FERALNA TRZYNASTKA

 

 

Ten felieton jest tylko częściowo odpowiedzią na liczne problemy p. Barbary Cz., z Orangeville, która napomyka, między innymi: Piszę do Pani także w nadziei, że mi Pani dopomoże w przekonaniu mojego męża, że zabobony nie mają miejsca we współczesnym świecie, że w XXI-szym wieku są po prostu śmieszne. Mój mąż zawsze bał się wszystkiego, co się łączy z trzynastką. A już piątek i trzynastego, to formalnie koniec świata! A przecież właśnie w styczniu przebrnęliśmy przez tę rzekomo fatalną kombinację i świat się jakoś nie zawalił. Pomyślałam sobie, że może dobrze będzie do Pani napisać w tej sprawie, bo a nuż mój mąż nie jest odosobniony w tym niezrozumiałym strachu?

 

Mojej rodzinie ten głupi przesąd coraz bardziej komplikuje życie. A to nie tak miało być. Naprzód wydaliśmy masę pieniędzy na zawodowy kurs jazdy, aby mój mąż Witek mógł zostać truckerem. Opłaciło się. Miał szczęście. Dostał się do bardzo dobrej firmy, zarabiał doskonale. Kupiliśmy dom, samochody, meble, elektronikę. I wszystko było wspaniale aż do czasu, kiedy jego koledzy po fachu, zaczęli miewać wypadki. Pierwszemu uległ jego najlepszy przyjaciel (jeszcze z Polski). Miał poważne zderzenie w USA, w piątek 13‑go sierpnia, 1999r. Witek jakoś to przełknął, bo kolega wkrótce wyzdrowiał. (Że to zderzenie on sam spowodował, w firmie wszyscy kierowcy doskonale o tym wiedzieli.) Ale kiedy inny trucker zginął w wypadku, w piątek, 13-go lipca 2001, skończyła się Witka dalekobieżna kariera.

 

Witek uznał, że jest w tym palec boży, że jest to ostrzeżenie dla niego i, że on więcej w piątki 13‑go, jeździć nie będzie. Niepotrzebnie mówił o tym głośno w pracy. Pewnie ktoś doniósł. Pierwszy raz, kiedy odmówił wyjazdu w trasę, bo byłby w drodze w piątek, boss przymknął oko i wysłał kogoś innego. Za drugim, dał mu ostrzeżenie. Za trzecim razem, w maju 2005 - zwolnił go z pracy. Witek jest dobrym kierowcą, szybko się przestawił i znalazł inną pracę. Jeździ teraz wozem dostawczym po Toronto i okolicy, ale zarabia połowę tego, co przed tym. Zaczynamy boleśnie odczuwać spadek dochodów. Jedną kartę kredytową spłacamy drugą, długi rosną. A wszystko przez ten głupi piątek. Jak tak dalej pójdzie, to ja też będę musiała pójść do pracy, a to koliduje z moimi obowiązkami rodzicielskimi i domowymi.

 

Oboje pilnie czytamy Pani felietony. Witek mówi, że Pani jest rozsądną kobietą, chwali Panią i liczy się z Pani zdaniem. Czy Pani może, czy Pani potrafi wyperswadować mu tę głupotę? Witek jest wierzący. Do kościoła chodzi jak Pan Bóg przykazał, a jednak trzyma się tego zabobonu jak rzep kożucha. Czy to ma sens? Coraz częściej się kłócimy. Coraz więcej cichych dni. A przecież powrót do poprzedniej pracy na dalekie trasy, rozwiązałby wszystkie nasze problemy...

 

Nie rozwiązałby. Jeśli Pani pozwoli, nawiążę tylko do dwóch Pani problemów. Są one bowiem lokomotywą tego długiego pociągu żali i frustracji. Zajmę się finansami i zabobonami.

 

Myślę, że Pani wie już z wizji lokalnej, że na Zachodzie standard życiowy to jest albo rybka albo pipka. To jest - dorabiamy się szybko (70% Polaków). Na kredyt kupujemy dom, samochody, elektronikę, wakacje na egzotycznym, słonecznym Południu, etc. ‑ ale wtedy pracować i łożyć na to musi DWOJE. Nierzadko, dorosłe dzieci też już dokładają do puli. Drugi wariant, to dorabianie się powoli (20% rodaków) ‑ ale wtedy finansowe korzyści i osiągnięcia, na początku, mamy raczej przeciętne. Ale za to stabilne. No i jest jeszcze oczywiście ta trzecia, uprzywilejowana klasa (nie więcej niż 10%), w której mąż zarabia krocie. Jego żona może sobie pozwolić na luksus dolce far niente (słodkiego nieróbstwa), pardon, chciałam powiedzieć, że osobiście (a jeszcze lepiej, przy pomocy gosposi), może oddawać się wychowywaniu dziatek i mieć jeszcze czas na regularne dbanie o swój wygląd (fryzjer, kosmetyczka, siłownia). Niekoniecznie w tej kolejności.

