, że fortuna doprawdy kołem się toczy...