 

Proszę Pani! Każda z nas by tak chciała! Ale nie dajmy się zwariować. Na Zachodzie siedzenie w domu w charakterze "hausłajfy" jest najczęściej nieosiągalnym marzeniem. Znam parę młodych matek, które wprawdzie nie wychodzą do pracy, ale za to pracują z domu i wspomagają domowy budżet jak tylko mogą i potrafią. (Nie! To nie jest to, co Pani myśli. Najstarsza profesja prawie nigdy nie kala własnego domu.)

 

No to, to było na tyle o finansach i pretensjach do męża, spowodowanych jego zmniejszonymi zarobkami i wydatną obniżkę Państwa stopy życiowej. Pani uważa jego lęk przed "feralną trzynastką" za wykręt, ażeby nie jeździć na dalekie trasy. Obawiam się, że walczy Pani z wiatrakami. Robi za ”Don Kiszotównę”! Przekonać kogoś, kto się boi, ażeby przestał się bać, to tak jak żądać od syreny, ażeby zrobiła szpagat! Albo zmuszać mańkuta ażeby pisał prawą ręką. Może skrobnie coś dla świętego spokoju, na odczepnego, ale mańkutem przecież być nie przestanie.

 

To samo jest z zabobonami. Ludzie przeważnie hołdują zabobonom wyniesionym z domu rodzinnego. Kojarzą im się ze wspomnieniem czegoś przykrego, może nawet strasznego. A w co za młodu święcie uwierzone - jest na życie zakorzenione. To, że mąż jest wierzący i do kościoła chodzi, o niczym nie świadczy. Pani mąż jest typowym Polakiem. ”Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek" - taka już nasza narodowa dewiza. Od stuleci. Ani on pierwszy ani ostatni.

 

Ile razy ktoś przy Pani nie dokończył zdania, ażeby ”nie zapeszyć”? A co to jest to zapeszenie, jeśli nie forma zabobonu? Pani nie ma pojęcia ile religijnych, wykształconych, mądrych skądinąd ludzi, po cichu wierzy w zabobony. Tyle tylko, że nie chcą (wstydzą się?) do tego przyznawać. No, bo to niby takie ”wsiowe”. A jednak najtęższe głowy odczuwają przepotworny strach przed trzynastką. Ja też pukam w drzewo i choć sama sobie mówię, że to tylko żart, heca, przesąd, to jednak...

 

Co kraj to obyczaj, prawda? Tymczasem na ten jeden temat wszyscy zdają się być niebywale zgodni. W amerykańskich budynkach nie ma 13‑go piętra. We Włoszech państwowa loteria nie prowadzi numeru 13‑go. We Francji nikt nie usiądzie do stołu, jeśli potencjalnych biesiadników ma być 13-ro (bo ktoś zachorował czy nie dojechał). Wtedy ktoś z gospodarzy nie siada do stołu. Zamożniejsi wzywają ”Gościopomoc”. W każdym mieście i miasteczku jest taka ”organizacja”, która w ciągu paru minut przyśle płatnego ”gościa”, ażeby przy stole nie musiało zasiąść 13 osób. Boją się tego jednakowo chłopi na wsi, wykształcone mieszczuchy, paryska cyganeria i arystokracja w zamkach nad Loarą. Cała Francja boi się 13-ki!

 

Mam mnóstwo przyjaciół i wielu członków rodziny w Anglii, którzy w piątek 13‑go nie polecą samolotem, nie popłyną promem na ”kontynent”, nie wsiądą za kierownicę, nie wniosą podania o pracę. W ten dzień najczęściej ”chorują”, tj. po prostu nie idą do pracy.

 

Nasi sąsiedzi z Południa obliczają, że ich obywatele są pod tym względem jeszcze ”lepsi” od Anglików. Aż 8% (czyli blisko 28 milionów) całej ludności USA, tego olbrzymiego i technicznie rozwiniętego kraju, cierpi na paraskevidekatriaphobię (tfu! co za trudne słowo!), czyli na strach przed piątkiem 13‑go. Przypuszczam, że jest to rezultat stopienia się wielu kultur, tradycji, zabobonów. Strach przed piątkiem 13‑go, powstał przypuszczalnie drogą ewolucji, w ślad, za lękiem przed cyfrą ”13”, czyli triskaidephobią. A to ma swoje podłoże, Pani się zdziwi, w religii, historii i  zabobonach, upchanych razem niczym rurka z kremem.

 

W Londynie, miałam bliskiego przyjaciela. Był najlepszym partnerem brydżowym, jakiego kiedykolwiek miałam. Był księdzem. Był proboszczem mojej parafii. Ten niezmiernie mądry, wykształcony człowiek (kard. S. Wyszyński osobiście odkomenderował go do nas na placówkę), oczytany, bystry, i światowy przez wielkie ”Ś”, mimo koloratki, panicznie bał się trzynastki. Nigdy w życiu nie powiedziałby tego z ambony, ale ja o tym wiedziałam. Tłumaczył mi, że większość kleryków wyniosła to z zakonu. W formie swoistej fobii opartej zresztą o teologię. Mówił mi, że boimy się trzynastki głównie z powodu Ostatniej Wieczerzy (Pan Jezus i 12‑tu apostołów). A Judasz, który wydał Pana Jezusa, przybył ostatni. Jako ten trzynasty właśnie.

 

Piątek 13‑go, tylko pogłębia ten zabobon. Bo Pana Jezusa ukrzyżowano w piątek. Adam i Ewa zjedli zakazane jabłko w piątek (twierdzą światli teologowie). Potop (ten biblijny ‑ nie Hoffmanna) też rozpoczął się w piątek. Król Francji, Filip IV ”Piękny”, który pożarł się z papieżem Bonifacym VIII (wcale nie o doktryny kościelne, tylko o niewąski szmal), kazał spędzić wszystkich Rycerzy Templariuszy do jednego z ich klasztorów i w piątek, 13‑go czerwca 1307, spalił ich żywcem.

 

Inne kultury też mają swoje ”zakawyczki” na ten temat. Angielskie słowo ”Friday” (piątek) pochodzi od imienia ”Frigg” (także Freya) staro‑nordyckiej (i pogańskiej, oczywiście) pięknej, hożej, bogini seksu, miłości i płodności. Strasznie się to nie podobało ówczesnym chrześcijanom, że ludzie tak tę babę czczą (wszak wiara miała być wyłącznie domeną mężczyzn), że natychmiast rozpoczęli oszczerczą kampanię. Skąd my to znamy, co? A, że ta Frigg to żadna bogini, mówili, tylko taka sobie zwykła fryga-strzyga. A, że w piątki na miotle (dzisiaj pewnie na odkurzaczu, bo zmotoryzowana) lata w towarzystwie 11‑tu koleżanek na sabat czarownic. Sabat, któremu patronuje sam diabeł, czyli ten trzynasty. A, że zły Loki, który zabił dobrego Baldera w piątek 13‑go, nie tylko tańcował, ale jeszcze ”ryziu‑miziu” uprawiał z tą Frygą na jego grobie. (Ciekawe, że nordyckiej mitologii, po dzień dzisiejszy hołduje pół Skandynawii.)

 

A angielska Marynarka Wojenna była tak zabobonna, że nie było takiej siły ażeby w piątek jednostka wypłynęła w morze. Sir Francis Drake z tego powodu o mało co nie przegrałby kluczowej bitwy morskiej przeciwko hiszpańskiej Armadzie. Prawie trzysta lat później te zabobony do tego stopnia doprowadziły angielską Admiralicję do szału, że w XIX‑tym wieku kazała zbudować korwetę i nazwała ją ”H.M.S.Friday”. Nawet zadała sobie trud znalezienia kapitana o identycznym nazwisku. Pod groźbą armat z wybrzeża, w pewien piątek 13‑go, załoga pod komendą kpt. James'a Friday, została zmuszona do wypłynięcia w dziewiczy rejs. I dziewiczy pozostał na wieki, bowiem wszelki słuch o nich zaginął!

 

O ”feralnej trzynastce” napisano tomy. Pani w nią nie wierzy; inni może też nie. Ale Pani mąż wierzy. W tym kontekście tylko on i jego strachy się liczą. Nie sądzę ażeby udało się Pani przekonać dorosłego chłopa, że są to tylko gusła. Także nie radzę przymuszać szantażem ażeby wrócił do ”truckerki”. Chyba, że Pani chce koniecznie zostać wdową. Bo psychoza swoje zrobi! Zresztą facet, który się boi, nie powinien siedzieć za kółkiem. Dla jego dobra, dla dobra rodziny, dla dobra nas wszystkich.

 

Pani pierwsza powinna zrozumieć jego obawy. Uczył się na ”truckera”? Uczył. To dlaczego nie może nauczyć się teraz jakiegoś innego zawodu? Równie lukratywnego. Słyszałam, że budowlańcy świetnie zarabiają. Szczególnie kafelkarze. Żadna praca nie hańbi. A jeśli z miejsca nie zacznie zbijać kokosów ‑ to może Pani istotnie wreszcie ”ruszy do boju”? Zasili szare szeregi bajecznie kolorowych, pracujących babek. Ot, oksymoron drobny taki!